środa, 11 września 2013

Geniusz zła

Całkiem sporo tzw. "wielkich" przywódców XX wieku starało się o tytuł "geniusza zła". Żaden z nich zapewne nie był tytanem intelektu, ale intelekt nie jest specjalnie konieczny dla skutecznego sprawowania władzy. A cnoty moralne wręcz - zdają się w tym przeszkadzać...

O ile Hitlerowi zmuszony jestem niechętnie przyznać "genialność" pod tym przynajmniej względem, że istotnie - miał magnetyczny wpływ na tłumy (będąc przy tym pełnym samouwielbienia kabotynem, tchórzem, mitomanem, człowiekiem o niewielkich zdolnościach umysłowych i bardzo ograniczonej wiedzy - popatrzcie na ruiny w Gierłoży: czy normalny, zdrowy na umyśle człowiek TAK buduje sobie punkt dowodzenia..?) - o tyle na czym właściwie miałby polegać "geniusz zła" Stalina: trudno powiedzieć...


Był z całą pewnością wyjątkowo sprawnym intrygantem. Sądzę jednak, że w 90% polskich biur - każdy z Państwa znajdzie egzemplarz tego gatunku, który z niejakimi szansami na sukces mógłby próbować swych sił z Przebiegłym Gruzinem. Nie jest to bowiem wcale uzdolnienie rzadko spotykane..!

Był też klinicznym przypadkiem psychiatrycznym jak chodzi o manię prześladowczą. No ale - gdyby na tym miał polegać cały "geniusz zła" - to szpitale w Tworkach czy Kocborowie pełne by były Stalinów...

Pisma pozostałe po Stalinie (jakiekolwiek by nie były ich losy - a były nader skomplikowane, dokładnie tak, jak to zresztą Orwell przedstawił...) nie zdradzają jakichś wyjątkowych uzdolnień retorycznych (w przeciwieństwie do Lenina który jednak, co by nie mówić, publicystą i mówcą był co najmniej niezłym...). Kurduplowaty, brzydki, nie do końca sprawny fizycznie - jak ktoś taki mógł stać się "Słońcem Narodów", "Ojcem Postępowej Ludzkości", itd, itd..?


Są tylko dwie możliwości. Albo stoi za tym nie kto inny, a sam Dyabeł (gdy mamy do czynienia z byłym seminarzystą, NICZEGO w tej materii wykluczyć nie można...). Albo też - i raczej ta druga opcja będzie nas zajmować, jako że nie pretenduję do umiejętności egzegezy działań Sił Nadprzyrodzonych - owa "złowroga genialność" nie tyle brała się z samej osobowości Stalina, co z cech systemu władzy, który przejął po poprzedniku i udoskonalił.

Jest to, zresztą, nader niepokojące! O ile bowiem "osobowy geniusz zła" możemy uznać za czynnik losowy (a też i przeciwdziałać mu można dość łatwo, metodą tyranobójstwa chociażby...) - o tyle "zło z maszyny", to znaczy - "zło z systemu władzy", to zupełnie inna sprawa. Oznacza to, ni mniej, ni więcej, że przypadek "systemu stalinowskiego" może być zjawiskiem powtarzalnym.

W rzeczy samej, jak być może Państwo pamiętacie (a być może nie...), rysując przed Wami moje przemyślenia odnośnie naszej wcale nieodległej PRZYSZŁOŚCI, od kilku lat konsekwentnie ostrzegam, że utrzymanie socjalizmu w Europie może wymagać skonstruowania systemu, który nazywam "tyranią doskonałą". Czyli właśnie - kolejnej repetycji stalinizmu.

Czym jest "tyrania doskonała", to już kilka razy wyjaśniałem, że jednak nie każdemu chce się sięgać do linków - pokrótce powtórzę.

Otóż, po raz pierwszy (o ile nam wiadomo), podstawy teoretyczne takiego systemu sprawowania władzy opracowali chińscy myśliciele działający w IV i III w. p.n.e.: Shang Yang (zm. w roku 338 p.n.e.), Shen Zi (350 - 275 p.n.e.), Han Feizi (zm. 233 p.n.e.), wreszcie Li Si (zm. 208 p.n.e.), który był bardziej praktykiem niż teoretykiem i stworzył totalitarny ustrój Pierwszego Cesarza Dynastii Qin (Qin Shihuangdi). Później nazwano łącznie tych myślicieli "szkołą legistów". W chińskiej tradycji filozoficznej byli szkołą wyklętą i - teoretycznie - nigdy później nie znaleźli następców. Zawsze jednak ich dzieła zajmowały poczesne miejsce w Dziale Prohibitów Biblioteki Cesarskiej - jako że, choć aż do czasów Mao nikt w Chinach nie odważył się w pełni zastosować ich wskazówek, to przynajmniej niektóre z ich czysto praktycznych porad, zawsze były obecne w chińskiej polityce.


Legiści dostrzegli i, co najważniejsze, ROZWIĄZALI (zarówno teoretycznie, jak i praktycznie!) Pierwszy Paradoks Władzy (to już moja nazwa...). Paradoks ten polega na tym, że im bardziej władca próbuje kontrolować podległą mu populację - w tym większym stopniu staje się zakładnikiem, a na koniec - bezwolną marionetką własnej biurokracji, niezbędnej mu dla sprawowania owej kontroli.

Jakoż widzimy w praktyce, że bardzo nawet tyrańskie systemy jedynowładztwa dość szybko (bo w skali jednego, góra dwóch pokoleń...) zwykły w dziejach ewoluować w kierunku oligarchii. Która to oligarchia nieuchronnie rozkradała i rozparcelowywała na drobne zarządzane przez siebie imperium - w ten sposób rychło doprowadzając je do upadku.

Albo zatem władca sam rezygnował ze ścisłej kontroli populacji, zadowalając się luźnym tylko nad nią zwierzchnictwem (tak sprawowała władzę dynastia Zhou, w czasach której tworzyli swoją teorię "legiści": okres ich twórczej pracy nazywany jest też Epoką Królestw Walczących, gdyż w tym czasie wasale Zhou urośli w siłę, tworząc na terenie Chin kilka wojujących ze sobą państw - aż w końcu, stosując rady "legistów", państwo Qin pokonało wszystkich konkurentów i przywróciło jedność Chinom...) - albo też, był takiej kontroli bardzo szybko pozbawiany przez własnych totumfackich.

Pierwszy Paradoks Władzy jest zjawiskiem uniwersalnym w dziejach ludzkości. Dotyczy tak samo tyranii jednoosobowych, jak i państw nominalnie demokratycznych, o ile tylko potrzebują dla realizacji celów, jakie sobie stawiają stałej i ścisłej kontroli nad swoimi poddanymi, czego osiągnąć nie można bez biurokracji.

Jako zjawisko uniwersalne, był ten paradoks wielokrotnie i niezależnie od siebie opisywany i odkrywany na nowo przez teoretyków i praktyków władzy na całym świecie. Ostatnio wiele o tym pisał Cyryl Parkinson. Formułując nawet tzw. "prawa Parkinsona", tyczące się rozwoju i zachowania biurokracji.

Ponieważ nie jest możliwy socjalizm bez biurokracji - oczywiście że KAŻDY wyobrażalny system socjalistyczny (czy jest to socjalizm narodowy, jak w Niemczech, czy "internacjonalistyczny", jak dawniej w Sowietach, a obecnie - w Jewrosojuzie) podlega nieuchronnie działaniu Pierwszego Paradoksu Władzy. Efektem jego działania jest tworzenie się takiej lub owej "nomenklatury", "nowej klasy", "nowej szlachty" - z zasady dziedzicznie uprawnionej do przywilejów i w zasadzie - jak to się pospolicie mówi "nie do ruszenia" przez nominalnego suwerena (niezależnie od tego, czy tym "suwerenem" jest jednoosobowo Pierwszy Sekretarz, kolegialnie całe Biuro Polityczne, czy zgoła - jak teraz - większość sejmowa...).

Zgodnie ze starą, rosyjską zasadą, że wprawdzie car batiuszka każdego ze swoich czynowników może w każdej chwili wysłać na białe niedźwiedzie - ale nie pozbędzie się wszystkich, a gdyby próbował, to sam marnie skończy (co też i niejednego cara spotkało...).

Widzimy zresztą na własne oczy jak we WSZYSTKICH krajach nominalnie "demokratycznych" ogon kręci psem - i tzw. "egzekutywa" w rzeczy samej majoryzuje i proces legislacyjny (90% ustaw przygotowuje biurokracja rządowa...) i wymiar sprawiedliwości (co widać po ewidentnej przewadze już nawet nie prokuratury, a wprost - policji i innych służb - w całym "procesie wymierzania sprawiedliwości"...).

Wcale nie twierdzę, że Lenin (który był pierwszym twórcą "systemu sowieckiego"), czy Stalin (który doprowadził go do doskonałości) zaczytywał się nocami w zwojach wyciągniętych w 1900 roku przez okupujące Pekin wojska rosyjskie z Działu Prohibitów Biblioteki Cesarskiej!

Raczej doszli do podobnych rozwiązań samodzielnie. I to zdecydowanie Leninowi przysługuje tu nagroda za innowacyjność.

Nie ustrzegli się zresztą pewnych błędów. Han Feizi przestrzegał, że warunkiem trwałości tyranii jest klarowna zasada rządząca następstwem tronu. Ani Lenin, ani Stalin nie wyznaczyli swoich następców. System miał niejakie "szczęście", że po Leninie walkę o władzę wygrał właśnie Stalin (gdyby wygrał Zinowiew czy Bucharin - zapewne doszłoby do wcześniejszej "stagnacji" i szybszego rozpadu sowieckiego komunizmu - Trocki zaś, jako twarodgłowy ideolog, poszedłby na "przykręcanie śruby" - co mogłoby się różnie skończyć: ale o tym - niżej...). Tego "szczęścia" systemowi zabrakło po śmierci Stalina, gdy po dość długiej i krwawej walce na szczytach władzy, znalazła się ona w rękach Chruszczowa. 


Chruszczow wygrał dzięki poparciu kremlowskiej biurokracji i wojska i odwdzięczył się im - demontując stalinowską "tyranię doskonałą", to znaczy - rezygnując z periodycznej i wykonywanej metodą terrorystyczną rotacji kadr. Od tej pory Sowiety przestały być "tyranią jednoosobową", a stały się własnością coraz to bardziej sklerotycznej i coraz to pazerniejszej nomenklatury. Która to nomenklatura na koniec, gdy stan istniejący przestał zadowalać jej apetyty, bez większego żalu pozbyła się komunistycznego sztafażu i uwłaszczyła się, płynnie przechodząc od "socjalizmu sowieckiego" do "jewrosocjalizmu"...

Co BARDZO WAŻNE: dynastia Qin upadła dokładnie z tego samego powodu, co stalinizm. Qin Shihuangdi nie zadbał o klarowne następstwo tronu (pochłonęła go pod koniec życia obsesja osobistej nieśmiertelności...), na skutek biurokratycznych intryg nowym cesarzem, czyli Qin Erhuangdi (co w tłumaczeniu oznacza "Drugiego Cesarza z Dynastii Qin" - tak jest! Na 2100 z górką lat przed Mistrzem Lemem cwani Chińczycy wpadli na pomysł ANONIMOWOŚCI najwyższego władcy! Por. jedną z najmroczniejszych powieści Mistrza, czyli "Eden"...), został jeden z młodszych synów z krzywdą starszego i zdolniejszego, który w dodatku dowodził armią. Doszło do wojny domowej, w wyniku której niedorżnięte resztki dawnych elit pokonanych wcześniej przez Qin państewek zyskały sposobność do powstania - powstanie wygrało i w niespełna dwa lata, imperium Qin przestało istnieć. Została po nim tylko "terakotowa armia" wokół splądrowanego wówczas, a dziś wciąż nie odkopanego przez archeologów grobowca Pierwszego Cesarza.


Taki koniec zarówno stalinizmu, jak i dynastii Qin pozostawia nas w nader niekomfortowej poznawczo sytuacji. Czy "tyrania doskonała", o ile zostanie zrealizowana jak należy - jest czy nie jest ustrojem trwałym i zdolnym do funkcjonowania dłużej niż jedno lub dwa pokolenia..?

Nie ma dowodu. Hitler o następstwo tronu dbał (ale wcale nie wiadomo, czy jego system, gdyby trwał, rzeczywiście przekształciłby się w "tyranię doskonałą" - w końcu Noc Długich Noży była tylko jedna, a poza tym, wykazywał Adolf dość spore, a zgubne dla Tyrana przywiązanie do "starych towarzyszy")  - ale przegrał wojnę i tyle tego eksperymentu. Mao o następstwo tronu RÓWNIEŻ nie zadbał (doszło do walk frakcyjnych - obalenia tzw. "bandy czworga" i w rezultacie władzę przejął Deng Xiaoping, protegowany Zhou Enlaia, a nie samego Mao...) - ale też, jak naprawdę w tej chwili wygląda system sprawowania władzy w Chinach długo by opowiadać: nie jest to ani "tyrania doskonała", ani nic, co by w ogóle w ludzkim języku nazwać się dało...

Pozostaje Korea Kimów, która trwa już od trzech pokoleń. Państwo zaraz powiecie, że trwa dzięki umiejętności wymuszania zagranicznej pomocy. I to jest prawda. Ale czy tylko dzięki temu? Jak to niby udowodnić..?

Oczywiście CHCIAŁOBY SIĘ wierzyć, że poza "Pierwszym Paradoksem Władzy" istnieje także "Drugi Paradoks". Jeszcze głębiej zakorzeniony w ludzkiej naturze niż Pierwszy. O ile Pierwszy Paradoks tyczy się bowiem psychiki "grupy trzymającej władzę" (gdzie - wcześniej czy później - interes partykularny i jednostkowy MUSI zatriumfować nad "interesem wspólnym"...), to Drugi, gdyby faktycznie działał, stwierdzałby mniej - więcej tyle: Ludzie pozbawieni wolności w stopniu przekraczającym pewną granicę - stają się tak niewydajni w pracy, że władza, która ich tej wolności pozbawiła - sama upada pod własnym ciężarem...


Ja, niestety - nie mam co do tego bynajmniej pewności...

Nie było jeszcze w dziejach takiej "tyranii doskonałej", która by w pełni recypowała wszystkie punkty programu stworzonego przez "legistów". Tym samym, upadek żadnej z tych, które faktycznie istniały - NIE JEST dowodem na funkcjonowanie "Drugiego Paradoksu". Można bowiem wciąż twierdzić, że jeśli uniknie się błędów popełnionych przez Qin Shihuangdi, Stalina i Mao - "tyrania doskonała" będzie trwać.

Eksperymenty cząstkowe (jak GUŁAG, kanzłagry, Kambodża...) zdają się wskazywać raczej na to, że nie ma granic upodlenia człowieka! Ale dowodu, jako się rzekło, brak...

Wszystko to, co powyżej, miało być w założeniu tylko wstępem do rozważań na temat bardzo ciekawych artykułów, do których linki podrzucił mi wczoraj jeden z komentatorów. Że jednak wstęp zrobił się bardzo długi - wypadnie chyba ciąg dalszy odłożyć na później. Bo już końputer buczeć zaczyna z przegrzania...

4 komentarze:

  1. na Racjonalnym Oszczędzaniu, w przerwie na kawę, znalazłem jednak chwilę na artykuł o Hitlerze

    ale nieco z innej perspektywy o tym piszę

    pozdr.

    OdpowiedzUsuń
  2. Wszystko sprowadza się jednak do, jak się paradoksalnie okazuje, ludzkiej natury, chociaż trudno w to uwierzyć. Pan jako Boska Wola mógłby w tej materii (chodzi o ludzką naturę) wreszcie coś uczynić, bo, przykro o tym pisać, Pan Bóg jakoś się nie kwapi. Po przeczytaniu notki, myślałem raczej o granicy odczłowieczenia, piszę to w kontekście mojej pierwszej myśli, krytycznej wobec zestawienia obok siebie wyrazów "geniusz" i "zła", ale przypomniałem sobie, że Kira wyjaśniła mi już ten dylemat. Zbydlęcenie mieści się w granicach człowieczeństwa, tyle, że brakuje w nim takich cech jak mądrość, szlachetność, wrażliwość, odwaga, empatia itp.

    OdpowiedzUsuń
  3. Zapewne Pańska Lepsza Połowa jest mi szalenie wdzięczna ;)

    OdpowiedzUsuń
  4. Celne i ciekawe nadzwyczaj! W przeciwieństwie do wcześniejszych wypocin o Hitlerze - to był wpis na poziomie egzaltowanej gimnazjalistki, komentatorzy @Piotr34 i @Bobola juz to zresztą zgrabnie wypunktowali.

    Shape_shifter

    OdpowiedzUsuń

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...