niedziela, 4 sierpnia 2013

Smoki i wilkołaki

Trudno, żeby w dzień święty zmuszać mózg do jakichś wygibasów. Będzie zatem zasadniczo rozrywkowo, choć nie bez refleksji - o lekturach, zresztą lekkich i odmóżdżających, którym się ostatnio oddawałem.

Połknąłem w półtorej doby pierwszy tom "Tańca ze smokami" - teoretycznie po "Nawałnicy mieczy" idzie "Uczta dla wron", której w bibliotece nie było, bo jest "w czytaniu", ale na szczęście doczytałem wcześniej, że dwie kolejne części nie dzielą się chronologicznie, tylko geograficznie, więc wszystko jedno, od której zacznę. Zresztą, "Tańca ze smokami" też był dostępny tylko tom pierwszy. Znakiem tego: czyta młodzież..!

No i przyznać muszę, że po tym pierwszym tomie, lekko jestem w kropce. Pojawiają się pewne nowe tropy. Dymiące Morze to nic innego jak zalana częściowo wodą kaldera pozostała po wybuchu superwulkanu. Może to tłumaczyć cywilizacyjną stagnację tego świata (w wyniku wybuchu tego superwulkanu zagładzie uległo imperium rządzące wcześniej większością wschodniego kontynentu...). Od biedy może tłumaczyć także i owe "długie zimy" - ale jest to tłumaczenie mocno naciągane, boż taka "zima powulkaniczna" obfituje w dość charakterystyczne cechy, w rodzaju kwaśnych deszczy, opadów pyłu  i temu podobnych. Próżno o tych fenomenach szukać (na razie przynajmniej...) wzmianki!

Nieposłuszeństwo smoków zdaje się wskazywać cel, któremu ostatecznie posłużą umiejętności Starków. Może to być jednak, tak samo jak z tym superwulkanem - tylko mylenie tropów bo, Dalibóg, tak wiele grzybków w tym barszczu, że nie na jedno, a na kilka różnych rozwiązań całej zagadki by tego wystarczyło. Wspomnienia czerwonej kapłanki z wczesnego dzieciństwa, ten "obiekt numer siedem" - to jak na razie pierwszy trop wskazujący, że faktycznie możliwe jest rozwiązanie w stylu "hard sf". Nie ma rady: trzeba czytać (w sumie trzy opasłe tomy mi jeszcze zostały...) - i czekać cierpliwie na dalszy ciąg, choć pewnie zdążę wyłysieć do reszty, nim autor skończy go pisać, o ile w ogóle zdoła...


Przeczytałem też jeszcze jedną książkę z tego samego gatunku. Mianowicie "Wilczy amulet" - ciąg dalszy (zresztą nader luźno z częścią pierwszą powiązany...) "Wilczego miotu". Rzecz dzieje się zasadniczo w państwie krzyżackim, w XIII i XIV wieku i tyczy się najpierw próby wykorzystania, a potem buntu i eksterminacji przez Zakon ni mniej, ni więcej, a - wilkołaków.

Pierwsza powieść z tego cyklu, którą przeczytałem dość już dawno, wcale mi się podobała: wprawdzie jest to tłumaczenie z angielskiego, autor podpisuje się na okładce nazwiskiem "Swann", ale - prawie jak w polskiej literaturze tego rodzaju - poza samymi tylko wilkołakami, twardo trzyma się realizmu. Jest to przyjemne. Szczególnie przyjemne jest pokazanie typowego dla średniowiecza racjonalizmu (wbrew obiegowym mitom prawdziwie "gotycką" epoką był dopiero romantyzm i tam trzeba szukać wszystkich tych złogów irracjonalizmu, które odruchowo skłonni jesteśmy rzutować w przeszłość...).

Autor (lub tłumacz - tego się nie wie, póki się nie skonfrontuje obu wersji językowych) uwspółcześnia co prawda miary czasu i przestrzeni (i to na kilometry, a nie na mile - co już wtedy powinno mi nasunąć niejakie podejrzenia...), no i oczywiście język - ale taki zabieg tylko ułatwia lekturę, nie ma się zatem o co obrażać.


Natomiast gdzieś tak od połowy "Wilczego amuletu" czytało mi się to z rosnącym zdumieniem. Akcja przenosi się z Prus na Mazowsze. W pogoni za uciekającym przed "wolfjaegerami" wilkołakiem oczywiście. Mamy całą masę złych Niemców i jednego dobrego (ale z południa, z Norymbergi...). No i parę wilkołaków. Co ważne: w przeciwieństwie do tych z części pierwszej, bynajmniej nie stanowiących jakiegoś "komanda śmierci", szkolonego przez doświadczonych wojowników do roli komandosów, rozpirzających od środka pruskie gródki! Wilkołak męski jest "naturszczykiem", który wprawdzie zabija chętnie i często, ale sam się wszystkiego własnym doświadczeniem nauczył - a wilkołak żeński to w ogóle bardzo długo nie wie, że jest wilkołakiem, a kiedy się o tym dowiaduje, na żadne szkolenie nie ma już czasu, wchodzi do walki z marszu.

Mimo to, skuteczność w walce z wytrenowanymi specjalnie do poskramiania takich właśnie stworów rycerzami Zakonu - jest chyba nawet większa niż w części pierwszej. Już po tym widać, że autora zaczyna ponosić.

Przez chwilę pozostawałem jednak w mocy słodkiego złudzenia, że pisał to jakiś pragnący sobie dorobić mediewista z Cambridge lub Oxfordu (w końcu - mają tam niezłych mediewistów...) - a ponosi go, bo tak się zwykle dzieje w drugich częściach. Parę drobnych błędów, w rodzaju osadzenia w peryferyjnym gródku o fikcyjnej chyba nazwie Narew (byłażby to ta Narew w województwie podlaskim, gdzie do tej pory więcej mieszka Białorusinów niż Polaków..? Niemożliwe...) AŻ wojewody, gdy mógł tam rządzić co najwyżej jakiś komes, albo i to nie - i przecenienie (chyba) rozmiarów Warszawy A.D. 1353 - tylko dodawało całej opowieści uroku.

Skąd jednak na takim zadupiu rycerz który biegle włada w mowie i PIŚMIE zarówno niemieckim, jak i łaciną - które to umiejętności okazują się kluczowe dla rozwiązania akcji..? Żeby to jeszcze był ksiądz kapelan, ale rycerz..? No, poniosło autora, poniosło...

Wszystkie moje złudzenia rozwiało zakończenie. Otóż - zdradzam puentę bez wstydu, bo lektury, prawdę powiedziawszy, nie polecam - Krzyżacy przez ponad 100 lat traktowali wilkołaki, w zależności od swoich potrzeb i możliwości albo jako zwierzęta - całkowicie naturalne, podatne na tresurę i nadające się do wykorzystania tak samo jak konie czy psy - albo jako demony, które trzeba co prędzej zniszczyć, w żadne rozhowory się nie wdając (co było przejawem ostrożności, bo pociągnięte za język, mogłyby zdradzić przykre bardzo tajemnice Zakonu...).

Tymczasem ów dzielny mazowiecki rycerz, biegle władający niemieckim i łaciną w mowie i w piśmie, zapoznawszy się z dokumentacją (by nie rzec wręcz: "instrukcją obsługi"...), którą komtur konwentu "wolfjaegerów" wozi wszędzie ze sobą i zostawia beztrosko na wierzchu idąc na ucztę - tudzież poznawszy w praktyce egzemplarz "dobrego" wilkołaka, zresztą żeński - nie tylko potrafi sobie wszystkie te, jakże nowe i skomplikowane informacje w lot przyswoić, ale też - zdobywa się na rewolucyjną zupełnie innowację (zapewne kierując się przyrodzoną wszystkim Lechitom dobrocią serca i nadzwyczajną inteligencją...). Wychodzi bowiem poza alternatywę "zwierzęta lub demony" - i otwartym tekstem proklamuje wilkołaki ludźmi...

No - klękajcie narody..! Gdyby to nie była ostatnia kartka, zacząłbym się spodziewać Juranda ze Spychowa na następnej stronie...

Coś takiego mógł napisać tylko Polak. No i faktycznie: na okładce podpisany jest, jako się rzekło, "S.A. Swann", książkę przełożył Marek Pawelec, ale już copyright należy do niejakiego "Stevena Swiniarskiego". I wszystko jasne..!

W tym miejscu pora na zakończenie. Zakończenie będzie podwójne, bo wszystko to dwie ogólniejszej natury nasunęło mi refleksję.

Refleksja pierwsza, nieco poważniejsza, choć proszę mnie nie cytować, bo wszystko co dziś piszę, dla rozrywki jeno piszę, a nie w innym celu. Otóż - chodzi o nasz stosunek do kultury anglosaskiej i Anglosasów jako takich. Rzecz jest o tyle aktualna, że przecież mnóstwo Polaków mieszkało i mieszka w obu głównych anglosaskich imperiach, to jest w USA i na Wyspach Mglistych - i mało kto nie ma krewnych w jednym lub drugim z tych krajów (a jest owa emigracja na Wyspy Mgliste przy tym świeża - i wciąż jeszcze żywe utrzymuje kontakty ze "Starym Krajem"...).

Rzecz jest nie tylko aktualna, ale też - w najwyższym stopniu emocjonalna. Po czym to poznajemy? Po tym mianowicie, że coraz częściej napotykam w internecie na bardzo skrajne, a z wielką pewnością siebie głoszone opinie na ten temat.

Już naprawdę nie pamiętam gdzie, ale całkiem niedawno - rzuciła mi się w oczy żarliwa apologia anglosaskiej kultury, z nie mniej żarliwym przeświadczeniem o wielkiej zbieżności owej kultury z kulturą polską.


Panie i Panowie! Nie idźmy tą drogą! Nie idźmy tą drogą, powiadam Wam - bo nigdzie nas ona nie zaprowadzi...

To, że Brytyjczycy co najmniej od Wielkiej Wojny Północnej (tej z Karolem XII i Piotrem I) robili co mogli, żeby Europa miała zajęcie sama ze sobą i nie przeszkadzała im na "błękitnych wodach" oceanów - to jest oczywista oczywistość. Że przez cały praktycznie wiek XIX fundamentem równowagi europejskiej był fakt podziału Polski i że takie "zajęcie" dostarczali zwłaszcza Rosjanom bardzo często właśnie Polacy? To też jest oczywista oczywistość. I nie ma się na co obrażać. Pusztuni mieli gorzej - dokładnie z tego samego powodu...

Z drugiej zaś strony - proszę mi powiedzieć, co niby takiego wynikło z faktu, że co któryś tam Amerykanin jest z pochodzenia Polakiem..? Naprawdę proszę - bo ja, jakoś, niczego takiego nie dostrzegam!

I nie wydaje mi się, żeby DLA POLSKI cokolwiek mogło wyniknąć teraz lub w przyszłości pozytywnego z faktu, że iluś tam młodych Polaków wyjechało na Wyspy Mgliste (większość z nich zapewne tam już zostanie i z czasem - wtopią się w otoczenie...). Ot - poprawili sobie ludzie stopę życiową. No i zmniejszyli tempo wzrostu cen mieszkań w Warszawie...

Druga refleksja jest już całkiem niepoważna i rozrywkowa. Jak znowu ktoś się będzie dopytywał, czy ja na serio piszę - jak Boga kocham, w zęby dam! Przynajmniej - wirtualnie!

Otóż, Panie i Panowie - po głębokim namyśle dochodzę do wniosku, że smoki są o wiele bardziej prawdopodobne i realistyczne niż wilkołaki!

Był kiedyś numer "Nowej Fantastyki" poświęcony smokom i były tam szczegółowe wyliczenia pokazujące, jak musiałby smok być zbudowany, żeby latał i ział ogniem. Ogólnie - bydlę nie miało wielkich szans zaistnieć w toku naturalnej ewolucji, ale przynajmniej - praw fizyki nie gwałci. Nie bardziej niż trzmiel, który też teoretycznie latać nie powinien - a lata.

Ale wilkołaki..? Wprost nie jest to u "Swanna" napisane, ale po pierwsze - prawie na pewno gwałcą prawo zachowania masy. To znaczy - wilkołak w postaci wilka ma dużo większą masę niż w postaci człowieka - a nic w opisie procesu przemiany nie wskazuje na to, aby brakującą materię pobierał z otoczenia, względnie do otoczenia ją oddawał..!


Skąd o tym wnioskuję..? W obu powieściach występują wilkołaczyce. Które, w postaci ludzkiej, nie są bynajmniej jakimiś olbrzymkami. Ta z pierwszej części jest wprost opisana jako piękność - jak chodzi o tę z części drugiej, zdania są podzielone, ale o jakiejś jej szczególnej wybujałości lub obfitości cielesnej też nie ma mowy.

Zarówno w wieku XIII czy XIV (kiedy dzieje się akcja obu powieści, o których mowa), jak i współcześnie - trudno bardzo uznać za piękność (czy nawet - mieć co do tego jakieś wątpliwości...) kobietę, którą łatwiej przeskoczyć niż obejść. To nie są czasy Rubensa..! Przynajmniej - sądząc po rzeźbach i malowidłach z epoki...

Ile może ważyć piękna, tj. dość szczupła i proporcjonalna kobieta - pamiętając o tym, że ludzie w średniowieczu byli sporo niżsi niż obecnie? 50 - 60 kg to jest maksimum. No dobra - jeśli pominąć ową różnicę we wzroście ludzi średniowiecznych i współczesnych, to wysoka kobieta może być uznana za piękną nawet, gdy waży trochę ponad 80 kg...

Otóż tyle to waży całkiem normalny wilk. 80-kilogramowy byłby już dużym, może nawet uderzająco dużym basiorem, 50 kg to normalna waga zwykłej wadery. Nic jednak, co by wyglądało jakoś szczególnie imponująco czy nienaturalnie..!

Tymczasem autor każe swoim wilkołakom przewyższać wzrostem zwykłego wilka prawie dwa razy (stojąc na czterech łapach sięgają dorosłemu człowiekowi do połowy piersi...). Każe im też rzucać tęgimi wojami jedną łapą i przegryzać szyję łosia jednym kłapnięciem paszczy.

Pamiątając o tym zwłaszcza, że w drugiej części (jak już wspomniałem wyżej), to nie jest żaden wilkołaczy "Bruce Lee karate mistrz" - rzecz całkowicie nieprawdopodobna przy tak małej masie..!

No i sam proces przemiany. Takie coś - wymaga zużycia olbrzymiej ilości energii. Nie mam kompetencji by obliczać jak wielkiej - ale w ciemno zgaduję, że normalna, białkowa przemiana materii takich ilości energii w tak krótkim czasie wyzwolić nie jest w stanie. A jeśli wyzwoli - to powstałego w ten sposób ciepła nie odprowadzi na zewnątrz bez szkody dla samego siebie.

Tak więc - żadnych marzeń, Panie i Panowie..! Smoki tak - wilkołaki nie. Wilkołaki nie są możliwe...

17 komentarzy:

  1. A czytał Pan Sapkowskiego? Pewnie tak. :-)
    Może napisze Pan o książkach, które Pan poleca? Coś w stylu: "Książki, które warto przeczytać". Baaardzo proszę!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Nie dorosłem do czytania Sapkowskiego. Nie trawię go. Niemal tak samo jak Coehlo czy Prachetta - choć z innych powodów.

      Usuń
    2. Zrozumiałam ;-)
      Ja na szczęście przeczytałam książki tych trzech autorów w odpowiednio młodym wieku, żeby je przełknąć.

      Usuń
  2. Sapkowski to tylko opowiadania.
    O smokach to bylo na Discovery i rzeczywiscie prawa ewolucji nie gwalci-ponizej dwa filmy "dokumentalne" na ten temat

    http://tiny.pl/hbwd2
    http://tiny.pl/hbwd8

    A jak juz sobie tak dywagujemy to ponizej "ogolna teroia magii"(bazujaca na swiecie Sapkowskiego).

    http://tiny.pl/hbwdj

    (zreszta w ogole ciekawy blog)

    piotr34


    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Faktycznie ciekawy blog. Dodałem do listy.

      Usuń
  3. Przemiana jest możliwa! Jeśli weźmie Pan zdjęcia dużych psów stojących na tylnych łapach koło ludzi, to są one nieraz wyższe. Kończyny mają dużo cieńsze. U ludzi duża część masy mięśniowej to nogi, wilki mają łapy, za wyjątkiem ud, bardzo cienkie. Nagła erupcja energii podczas shapeshiftingu to rezultat wilczej przemiany materii, która jest dużo szybsza niż u ludzi. Przemiana dokonywa się pod wpływem księżyca który przyciąga wodę z organizmu, co ma działanie inicjujące cały proces. Po powrocie do ludzkiej formy pojawia się wycieńczenie i dezorientacja, jak po wielkim wysiłku. To skutek ubytku energii. Wszystko jest racjonalnie wytłumaczalne i dość proste, z tym, że współczesna nauka podchodzi do wilkołactwa w sposób niezwykle schematyczny, stosując do jego badania zupełnie nieadekwatne narzędzia.
    Mam nadzieje, że rozwiałem wątpliwości : )

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. 50-kilowa wilczyca może powalić jednego człowieka (o ile go zaskoczy - jeśli będzie w zbroi, nie powinna mu przy tym zrobić krzywdy, co by się nie działo - ani nacisk pazurów ani szczęki nie poradzi sobie ze stalą...). Ale już dwóch powinno ją kroić jak na chirurgicznym stole - niezależnie od tego, jak szybko się regeneruje (co jest osobnym cudem, o którym wcale nie wspominałem...).

      Nie rozwiał Pan/Pani wątpliwości...

      Usuń
    2. Teoretycznie wilkołaki mogą mieć hiperplastię mięśni, więcej mitochondriów w komórkach mięśniowych, więcej (proporcjonalnie) włókien mięśniowych typu IIb (szybkokurczliwych, anaerobowych). Oprócz tego mogą mieć lepszy system hormonalno-nerwowy, który wydajniej produkuje/wykorzystuje adrenalinę. Pełno jest historii (i dowodów) w których matki o zwykłych posturach w chwilach zagrożenia dziecka wykrzesują z siebie niemal nadludzką siłę.

      Oczywiście nie rozwiązuje to sprawy "nabywania ciał" w czasie przemiany... To muszą być jakieś bajki!

      Usuń
    3. Z tymi włóknami mięśniowymi to jest w ogóle ciekawa sprawa. Celem kulturystów jest nabranie masy, dlatego trenują w ten sposób, że rozwijają im się wiele rodzajów włókien mięśniowych (IIa i IIb). Z drugiej strony ciężarowcy, którzy często mają mniejsze mięśnie niż kulturyści, zwykle są w stanie podnieść więcej.

      Usuń
    4. Właśnie się dokształcam z typów mięśni - będzie mi to potrzebne do następnego wpisu z serii "końskiej".

      Usuń
  4. "Nowa Fantastyka" 5 (188), maj 1998: "Dlaczego smoki bały się rycerzy". Jest to przypadkiem ten sam numer, który kiedyś kupiłam i zachwyciłam się opowiadaniem "Niedotykalna"...

    OdpowiedzUsuń
  5. Jeżyk R.R. Martin napisał milion lat temu boskie "Piaseczniki" ("Fantastyka") , i jakoś od tej pory nie mam wrażenia, że to ten sam człek, który robi Lód i Ogień. Zapewne irracjonalnie.

    "No i sam proces przemiany. Takie coś - wymaga zużycia olbrzymiej ilości energii. Nie mam kompetencji by obliczać jak wielkiej - ale w ciemno zgaduję, że normalna, białkowa przemiana materii takich ilości energii w tak krótkim czasie wyzwolić nie jest w stanie. A jeśli wyzwoli - to powstałego w ten sposób ciepła nie odprowadzi na zewnątrz bez szkody dla samego siebie."

    Bo ja wiem... A "Solaris" łysego? Żadnych sygnalizowanych oznak wydzielania energii ("się pojawiają, i już"). Po prawdzie i same przemiany zachodziły w innych warunkach, np. nieograniczonego dostępu do materii (bo też i plazma solaryjska mogła być jednym jeno, metamorficznym organizmem, którego właściwa struktura nie ulegała zmianom). A nawet gdyby - to sztuczka z "wydmuszką" pozorującą materię daje w zasadzie nieograniczone możliwości wyjaśnienia wszystkiego przez wszystko. Nawet przemiany filigranowej babeczki w dużego sierściucha, lub odwrotnie.
    Joanna

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Skądinąd jednak, wisząc w stacji kosmicznej nad żywym oceanem Solaris można się spodziewać "neutrinowych pseudo-tworów" - ale w pruskiej puszczy w XIII wieku..? Nie ta konwencja...

      Usuń
  6. seryjka? nie ta? :)
    wiesz, skoro wymagasz zachowania praw fizyki (tych dotychczas poznanych) od autora czegoś tam o wilkołakach w średniowiecznej pruskiej puszczy, to sorki, ale należałoby przyjąć, że szaman robi pstryk - i działa. a niemożliwe staje się możliwe (podobnie jak na Solaris - w zupełnie innej konwencji, oj tak).
    bez takiego założenia (lecz przy koniecznym dla radości z lektury - zachowaniu innych - np. utrzymania spójności logicznej opisywanej "rzeczywistości") - przykładanie miary paralelności praw fizyki - jest nieco śmieszne i z góry skazane na porażkę. nie pytasz przecież, a i Jeżyk R.R. nie wyjaśnia - dlaczego Daenerys jest odporna na ogień (kamizelka? powłoka? zmiana właściwości?), a Innych zabija obsydian - i nikomu to nie przeszkadza. gucio, bo branie w nawias jest warunkiem koniecznym w fantasy, której treść jest wręcz oblepiona takimi kwiatkami.
    konkluzja - czepiasz się i już.
    J.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ależ oczywiście, że się czepiam..! Co więcej: z góry to otwartym tekstem zapowiedziałem - stwierdzając zarazem, że robię to dla jaj...

      Natomiast - to moje czepianie nie jest tak do końca bez sensu. Lem w "Solaris" fizykę "bytów neutrinowych" wyjaśnił. Wyjaśnienie to nie ma nic wspólnego z naszym aktualnym stanem wiedzy - ale nie jest też sprzeczne z żadną z fundamentalnych zasad nauki (energię potrzebną do trwania tego specyficznego, bo obdarzonego masą złudzenia - dostarcza Ocean: poza Solaris tedy, "byty neutrinowe" istnieć nie mogą - tak samo jak i materia Oceanu, podlegająca rozkładowi, gdy opuści bliską orbitę planety...).

      Lem pozostał tedy w konwencji "hard sf".

      Tak samo Martin NA RAZIE pozostaje w konwencji "fantasy" - aczkolwiek istnieją też inne możliwości wytłumaczenia tego świata - a ja po prostu, jestem tego wytłumaczenia ciekaw...

      Natomiast opowieść pana Swiniarskiego jest niekonsekwentna. W pruskiej puszczy, którą powołał do życia - ŻADNEJ magii nie ma. Ni ciut ciut! Jedynym elementem "cudownym" - jest zwierzę - człowiek, wilkołak. Którego "cudowności" w żaden sposób nie próbuje tłumaczyć.

      To znaczy - opisuje to tak, jakby żyły sobie po prostu wilkołaki tak jak każdy inny gatunek na tej planecie (jak homo sapiens czy equus caballus). Takiego wytłumaczenia za dobrą monetę przyjąć nie sposób - ponieważ w świetle praw biologii, gatunek "wilkołaków" jest najoczywiściej niemożliwy.

      Gdyby był to element większej całości, jakoś powiązanej z resztą "świata przedstawionego" - można by "zawiesić niewiarę" i oddać się radośnie lekturze. Ponieważ tak nie jest - mamy do czynienia z gatunkową hybrydą, z chimerą literacką - gdzie do fabuły powieści zasadniczo realistycznej, dokłada się, jako element istotny, ale "światu przedstawionemui" obcy - jeden tylko "cud"...

      Istnieją pewne "konwencjonalne" wytłumaczenia fenomenu wilkołactwa - w obrębie prozy powiedzmy aspirującej do realizmu, może to być skutek jakiejś infekcji (brzmi to jak brzmi, no ale - już się utarło...). W obrębie prozy otwarcie fantastycznej - tak po prostu jest, bo to efekt magii, która w takim "świecie przedstawionym" działa.

      Swiniarski opisuje swoje wilkołaki jakby były normalnym efektem naturalnej ewolucji - i tym samym, sam wkłada głowę pod gilotynę...

      Usuń
  7. ok, nie upieram się, bo gościa nie czytałam, a z Twojego opisu - nie mam czego żałować. to była ogólna myśl odnosząca się do konstrukcji fantasy, w której doszukiwanie się uzasadnionymi prawami fizyki sensu - mija się z celem. tym bardzie, że wampiryzm, i wilkołactwo - nie robią mi.

    ps. dynia boska. jakby kto chciał i ulubił, podłechtany zachętą imć Pana Jacka, przetwory z rzeczonej, zachęcam i polecam! dzięki serdeczne Jacku.
    J.

    OdpowiedzUsuń

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...