niedziela, 1 września 2013

Contra Kołakowskim, cz. 9, ostatnia - O wolności

Wielekroć we wcześniejszych wpisach tego cyklu i w komentarzach pod nimi odwoływałem się do tego eseiku. Jest to zatem naturalne zwieńczenie dzieła - choć książeczka profesora Kołakowskiego ciągnie się jeszcze przez takich "mini-wykładów" kilkadziesiąt..!

Problem wolności dyskutowałem bardzo intensywnie na przełomie zeszłego i bieżącego roku, spierając się z blogerką Kirą i jej "indywidualistycznym woluntaryzmem". Można o tym przeczytać chociażby w tekstach poświęconych tworzeniu kultury i wartości, czy też - problemowi różnicy między człowiekiem a zwierzęciem (ten ostatni linkowałem już kilka razy, także i w poprzednim wpisie).

Jeśli wracam teraz do tego zagadnienia, to m.in. dlatego, że prawie na samym początku, popełnia Kołakowski szkolny wręcz błąd - a mam nieodparte wrażenie, że błąd ten jest wielce powszechnym (oczywiście u tych, którzy w ogóle zadają sobie trud, by rzecz tę przemyśleć).

Pisze bowiem: Fizycy dogmat deterministyczny porzucili. Stąd (...) można (...) twierdzić, że wiara w wolną wolę nie jest udaremniona czy przekreślona przez fizykę.

Jest to oczywiste pomieszanie z poplątaniem. Indeterminizm przejawiający się w mechanice kwantowej, czy też opisywany przez teorię chaosu NIE NA TYM polega, że badane (cząstka elementarna, stan pogody, zachowanie istoty żywej...) zachowuje się dowolnie, jak samo chce i w sposób nieprzewidywalny.

Indeterminizm tego rodzaju polega li i jedynie na tym, że funkcja opisujące zachowanie badanego nie jest prostą zależnością f(x) = y. Może bowiem to, co badamy (ów "x") w odpowiedzi na bodziec (czyli na determinującą jego zachowanie przyczynę) przyjmować nie jeden tylko stan ("y"), a któryś ze zbioru stanów możliwych (a, b, c...) - przy czym zwykle jesteśmy w stanie przypisać pewne prawdopodobieństwo wystąpieniu każdego z owych "stanów dopuszczalnych" - a tylko nie mamy innej metody niż losowa aby przewidywać, który faktycznie w doświadczeniu wystąpi (w związku z czym przewidywanie takie - jak np. w prognozowaniu pogody - możliwe jest tylko na bardzo krótką metę i nader niedoskonałe: a w przypadku dłuższych ciągów zdarzeń, takich jak np. dzieje ludzkości, czy ewolucja biosfery - jedynym możliwym sposobem poznania ich przebiegu jest... spisanie ich historii! W żaden bowiem sposób z reguł ogólnych nie da się tu wydedukować faktycznego przebiegu zdarzeń...).

W dalszym ciągu jednak, NIE MOŻE badane zachowywać się "dowolnie". Istnieją dlań PRZYNAJMNIEJ, "stany zakazane", tj. takie, których przyjmować w żadnym razie mu, na mocy praw natury, "nie wolno" - a bardzo często jest tak, że ów zbiór "stanów możliwych" posiada zaledwie kilka elementów o prawdopodobieństwie na tyle wysokim, by warto było się nimi na co dzień przejmować.


Indeterminizm otaczającego nas świata sprawia oczywiście pewien kłopot uczonym - aparatura matematyczna, której potrzebują jest dużo bardziej złożona i, jak to mawiają matematycy, "mniej elegancka", niż wzory, który wystarczały Galileuszowi czy Newtonowi. W obszarze "nauk o człowieku" jednak, porzucenie "paradygmatu deterministycznego" rodem z XVIII wieku jest niewątpliwym postępem. Kto w dzisiejszych czasach bredzi coś o "dziejowych koniecznościach", "duchu dziejów" i temu podobnych urojeniach, typowych dla Hegla, Marksa, czy chociażby dla zwolenników jakkolwiek rozumianego "paradygmatu cywilizacyjnego" (Konecznego, niestety, nie wyłączając...) - tym samym z punktu daje świadectwo swego nieuctwa, zwalniając ludzi rozsądnych z próżnego trudu dyskutowania o jego przywidzeniach.

Ani mechanika kwantowa, ani teoria chaosu nie unieważniają jednak bynajmniej podstawowej zasady, dzięki której w ogóle możliwa jest nauka. Tej mianowicie, że WSZYSTKO MA JAKĄŚ PRZYCZYNĘ. Tyle tylko, że - co przecież powtarzam od dawna - niekoniecznie zachodzić musi jakaś "proporcjonalność", "odpowiedniość", "analogia" przyczyn i skutków. Bywa bowiem tak, że góra rodzi mysz, a bywa i odwrotnie - z małych, niepozornych, frywolnych wręcz przyczyn - wynikają czasem gigantyczne skutki. Co przecież ludzie od dawna już wiedzą: czyż miłosny podbój Parysa (sam w sobie będący skutkiem trywialnej sprzeczki bogiń o to, która jest urodziwsza...) - WART BYŁ zniszczenia Troi..?


Zapewniam Państwa: owe solenne łańcuchy "praw dziejowych", prowadzących nieuchronnie od "a" do "b", od "x" do "y" - to są NAJCZĘŚCIEJ tzw. "racjonalizacje post factum". Na tej samej zasadzie, kto raz kupił Volkswagena, będzie zazwyczaj twierdził, że nie ma to jak niemieckie samochody - a (podobno, nie sprawdzałem...), posiadacz Renault zwykle się z nim nie zgodzi...

Oczywiście nie zgadzam się z tezą Kołakowskiego, jakoby: Wierzyć w wolność wyboru (...) i w tworzenie nowego można, a nawet, jak sądzę, należy; wolność jest naszym doświadczeniem elementarnym, doświadczeniem każdego; jest ono tak elementarne, że nierozkładalne na części, które dałyby się z osobna analizować, dlatego wolność może się wydawać rzeczywistością niedowodliwą. Nie ma jednakowoż żadnego powodu, by temu doświadczeniu nie dowierzać, choć właśnie jest elementarne.

Otóż powód dla niedowierzania temu "doświadczeniu elementarnemu" owszem, jest. I jest on nawet dość oczywisty. Nasza samowiedza odnośnie działania naszego mózgu jest mniej - więcej taka sama, jak nasza samowiedza odnośnie działania naszej wątroby. Mniejsza nawet! Operacje na otwartym mózgu można przeprowadzać bez znieczulenia, bo mózg samego siebie "nie czuje" - na wątrobie tak się nie da, wiemy kiedy nas boli.

To, że tak jest, jak piszę, a nie inaczej, jest oczywiste właśnie i elementarne. Czy, gdyby było inaczej, możliwe byłoby uprawianie takiego zbioru guseł i zabobonów, jakim jest tzw. "psychoanaliza"..? Psychoanaliza to w rzeczy samej próba zdiagnozowania pacjenta na podstawie tego, co sam o sobie opowiada. Nic dziwnego, że skutki są mniej więcej takie, jak przy próbach diagnozowania chorób wątroby bez badania morfologii krwi, biopsji, czy stosowania innych narzędzi diagnostycznych dostępnych współczesnej medycynie.

Odpowie na ten zarzut zarówno "psychoanalityk", jak i "filozof klasyczny", że "rozum", czy też "myślenie" jest czymś innym niż "mózg". Owszem - jest to czynność mózgu, tak samo jak metabolizowanie alkoholu jest przyrodzoną czynnością wątroby.

Ale czyż da się "myślenie" i "rozum" tylko do "czynności mózgu" ograniczyć, czy nie ma tam jeszcze innego, boskiego pierwiastka, w którym właśnie owa "wolność woli" mieszka..?

Może i się nie da. Zauważmy jednak, że uczynienie rzeczy bardziej skomplikowaną, nie czyni jej wcale łatwiejszą do zrozumienia. Skoro daleko nam do pełnego zrozumienia "czynności mózgu", skoro jest jego praca czysto elektryczna nawet, wciąż dla nas zagadką - to co niby ma uprościć, wyjaśnić, łatwiejszym do pojęcia uczynić, dokładanie mu jeszcze "duszy" (jak chce "filozofia klasyczna" - różnie zresztą tę "metafizyczną przystawkę" nazywając...), czy też "podświadomości" (jak chce z kolei "psychoanaliza"...)? Przecież przedmiot naszych rozważań, gdy mu do jego czysto fizycznej komplikacje jeszcze i tę lub ową "przystawkę" dołożyć, powinien stać się przez to, logicznie rzecz biorąc, jeszcze mniej zrozumiały i jeszcze trudniejszy do pojęcia..!


Nie wiemy skąd się bierze nasze myślenie. Żadna introspekcja, żadne "myślenie o myśleniu" nic nam tu w rzeczy samej nie pomoże. Jeśli nawet jest tedy wolność "doświadczeniem elementarnym" - to jest jednym z wielu takich doświadczeń które dlatego są elementarne, że nasza samowiedza nie ma jak wyjść poza nie.

Potrafi jednak poza owe "doświadczenia elementarne" wyjść już nasza farmakologia. Produkując narkotyki i inne substancje, których podanie pacjentowi sprawi, że będzie doświadczał a to świętych obcowania, a to lekkości bytu, a to innych rewelacji...

Wolność jest tym, co już w przywołanym na wstępie tekście pisałem: jest to KONIECZNA FIKCJA PRAWNA, dzięki której możliwe jest istnienie prawa karnego (takiej samej mocy, jak cały szereg innych "fikcji prawnych" - w rodzaju, np. fikcji "powszechnej znajomości prawa"...).

Jest to też, wygodny przyznaję, skrót myślowy, ułatwiający komunikację między ludźmi, szczególnie w sprawach polityki.

Gdyby jednak ludzie byli wolni w mocnym sensie tego słowa, tj. gdyby ich myśli i czyny od nich samych bez reszty pochodziły, jak od demiurgów jakichś - to byliby bogami, a nie ludźmi. W szczególności nieporozumieniem, błędem szkodliwym bardzo, jest uzurpowanie sobie przez ludzi takiej wolności w sferze "tworzenia wartości", "twórczości": wszystkie te, jakże mnie zwykle irytujące wstawki netowych liberałów i indywidualistów, że to "starczy tylko usiąść i pomyśleć przez chwilę", albo że "zdrada możliwa jest tylko tam, gdzie człowiek dobrowolnie podjął zobowiązanie".

Nic dziwnego, że niedaleko od liberalizmu do satanizmu: wprawdzie niejeden kapelan pewnie by się oburzył na mój powyższy wywód, ale pomijając już różne filozoficzne subtelności (które, zapewniam, DA SIĘ uzgodnić z Obajwieniem, oj da się...), w praktyce jesteśmy sprzymierzeńcami. Gdy ja bowiem odmawiam ludziom suwerenności względem natury i względem kultury, która ich wydała (nie czyniąc przy tym "ostrego" rozróżnienia między jedną a drugą, bo wyrasta kultura z natury i przenikają się wzajem nieustannie...) - to przecież to samo mówię, co gdybym bezbożną pychę stworzenia potępiał.

Moim zdaniem, bunt werbalny przeciw światu, heroizowany w memach sławiących różnych rewolucjonistów, jest z punktu bezskuteczny. Nie da się bowiem w świecie przeciw światu skutecznie działać - kto działa, z zasady świat afirmuje, więc i rządzące nim prawa przyjmuje za swoje. Próbując się przeciw nim wyłamać, może produkować tylko tragedię i zło. Widzimy zresztą, że w każdej rewolucji po zaślepionych ideologią dogmatykach nieuchronnie przychodzą pragmatycy: po Robespierze - Bonaparte. Po Leninie - Stalin.

Buntem skutecznym przeciw światu, a więc radykalną demonstracją wolności może być tylko albo samobójstwo, albo milczenie (był zresztą taki cesarz w Chinach, Wanli z dynastii Ming który, rozczarowany swoją niemożnością zmiany stanu spraw w państwie, którego nie aprobował - zastrajkował, odmawiając swoim biurokratom nawet biernej akceptacji ich rządów: ten był prawdziwie wolnym człowiekiem - tyle, że dynastia przez to upadła...).


To, że tak wielką mamy mnogość ludzi krzyczących "wolność, wolność!", a zarazem produkujących, gdy tylko dorwą się do władzy, większe tylko zniewolenie - to, niestety, wina naszego języka. W którym kłamać, opowiadać baśnie i łudzić się nawet samemu - jest tak samo łatwo, albo i łatwiej, niż powiedzieć prawdę.

Jest też taki "pozorny, a z punktu bezskuteczny bunt" postawą łatwiejszą od szczerej akceptacji świata. Raz dlatego, że jest rzeczywistość dana nam zmysłami o wiele bogatsza, a przez to też i trudniejsza do ogarnięcia niż rzeczywistość dana tylko w słowach. Dwa, że doświadczając świata naprawdę, a nie tylko poprzez słowa - nie sposób uniknąć bólu i rozczarowania. Przyrodzone ludziom tchórzostwo zatem, zawsze będzie ich skłaniać do ulegania czarowi słów, do utopii i do samooszukiwania się. Nic się na to nie da poradzić...

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...