środa, 21 sierpnia 2013

Pora nadmiaru

Krytycy Pierwszego Entomologa III RP, oburzeni jego wypowiedzią o mirabelkach zapominają, że "jak Pan Bóg dopuści, to i z kija wypuści". Żadna w tym zasługa rządu Donalda T. - ale faktycznie: Polacy mają zdecydowanie ZA DOBRZE.

Co od dawna przecież powtarzam! Dzień wczorajszy był momentami wręcz uroczy - mimo niezbyt przyjaznego początku. Nawet się zasadziłem rżnąć sosenki - ale prowadnica, od pewnego już czasu ostatnim ciągnąca oddechem, padła po kilku cięciach. Skończyło się więc znowu na pieleniu ogródka (móóój kręgosłup...). I na wyprawie po mirableki!

Sami powiedzcie, czy można się oprzeć takim widokom?



Są słodziusieńkie - można się objeść do bólu brzucha i wcale się nie znudzą!


Trzeba przy tym uważać przy zbieraniu, bo tak już są dojrzałe, że za lada wstrząsem - spadają.


Pod każdą z mirabelek - a mamy ich w okolicy nieprzeliczone mnóstwo - ziemia ma w tej chwili kolor... mirabelkowy..! Nawet owady, które się spadłymi i fermentującymi na powietrzu owocami żywią - nie dają rady usuwać ich na bieżąco. Mamy porę nadmiaru.

Nie tylko w mirabelkach zresztą! Jarzębiny uginają się pod ciężarem owoców:


Mam nadzieję, że zdążymy zamrozić kilka kilogramów nim spadnie - wino z jarzębiny wychodzi zacne, ale fermentuje bardzo długo, nastawię je dopiero na zimę.

Wciąż jeszcze jest mnóstwo jeżyn (co aż dziwne - zaczęły owocować bardzo wcześnie w tym roku i  ciągle są nowe..!)


Samymi jeżynami z najbliższej okolicy moglibyśmy spokojnie zapchać cztery takie lodówki jak nasza - a mamy już i parę słoików konfitury i całe owoce zamrożone na zimę.

Pełno jest też wokół gruszek najrozmaitszych w ogromnej obfitości.


Te się raczej do jedzenia bezpośrednio nie nadają - ale konie je bardzo lubią i z nich również całkiem fajne wino wychodzi, o ile coś się do niego prócz gruszek doda. Ale po drugiej stronie Wielkiego Padoku znalazłem w niedzielę, wracając na Bubie znad kanałku taką dziką gruszkę, której owoce niewiele są mniejsze i wcale nie mniej słodkie od "kulturalnych". Czasem je pogryzamy, dzieląc się sprawiedliwie z czterokopytnymi.

Lada moment zacznie się pora dojrzewania czeremchy:


Niestety - jak słusznie zauważył Pierwszy Entomolog: nikt tego całego bogactwa i sękatym kijem dotknąć nie chce! Człowiek cywilizowany nie zrywa dzikich owoców z drzewa. Człowiek cywilizowany kupuje owoce w supermarkecie - nieprawdaż..? I zadaniem rządu jest zapewnić, żeby miał za co..!

I proszę mi tu nie pieprzyć, że mieszkania macie za małe na robienie przetworów, że czasu Wam brak, tak ciężko tyracie od rana do wieczora i co tam jeszcze wymyślacie za usprawiedliwienia dla swojego lenistwa!

Nasza chatka ma 24 metry kwadratowe, Lepsza Połowa musi sobie radzić na turystycznej kuchence gazowej z dwoma palnikami bez piekarnika - i co: narzekamy..? A jak byście wolnego czasu nie mieli, to byście tego tekstu nie czytali...

C.b.d.u.

W ramach "radzenia sobie" z nadmiarem mirabalek, dwie takie łubianki:


zosstały już przerobione/są w trakcie przerabiania na dżem. A dwie kolejne Lepsza Połowa zamroziła - czekają aż skończy fermentować nastawione już prawie miesiąc temu wino z jeżyn:


Niestety: nie stać nas zakup kolejnych baniaków, zwłaszcza dużych (na jeden mały, 5-litrowy wyskrobałem z dna portfela: umarłbym z żalu patrząc, jak się cała dzika aronia marnuje - a zaraz dojrzeje jeszcze i czarny bez...).

Całą noc padało, więc nadmiar mirabelek uległ zapewne znacznej redukcji. Za to - aż boję się sprawdzać - lada chwila mogą się pojawić grzyby. I co my z tym wszystkim zrobimy..?

Mam nadzieję, że zjawią się przynajmniej jacyś goście gotowi zaadoptować choć część z naszych dyń. A mamy różne.


Bladawe, które bardzo wielkie rosną - są miękkie i jędrne jednocześnie, świetnie wyszły Lepszej Połowie na ostro (w formie "kornwalijskich pikli dyniowych").


Oraz czerwone i zielone nawet - mniejsze, twarde, ciężko się je obiera, a miąższ jest mączysty: mnie bardzo przypadł do gustu - zamiast ziemniaków!

Trzeba to wszystko rozdać. Inaczej zmarnuje się tak samo jak mirabelki.

A jak by kto wrażeń estetycznych szukał - to zakwitły już wrzosy (znakiem tego: jesień!).



2 komentarze:

  1. Miło się czyta, jak ktoś się tak zachwyca, ale…

    „Sami powiedzcie, czy można się oprzeć takim widokom?”

    Zdjęcie ładne, ale teraz przypomnij sobie, że będziesz niedługo to zrywać, zbierać. To już nie jest takie cudowne.

    „Są słodziusieńkie - można się objeść do bólu brzucha i wcale się nie znudzą!”

    Mi by się znudziły.

    „Trzeba to wszystko rozdać. Inaczej zmarnuje się tak samo jak mirabelki.”

    No właśnie. Jakby było gdzie sprzedać, to wyglądałoby to zupełnie inaczej. Można by opłacić ludzi, którzy by zebrali.

    Też mam teraz ładne widoki. Jak na tych zdjęciach. Tylko drzewa inne. Niestety jestem jedną z tych, które nie potrafią korzystać w pełni z urodzaju. Zwykle kupuję sobie jedzenie zamiast wyjadać te wszystkie przetwory. Jakoś nie ruszają mnie teksty o dzieciach w Afryce. Jedni mogą jeść wszystko, a inni wybierają, to co smakuje najbardziej. Nawet jak jestem głodna, to nie zjem czegoś na co nie mam ochoty. Uczucie głodu jest mniej męczące niż wrzucanie w siebie czegoś co nie smakuje. Takie głodne dziecko nie musi się rzucać na jedzenie i cieszyć się, że ma możliwość zjedzenia czegokolwiek. Mnie nie dziwi, że dziecko nie rzuca się do rowu po jedzenie. Będzie przeczekiwać głód, a żołądek się kurczy i po dłuższym czasie nawet takie dziecko nie czuje, że je mniej niż potrzebuje. Myśl Niesiołowskiego nie była taka zła, ale nie wziął pod uwagę tego, że nie u każdego głód wygląda tak samo. Jeden będzie jadł z głodu nawet zwłoki kogoś z rodziny, a ktoś inny na owoce się nie rzuci ze smakiem. Te opowieści o głodzie, że w obozach z głodu zjedzono całą trawę i już wyobrażenie, że tylko tak wygląda głód (to nie zarzut w stronę autora bloga)

    Ja specjalnie mocno nie przejmuję się tym czy urośnie, czy nie, bo nie ja się przy tym napracuję. Mi wystarczyłaby w zupełności mała ilość owoców, warzyw kupiona w sklepie. To wszystko co rośnie, to jest za dużo. Jedyne co robię to tyle, że czasem zrywam, zbieram. Jak mi się zechce pomóc. Pojawia się narzekanie, że ludzie nie doceniają. Ale ile można zjeść? To nie na moje siły. Jak nie bardzo smakuje, to też nie widzę sensu jedzenia na siłę żeby się nie zmarnowało. Po co wmuszać, jak można ze smakiem zjeść coś innego? U mnie w domu są tacy, którym za bardzo szkoda marnującego się jedzenia. Słoiki stoją latami. Je się świeże, bo co roku jest nowe. Jak się coś otworzy zimą, to z ostatniego lata. Jest nowe, niczego nie brakuje, to po co stare wyjadać? Starsze słoiki z jedzeniem sobie czekają na gorsze czasy. Dlatego jak chce się zrobić np. nowy sok, to trzeba kupić nowe słoiki. Nowy wydatek. Za mało starych jest odzyskiwanych. Zapełnionych słoików przybywa z roku na rok. Prąd, gaz, cukier też swoje kosztuje. Ale oni zarobili, to mogą sobie wkładać te pieniądze w co chcą. Jakby przyszła wojna, to zapasik będzie jak znalazł (:P).

    Nie tak łatwo sprzedać dużą ilość owoców. Nawet wydać za darmo niełatwo. Zaproponuje się komuś owoce, to trzeba (oczekiwania) dać już zerwane. Przyjdą po owoce, ale już od początku myślą, że im te owoce sama będę zrywać, a oni sobie staną i będą tylko patrzeć. Mam lepsze zajęcia niż zrywanie owoców dla kogoś i dawno już w to się nie bawię. Jest lato i się chce odpoczynku. Dlatego jak teraz proponuję owoce to od razu mówię facetowi, że może sobie przyjść i sam zerwać. Daję wiaderko do ręki, pokazuję drabinę i tyle. Oczywiście są wyjątki. Jak ktoś ma lęki, to jestem wyrozumiała. Niektórzy na drabinę nie wejdą, bo mają lęk wysokości. Jak ktoś zobaczy pszczoły i się boi, to też. Nie dopytuję się czy ma uczulenie, czy to tylko strach. Jak ktoś starszy prosi żeby mu przynieść owoce, to też zerwę. Dla zwierząt też, bo lubię zwierzęta i lubię patrzeć, jak jedzą. Nie mogę za bardzo narzekać, bo robię to kiedy chcę i nikt mnie nie przymusza.

    OdpowiedzUsuń
  2. czeremcha zdecydowanie obca, amerykańska.... ale skoro daje dobre wino ;) .....

    OdpowiedzUsuń

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...