piątek, 2 sierpnia 2013

Prawem i lewem

Rozróżnienie na "to, co racjonalne" i "to, co nieracjonalne" - pozostaje, niestety, w bardzo dużym stopniu zależne od punktu widzenia. Choć, oczywiście - nie jest całkiem dowolne.

Może komentator "programista" na "Nowym Ekranie" uważać owo nieszczęsne "powstanie warszawskie", o które wczoraj Państwo próbowaliście mnie pociągnąć za język, za czyn słuszny i racjonalny. Ale tylko dlatego, że do swojego oglądu świata dołącza Opatrzność, która więcej zważa na intencje i ofiary niż na skutki (aczkolwiek, powiem szczerze, że tak ogromna hekatomba, przekraczająca wszystko, co robili Żydzi, kiedy jeszcze mieli swoją Świątynię - a nawet wszystko, co robili Aztekowie z Majami na dodatek: to już jest pochlebstwo względem Opatrzności tak monstrualne, że aż graniczące z zuchwałym bluźnierstwem - z tym mianowicie, co Pismo określa jako "wystawianie Pana Boga swego na próbę"...). Normalnie bowiem, bez takiego dodatkowego założenia, poświęcanie stolicy i ogromnej części jej cywilnej ludności (w tym - przede wszystkim - intelektualnej i moralnej elity) ZA NIC - czynem racjonalnym w jakimkolwiek sensie nazwane być nie może. 


Jasnym też jest, że w świecie doczesnym, kiedy zostanie zabity ostatni Polak - Polski już z całą pewnością nie będzie, chyba że sam Zbawiciel zstąpi z Niebios i wskrzesi umarłych, by ich osadzić po Swej prawicy i królować przez milenium. Pytanie, ilu Polaków musi jeszcze pozostać przy życiu, aby mogła istnieć Polska (a więc - ilu można "poświęcić" racjonalnie, by jej zaistnienie przyspieszyć, a nie oddalić...) jest oczywiście względne. Na pewno śmierć jednego Polaka, choćby to był i sam Wódz albo inny Prezydent - jeszcze "jaskółki nie czyni", to jest - bytu narodu nie przekreśla. Ale śmierć stutysięcznego..? Jeśli był to stutysięczny szlachcic, intelektualista, oficer..?

Moim zdaniem JAKAŚ Polska w Warszawie roku 1944 umarła - i to umarła nieodwołalnie i na zawsze i JUŻ NIE UDA SIĘ jej NIGDY wskrzesić (no chyba że w Dniu Ostatecznym...).

Tak samo jak JAKAŚ Francja umarła na polach Verdun - i też się jej nie udało potem wskrzesić.

Zwyczajnie, fizycznie - straty wśród elit były zbyt wielkie, aby mogła zostać zachowana ciągłość kulturowa. Tak samo jak Francja po Verdun jest już inną Francją niż przed, przez innych ludzi rządzoną i inną posiadającą kulturę i tylko rzeczy martwe - katedry (coraz częściej zamieniane na dyskoteki i burdele), zamki (wykupywane przez pazernych działaczy związkowych: no, to akurat dość zdrowy objaw...) czy książki - tworzą pozór ciągłości z Francją dawną. W przypadku Polski nawet owych "rzeczy martwych", które mogłyby dać pozór ciągłości z Polską sprzed roku 1944: nie ma aż tak wiele...

O czym ja zresztą ostatnio pisałem, jak nie o przerwaniu ciągłości właśnie..? Naprawdę muszę za każdym razem tak kawę na ławę, dosłownie i bez przypowieści..?

No ale co ja tam wiem..? "Rachunek ofiary", "logika odkupienia", a choćby i owo nieśmiertelne, szkolne pytanie: "a cóż nam dały powstania" - to zawsze były pojęcia, które wywoływały u mnie li i jedynie irytację. Nic a nic bowiem ich nie rozumiem...

Państwo rozumiecie..? No toście szczęśliwi. Mnie zostawcie przy koniach, przy końskim gnoju, którym pomalutku odradzam zapomnnianą przez ludzi (ale nie przez Boga!) ziemię. Za te konie i za tę ziemię mam rachunki do zdania - nie za Naród! Jak słusznie zauważył w "Panu Tadeuszu" nasz wieszcz: "każdy dusi swego, duży dużego, a mały małego"...

Nie, żeby z końmi tak w ogólności było pod względem "racjonalności" i "nieracjonalności" jakoś lepiej czy inaczej niż z innymi dziedzinami ludzkiej działalności. Powiedziałbym wręcz, że hodowla koni to modelowy przykład przeplatania się i przenikania takich właśnie postaw!

Tradycja "końska", która na naszych oczach odchodzi w przeszłość już zapewne ostatecznie i nieodwołanie - to przede wszystkim skutek XIX-wiecznej modernizacji. Opowieść o tej Wielkiej Przygodzie powinienem zacząć na Wyspach Mglistych - i pewnie gdzieś w średniowieczu, jak nie w czasach rzymskich. Zacznę jednak na Węgrzech w końcu XVII wieku - a i to tylko na zachętę dzisiaj, bo znowu strawiłem zbyt wiele czasu na wstęp (a laptop się grzeje...).

Otóż - nowoczesna hodowla koni zaczęła się w ruinach zdobytej przez wojska cesarskie na Turkach Budy, w roku 1686. Tutaj właśnie angielski najemnik w austriackiej służbie, kapitan Robert Byerley zdobył ciemnogniadego ogiera, który jest założycielem najstarszej z trzech istniejących linii męskich w najdoskonalszej (i pierwszej nowoczesnej!) rasie koni na świecie: koni pełnej krwi angielskiej.


3 lata wcześniej pod Wiedniem, a zwłaszcza pod Parkanami (spod Wiednia większość tureckiej jazdy szczęśliwie uciekła - w drugiej bitwie pod Parkanami zaś, Sobieskiemu udało się ich przyprzeć do Dunaju i uciekać nie mieli dokąd...), Polacy zdobyli mnóstwo tureckich koni. Wśród których z całą pewnością było wiele lepszych od ogiera kapitana Byerleya.

Mimo to - o ogierze "Byerley Turk" (jak go post mortem nazwano) wiemy i wiemy, że jego potomstwo żyje do dziś dnia. Zaś o tych cenniejszych koniach, przez Sobieskiego zdobytych, zachowały się ledwo mgliste i niekonkretne wzmianki - jeśli nawet do dzisiejszego dnia jakieś ich potomstwo żyje, to co najwyżej w liniach żeńskich (brak zjawiska heterozji przy dość już licznych krzyżówkach turkmeńskich ogierów z klaczami różnych ras polskich, zdaje się to pokrewieństwo potwierdzać!) - i jest to jedynie hipoteza, bo dowodów brak.

Skąd ta różnica? Dlaczego to bladolicy i zimnokrwiści Anglicy dali początek nowoczesnej hodowli zwierząt - a nie Polacy, o tyleż bliżsi "źródłu", z którego ta doskonałość pochodzi..?


Nie! Wcale nie jest tak, jak Państwo myślicie. To nie z powodu nieprzezwyciężonej skłonności naszych przodków do ofiar całopalnych, poświęcania życia i mienia dla mirażu "uwolnionej Ojczyzny" - ani też z powodu żadnych innych nieszczęść..!

Ostatecznie, to samo, co nie udało się Polakom - nie udało się też i Austriakom (a wcale dalej do Turcji nie mieli - bliżej nawet...), ani Moskalom czy Szwedom, przez tyle wieków rabującym podolskie stadniny...

Anglicy w swoim szaleństwie - a cóż może być racjonalnego w zamiłowaniu do hazardu..? - postępowali metodycznie i racjonalnie. Stworzyli system. Ich sukces to skutek doskonałości tego systemu - a nie koni, których użyli..!

Jak dokładnie ów system funkcjonował i dlaczego był tak doskonały, tudzież jak wyglądało jego przeszczepianie na grunt wschodnioeuropejski 150 lat później - będę się starał opowiadać w następnych odcinkach tego cyklu. Kto niecierpliwy - może sobie zresztą poczytać na ten temat w internecie: nie ma lepiej opracowanego tematu w historii hodowli koni, jak właśnie - utworzenie rasy koni pełnej krwi angielskiej...

4 komentarze:

  1. Nie wiem czy Pan zauważył jaka wokół tego tematu jest niesłuchana polaryzacja. Dyskusji w zasadzie nie ma, jest przekrzykiwanie się, głównie przekrzykiwanie krytyków. Bez argumentów. Refleksja (choćby tak pobieżnie związana z tym wydarzeniem jak w pańskim wpisie) jest nieosiągalna. Ci, którzy usiłują dotykać jakichkolwiek faktów, natychmiast są sprowadzani do roli komunistycznej agentury i michnikowszczyków. Rządzą emocje.
    Przeraża mnie to. Takimi ludźmi niezwykle łatwo jest sterować i fakt, że władza nie ma z tym wielkich problemów.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Nie zauważyłem, bo na ogół się do takich dyskusji nie mieszam. Po co mi to..?

      Natomiast wcale mnie to nie dziwi. Ostatecznie - uproszczenie ludzkiego myślenia do kilku sloganów, a jeszcze sprawienie, żeby to były TAKIE SAME slogany w każdej prawie głowie - bezcenne! Za resztę zapłacisz kartą Mastercard...

      Ostatnio to samo stało się z kwestią uboju rytualnego. NIE UWIERZĘ, że to NIE JEST antysemicka prowokacja..! Jeśli coś wygląda jak słoń, zachowuje się jak słoń i śmierdzi jak słoń - zapewne jest słoniem! Za tę prowokację, jak zresztą słusznie ostatnio zauważył pan Michalkiewicz, przyjdzie nam jeszcze gorzko zapłacić. I po co? Dla jakichś absurdalnych sloganów...

      Usuń
    2. Dyskusje śledzę, bo wywołane są często nową książką Zychowicza która jest ciekawa, kończę ją właśnie. Krytyka jest bardzo charakterystyczna. Nikt nie zarzuca autorowi, że pisze nieprawdę (a książka naładowana jest faktami!), wszyscy koncentrują się... trudno powiedzieć na czym, chyba na tym, że Zychowicz nie pisze na klęczkach a książka jest ogólnie wstrętna. Jego argumenty są ewentualnie porównywane z sowiecką propagandą, podczas gdy książka jest bardzo anty-sowiecka. Ton tej "krytyki" przypomina różne polowania na czarownice, sprowadza się do przycięcia wychodzących przed szereg.
      Źle to wróży na przyszłość. W razie kolejnej wojny Polska popełni z radością te same błędy co poprzednio. Już zresztą popełnia (Irak, Afganistan - wysiłek za nic).

      Usuń
  2. jeśli coś jest racjonalne to przede wszystkim mój blog!!! :D

    aha,
    pełna zgoda co do 1944

    OdpowiedzUsuń

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...