czwartek, 19 września 2013

Czy życie warto brać na serio..?

Jesteśmy oboje cierpiący. Przez wzgląd na zranione ramię, Lepsza Połowa zażyczyła sobie wczoraj urlopu od gotowania. Kupiłem w Warce kebab z baraniny w ostrym sosie. No i teraz ponosimy konsekwencje...


K..wa mać! Dawno miałem to napisać, tylko zapomniałem. Czy my się przypadkiem nie cofamy już nie do średniowiecza nawet - a do paleolitu..? Choć i w paleolicie, jak tego kopalnie krzemienia w Krzemionkach Opatowskich dowodzą - było już coś takiego jak "podział pracy", a nawet "handel" i to - wcale dalekosiężny..!


Tymczasem w tej chwili wygląda na to, że jak ktoś chce zjeść pomidora bez pestycydów czy innego gówna - to sam musi go sobie wyhodować. Jak chce napić się mleka prosto od krowy, to powinien tę krowę sam przy domu trzymać i własnoręcznie doić. Mleko, którego czasem zdarza się nam próbować na wsi - do konsumpcji się  W ŻADNYM RAZIE nie nadaje: jedzie zgnilizną, nie zsiada się, tylko jakoś dziwnie kiśnie i ogólnie jest błeee...

Co wygląda na sumaryczny skutek szprycowania krów lekami, skarmiania podejrzanych kiszonek na bazie zjełczałej kukurydzy - i wymaganego przez Jewrosojuz natychmiastowego schładzania udojonego mechanicznie mleka, od czego większość pożytecznej flory bakteryjnej ginie.

No a teraz doszliśmy też do wniosku, że jak się chce zjeść kebab z baraniny - to trzeba najpierw w stado owiec zainwestować...


To jest szaleństwo! Czy za chwilę nie okaże się, że wypicie porannej kawy (właśnie piję drugą: tak mnie wieczorem wciągnął Stieg Larsson, że poszedłem spać o całkiem niewiejskiej porze, czyli o północy - a wstać trzeba było, trzech nocnych przerw na karmienie koćkodana nie licząc, jak zwykle - przed szóstą...) - nie wymaga aby posiadania własnej plantacji..?

Wiele rzeczy już się nam udało w Boskiej Woli na końskim nawozie wyhodować, niektórych egzotyków nie wyłączając - ale kawy, doprawdy, nie gwarantuję! Osobliwie, że nawet gdyby mieli rację oszołomi od "efektu cieplarnianego" (w który, jak zapewne Państwo pamiętacie, jakoś nie chce mi się wierzyć - link) - to trudno oczekiwać, aby na raptem 120 metrach n.p.m., takową plantację w jakichkolwiek okolicznościach przyrody skutecznie dało się założyć..!

Przenieść się na Madagaskar..?


A trzeba się w tym celu dać obrzezać, czy wystarczy "podpaść" jakimś sfiksowanym na tle czystości rasowej oszołomom..?

Lał bym na to wszystko ciepłym moczem, gdyby chodziło li i jedynie o dioksyny, oksydanty czy inne gówna, których nie widać gołym okiem.

Problem polega na tym, że pomiędzy naszym pomidorem z ogródka, a pomidorem NAWET z targu (o sklepowym, czy "supermarketowym" nie wspominając...) istnieje KOLOSALNA różnica w smaku, której moje zepsute obecnym dobrobytem kubki smakowe już nie potrafią ignorować.


Mleko, które czasem przywozi nam matka Radka, druha mego serdecznego (link i link) - zdecydowanie odbiega od moich wspomnień z dzieciństwa, kiedy to chodziłem co wieczór do sąsiada z kanką po mleko prosto z udoju i niejeden raz - wypijałem połowę nim wróciłem do domu...

No a baranina... Przepraszam Państwa na chwilę!

Uuuu....


No dobra. Przechodzę do konkluzji. Lepsza Połowa pyta, czy obecny "trynd", skazujący ludzi na samowystarczalność nie jest przypadkiem dowodem na cykliczność dziejów?

Jak już na wstępie zaznaczyłem - nie mam takiego poczucia, bo podział pracy i handel istniały odkąd ludzie są ludźmi. Jeśli zatem mamy do czynienia z powrotem - to nie do jakiejś "prahistorii", tylko wręcz - "do czasów przedludzkich".

Może o to chodzi..? O to, żeby sprowadzić ludzi do poziomu mięsa: bezmyślnego, bezwolnego, bezczynnego - bo czyż nie stanie się bezczynnym, bezwolnym i bezmyślnym mięsem ludzkość pozbawiona zmysłów smaku i powonienia, poczucia estetyki i zamiłowania do przyjemności..?

Życia nie warto brać NAZBYT serio! Rozindyczanie się o słowa, osobliwie tak mało ważne jak te wygłaszane w sieci (zdecydowanie podtrzymuję to, co napisałem wczoraj - link: ogromna większość tego, co dzieje się w sieci, wszystkie nasze spory, wojny, bitwy, kłótnie i z ogromnym nieraz nadęciem ogłaszane "programy" - to są igrzyska dla proli, piana bez najmniejszego znaczenia, mowa - trawa, której nikt poważny nie czyta i nie słucha i od której ani kamyk nie drgnie w rzeczywistości...) - to zwykła głupota. Że wielu ludzi jej ulega, to nic dziwnego. Zawsze twierdziłem, że większość "elektoratu" to głupcy..!

Jeśli warto cokolwiek brać na serio, to Piękno. O ile złudny urok absolutnego dobra niejeden raz prowadził do Większego Zła - to jakoś nie potrafię sobie przypomnieć wojny spowodowanej li i jedynie zamiłowaniem do przyjemności i piękna (no dobra - wojna trojańska... ale - to dość stare dzieje - i jak ładnie opowiedziane?!).


Lepsza Połowa mimo rany smaży nam na śniadanie udka z kurczaka w sosie grzybowym (wielkiego wysypu grzybów ciągle jeszcze nie ma, ale suszarkę mamy od wczoraj pełną...). A poza tym - z niewielkim tylko w stosunku do prognozy pogody opóźnieniem rozpaduje się właśnie. Chyba będę musiał zaniedługo ściągnąć stado pod wiatę: deszcz na dziś zapowiadano dłuuugi i intensywny - nie wysuszą się inaczej...

25 komentarzy:

  1. Wyobraz sobie, ze na Podlasiu krow prawie nie ma, i ludzie kupuja mleko w sklepie. Nie do pomyslenia. Niektorzy nawet kur nie maja - jeszcze bardziej nie do pomyslenia...

    Ja nawet chwastow nie pryskam niczym innym niz octem, a roundup juz taki popularny i zonk! okazalo sie ze wywoluje raka i inne badziewia.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. No właśnie opowiadali nam ludzie rzeczy świadomi, że cała "ściana wschodnia" to już tylko "renty strukturalne" i inne - i nikt niczego nie uprawia, a pola zarastają. Podobno nad Bugiem można łąki do koszenia za darmo brać..?

      Co do roundupu, to sąsiedzi śmieją się z naszej względem chemii wstrzemięźliwości: po co przemęczać sobie kręgosłup pieleniem ogródka, gdy można spryskać - z takim samym, albo i lepszym efektem..?

      Cóż: chłop - istota pragmatyczna!

      Usuń
    2. Zebys widzial to siano zmarnowane, co ja wczoraj widzialam, to by Ci sie lezka w oku zakrecila, ze 40 okraglych bali gnijacych sobie na lace w mojej wiosce...

      Usuń
  2. Ja cię miałam za fachowca od niemal wszystkiego... A tymczasem: "wymaganego przez Jewrosojuz natychmiastowego schładzania udojonego mechanicznie mleka, od czego większość pożytecznej flory bakteryjnej ginie." Jeśli mleko "dziwnie kiśnie" to właśnie dlatego, że w ciągu 2 godz nie zostało schłodzone do przynajmniej 8'C... Mleko ma w tym czasie fazę "bakteriostazy". Co "się oznacza", że masz czas na schłodzenie go, zanim zaczną się bakterie namnażać w postępie geometrycznym i to nie tylko te "dobre", lecz także ta patologiczne. I to wie każdy szanujący się rolnik. Schładzanie mleka w wiadrze z zimną wodą (widziałam na własne oczy) powoduje, że już w porze obiadowej mleko "jedzie kiszonymi ogórkami". To jest dopiero obrzydliwe. Moi dziadkowie mieli (od zawsze, jak daleko sięgam pamięcią) krowy mleczne w większej ilości i elektryczną dojarkę oraz chłodnię. Mleko było chłodzone natychmiast. Było słodziutkie i pachnące, a masło z takiej śmietany miało niemal smak lodów śmietankowych, nawet odrobiny zjełczałego posmaku czy woni. I dlatego, jak mi ktoś proponował "mleko prosto od krowy", to po samym zapachu potrafiłam poznać, czy było schłodzone w ciągu 2 godzin, czy bakterie gnilne i inne powodowały już początek jego kiśnięcia. tak samo potrafię rozpoznać, czy masło było ze śmietany, która była z nieschłodzonego mleka - czuć "delikatny gorzkawy posmak" i ledwie wyczuwalną woń zjełczałej śmietany... A sprzedawca na to: "Proszę pani, to z wczorajszego mleka, ledwo śmietana się odstała, to świeże!!!" Idź do rolnika i kup tuż po dojeniu. (Ale od krowy bez mastitis) Leć w te pędy do domu i włóż do zamrażarki na pół godziny. A potem do lodówki. Jeśli schłodzisz do 8'C, to świeże i pachnące będzie tak ze 2 - 3 dni. Ale w lodówce musisz mieć również do 8'C. Jeśli by ci się udało schłodzić w przeciągu 2 godz do 4'C, to postoi świeże nawet do 6 dni, ale oczywiście w tej temperaturze...

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. No widzisz: na "produkcji zwierzęcej" się nie znam, stąd tak od tego wyzwania do tej pory uciekałem... Ale, pewnie trzeba będzie się przemóc. Dzięki za rady!

      Usuń
  3. Jednak wolę kupić niż się męczyć z robieniem wszystkiego od zera. Jestem wygodna i co z tego? A i wyrzutów sumienia nie czuję, bo dzięki temu daję ludziom zarobić. Jakbym tak patrzyła, że jakbym robiła to samo sama to byłoby lepiej albo jakbym się zastanawiała ile bym zaoszczędziła to zadowolona bym nie była. Wolę nawet i tylko pograć w grę (bezsensownie spędzić czas) niż np. uczyć się gotować po to żeby jeść lepiej. To co kupuję smakuje mi bardziej niż domowe jedzenie u rodziny czy znajomych. Człowiek nie żyje wiecznie i niech też ma z życia przyjemność, a nie ciągle tylko myślenie o tym co jeszcze można zrobić w domu.

    Kebabu nie kupuję, bo można tam wsadzić wszystko i człowiek się na tym nie pozna. Parówka wielkie świństwo, ale mniej zaszkodzi niż kebab. Są takie miejsca w mieście, gdzie wiadomo, że po zjedzeniu będzie biegunka i bóle żołądka i takie, gdzie nic złego się nie dzieje. Nawet jeśli niby nazwa jest taka sama i właściciel też. Jedzenie ze sklepu potrafi być nawet lepsze jeśli chodzi o wrażenia dla kubków smakowych, bo zawiera "ulepszacze" smaku i ładniej wygląda. A że bardziej szkodliwe to wiadomo. Ale jak człowiek cały czas to je to jest przyzwyczajony i wtedy, kiedy zacznie jeść zdrowo zaczyna chorować, bo toksyny uwalniają się z organizmu. Organizm przestawiony na zdrową żywność zaczyna się oczyszczać, a oczyszczanie wcale nie jest przyjemnym procesem.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Nie tylko w kebab mozna "wsadzic wszystko". Chociazby mieso z supermarketu jest traktowane srodkami chemicznymi zeby wygladalo apetycznie. Abstrahujac juz od faktu, ze zwierzeta rzezne (i krowy mleczne) faszerowane sa mieszanka antybotykow, hormonow i genetycznie modyfikowanych pasz.

      Usuń
    2. Nie wspominając o jakże popularnych kurczakach, które są faszerowane "zdrowymi" mieszankami paszowymi z antybiotykami i hormonami wzrostu, żeby tylko szybciej przybrały na wadze, nie chorując za mocno ściśnięte w klatkach tak, że nie mogą sobie kupra wyczyścić. A to, co zje kura, jest też w jajku: samo zdrowie :P
      Rozumiem i szanuję Twój wybór Akaro, bo ja długo też w ten sposób myślałam (bo w kuchni to miałam dwie lewe ręce, a i zapędu do robót kuchennych u mnie nadal brak), to jak mi pokiereszowało organizm, że przez rok tylko zmieniałam oddziały w szpitalu powiedziałam - stop. Tak dalej być nie może. Zaczęłam szukać nieprzetworzonej, jak najmniej chemicznej żywności i siłą rzeczy uczyłam się gotować. Ciężka to była nauka, ale udało mi się osiągnąć to, że jedząc upichcone przeze mnie dania, nikt nie ma odruchu wymiotnego. Jeszcze mi mówią, że smaczne! Kłamcy jedni :P
      Teraz jeszcze zabrałam się za uprawę ziemi, więc jestem uchachana po same ślepia, mogąc cieszyć się wybornym smakiem cukinii, dyni, pomidorów, papryk, truskawek, brzoskwiń, czy choćby naci pietruszki. Mnie to wyszło na zdrowie.
      Tobie zaś życzę bardzo odpornego organizmu, by nie spotkało Cię to, co mnie :) Nikomu tego nie życzę.

      Usuń
  4. Można kupować zdrową żywność, tylko, że ludzie, którzy dbają o to żeby było zdrowo często się cenią wysoko. W sklepach ze zdrową żywnością ceny wyższe. Niestety to nie rolnik na tym zarabia w Polsce. Ale są kraje, gdzie rolnicy potrafią połączyć siły, potrafią sami rozkręcać takie sklepy w miastach, dogadać się z marketami i dzięki temu to do rolników trafia zysk.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Żywność wyhodowana ekologicznie MUSI być droższa, bo często wymaga większego nakładu pracy i przeważnie plony, bez wspomagaczy, są niższe.

      Usuń
    2. Oczywiście, że musi być droższa. Nie podważam tego. Z tego małego fragmentu to nie wynika, ale chodziło o to, że nie ma tak, że na rynku nie ma wyboru, że zablokowany jest dostęp do tego co dobre. MOŻNA kupić zdrową żywność. Dostęp do niej w miastach jest, ale ludzie mając wybór wolą kupić nieekologiczną, a tańszą żywność. Nie szukają tego co ekologiczne. Nie zastanawiają się nad tym czy żywność ekologiczna jest lepsza. Popyt kształtuje ilość żywności różnego rodzaju na rynku. Ludzie kupują nieekologiczną to opłaca się taką produkować, bo więcej się sprzeda. W ekologiczną włoży się tak jak piszesz więcej pracy, pieniędzy i zbierze się mniejsze plony, a ludzie i tak uznają, że za drogo i kupią gdzie indziej. Dlatego nie można w wielu sklepach kupić żywności ekologicznej. Jakby ludzie ją wybierali, pytali o nią to sklepy zainteresowałyby się taką żywnością. Ale nie ma takiej potrzeby żeby w każdym sklepie tylko dla kilku osób sprzedawać żywność ekologiczną. Bo to się nie opłaca.

      Usuń
    3. Ja bym chętnie kupował żywność ekologiczną, tylko ciężko o nią. Zwykle jest to jedna półka w markecie, na której są ekologiczne jabłka, można jeszcze jajka kupić z zerem, ale to trzeba już jechać do marketu w mieście.
      Sklepy z samą ekologiczną żywnością? Szczerze, jeszcze takiego nie widziałem, pewnie to tylko centra jakiś dużych miast.

      Usuń
    4. Jak to kiedyś zauważył Wojciech Cejrowski: supermarkety, wydzielając półki opatrzone napisem "zdrowa żywność" z pewnością NIE KŁAMIĄ: reszta MUSI być niezdrowa..!

      A tak na serio, istnieje bardzo poważny problem w handlu "żywnością ekologiczną": wiarygodność. No bo co z tego, że ktoś sobie nalepkę przyklei..?

      Podawałem kiedyś, ze dwa lata temu, pomysł na rozwiązanie tego problemu - i widzę, że choć częściami, a nie w całości, pomysł ten jest realizowany. Są w Warszawie "jarmarki Radia Wnet", gdzie można kupić zdrową żywność prosto od producenta - a Lepsza Połowa przyuważyła nie tak dawno na jednym z kanałów tematycznych program "Jakubiak lokalnie" - który dość dobrze wypełnia ten pomysł, o którym ja myślałem...

      Usuń
  5. Kebab kupuje się tylko tam, gdzie zwykle stoi kolejka. To gwarantuje, że nie ma mięska sprzed tygodnia i sosów, w których mieszkają już wszystkie bakterie.
    Herbatka z nasion końskiego szczawiu (kobylaka) pomaga od pierwszych łyków radykalnie, w dodatku nie ma przykrego smaku. Wystarczy wyjść przed dom, zerwać garść, zaparzyć i wypić.
    Jedzenie, według mnie, służy w tej chwili naturalnej selekcji - zostaną osobniki myślące i pracowite, zaś reszta zmutuje i zginie. Potem ich dzieci będą dążyły do ułatwień, wygodnego życia i masowej produkcji rolnej, podobnie, jak dziś wszyscy dążący do "nowoczesności" w rolnictwie, są potomkami tych, co sami krowy doili i pielili grządki.
    Zwykła sinusoida dziejów.

    OdpowiedzUsuń
  6. Kalokagathia - ładne słowo, prawda?

    OdpowiedzUsuń
  7. Piękne! Z daleka pachnie greką.
    A tu w lekko przekręconym pojęciu ;-)
    http://www.stylka.pl/d/tort-weselny/

    OdpowiedzUsuń
  8. łee dobrobyt!!!

    na kebaby baranie się chodzi, w restauracjach jada, moi oszczędni przodkowie zawsze uważali to za zbytek (i głupotę - bo zawsze kucharz smarknie do sosu, albo wrzuci stare mięso na ruszt - te lepsze zostawiając sobie!)

    OdpowiedzUsuń
  9. Całe dzieciństwo i wczesną młodość każde wakacje spędzałam na wsi u rodziny. Mieli krowy które się latem doiło 3 x dziennie - ręcznie. Mleko po udoju było odciągane na śmietanę, a część zestawiana bez żadnego schładzania na kwaśne mleko. Zawsze ale to zawsze się pięknie zsiadało.

    Z drugiej zaś strony nie jest prawdą to, że mleko po schłodzeniu już się nie zsiada. Nie zsiądzie się mleko homogenizowane ani UHT - tylko właśnie zgorzknieje.

    Sama kupowałam przez czas jakiś mleko z dużej fermy krów mlecznych które było po udoju schładzane. I co? Zsiadało się pięknie - zupełnie jak to z mojej rodzinnej wsi nieschłodzone.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Tego, co jest produkowane na wielka skale, jesc sie nie da. No, moze i sie da ale pozniej wylaza efekty uboczne, zaczynajac od zwyklej nadwagi.

      Mleko prosto od krowy pamietam rowniez ale na takowe odwaze sie dopiero majac wlasna krasule.

      Usuń
  10. Jest czosnek?
    Tak chiński.
    Poproszę jeszcze 2 pomidory.
    Włoskie czy hiszpańskie?
    Ma pani młode ziemniaki?
    Owszem, marokańskie w siatkach po 5 kg.
    Kapusta?
    Tutaj jest kapusta... obok brokuł, włoska.
    A brokuły?
    Co brokuły?
    Skąd pochodzą?
    Te akurat z Hiszpanii.
    Poproszę świeże mleko.
    Mam duńskie i holenderskie, które podać?
    A które jest świeże?
    Wszystkie są świeże!
    Kilogram twarogu półtłustego, znajdzie się?
    Podam panu osiem kostek po 125 G, duński specjał, okres przydatności do spożycia wynosi 12 miesięcy od daty zakupu.
    Chleb jest?
    Wedle życzenia, litewski lub niemiecki, pakowany próżniowo, gwarantowana świeżość przez 24 dni.
    Byłbym zapomniał, poproszę jedną kostkę masła.
    Proszę bardzo!
    Zaraz..., chciałem masło, a tu jest napisane butter!
    Polecam panu butter, jest lepszy od masła.

    Dziekuję bardzo i proszę jak zwykle... do zeszytu:)






    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. I jeszcze do tego kukurydze gmo. Smacznego :)

      Usuń
  11. Karaluchy i prusaki żrą byle co, nawet podobno pastę do zębów (w czasie głodu) - i co? Przeżyły miliony lat i drugie tyle przeżyją.

    OdpowiedzUsuń
  12. Ja musiałam się "zaopatrzyć" w działkę, ponieważ jedzenie kupowane na targu od "rolnika" nawet mi nie służyło w ogóle, a moje papugi "pluły" tym na odległość, biorąc warzywa i owoce w dziób tylko po to, by je wyrzucić z miski na ziemię. Teraz jedząc to, co sama wyhodowałam na "własnej" ziemi czuję się o wiele lepiej, mniej choruję (nawet głupi katar u mnie teraz trwa najdalej trzy dni, a nie trzy tygodnie, jak dawniej). Przy tym ja wychowana zostałam na "własnym" jedzeniu: warzywa i owoce z działki, mięso i nabiał od wujka-rolnika, który pasz nie stosował, tylko swojskie, tradycyjne skarmianie zwierzaków hodowlanych.
    Sklepowego mleka, kefiru, czy innej śmietany pić na surowo nie mogę, jajek jeść też nie, warzyw kupnych na surowo również - jeśli to zrobię, marny mój los, a flaki poskręcają się w pętelki i kokardki wywołując przy tym taki ból, jakby mnie Obcy rozdzierał od środka pazurami.
    Mam po prostu uczulenie na chemię w produktach spożywczych... :(

    OdpowiedzUsuń
  13. Ja musiałam się "zaopatrzyć" w działkę, ponieważ jedzenie kupowane na targu od "rolnika" nawet mi nie służyło w ogóle, a moje papugi "pluły" tym na odległość, biorąc warzywa i owoce w dziób tylko po to, by je wyrzucić z miski na ziemię. Teraz jedząc to, co sama wyhodowałam na "własnej" ziemi czuję się o wiele lepiej, mniej choruję (nawet głupi katar u mnie teraz trwa najdalej trzy dni, a nie trzy tygodnie, jak dawniej). Przy tym ja wychowana zostałam na "własnym" jedzeniu: warzywa i owoce z działki, mięso i nabiał od wujka-rolnika, który pasz nie stosował, tylko swojskie, tradycyjne skarmianie zwierzaków hodowlanych.
    Sklepowego mleka, kefiru, czy innej śmietany pić na surowo nie mogę, jajek jeść też nie, warzyw kupnych na surowo również - jeśli to zrobię, marny mój los, a flaki poskręcają się w pętelki i kokardki wywołując przy tym taki ból, jakby mnie Obcy rozdzierał od środka pazurami.
    Mam po prostu uczulenie na chemię w produktach spożywczych... :(

    OdpowiedzUsuń

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...