wtorek, 13 sierpnia 2013

Monty Roberts

Z ideą "jeździectwa naturalnego" po raz pierwszy zapoznał mnie nasz przyjaciel, Sebastian Karaśkiewicz (ongiś mistrz Polski w rajdach), kiedyśmy jeszcze stali na pensjonacie u pani Małgorzaty Prus we wsi Ruda pod Rawką - wiele lat temu.

Biorąc pod uwagę to, co Sebastian demonstrował na swoich koniach - a także moje własne, skromne doświadczenia - nie dam sobie wmówić, że to jest w całości, od początku do końca, tylko i wyłącznie marketing, sztuczki, jaja i naciąganie frajerów. Monty Roberts posunął do przodu naszą wiedzę o behawiorze koni: kto chce, może z tej wiedzy korzystać z pożytkiem dla siebie i dla swojego wierzchowca.


Nie zmienia to faktu, że przeczytawszy kilka dni temu po raz pierwszy autobiografię Robertsa ("Człowiek który słucha koni") - mam, jak to już sygnalizowałem, poczucie obcości niemal tak samo dojmujące, jak po lekturze Orhana Pamuka wcześniej.

Monty Roberts ujeździł tysiące koni. Ja ujeździłem dwa - z czego jednego, jak się niedawno skarżyłem, nie bez pewnych błędów (o czym będzie jeszcze niżej...). Więc - z czym tu się mierzyć...

Tym niemniej to, co Roberts opowiada o "normalnym", "klasycznym" jeździectwie w Ameryce w czasach jego dzieciństwa i młodości - brzmi dla mnie trochę jak bajka o żelaznym wilku. "Łamanie" konia przy pomocy "workowania", wyścigi dzikich mustangów i temu podobne - OK, wierzę mu, bo dlaczego miałbym nie wierzyć, ale jednak - ciężko to sobie wyobrazić!


Nie chciałbym sugerować, że u nas się koni nie krzywdzi. Generalnie jednak, jak chodzi o tzw. "ujeżdżanie" koni - to na młodego konia się wsiada... i się jedzie! Z własnych doświadczeń - niczego dramatycznego w tym procesie nie znajduję. Koń jest na początku trochę zdziwiony nowym dla siebie ciężarem na grzbiecie, potrzebuje czasu, żeby nauczyć się łapać równowagę i prawidłowo reagować na pomoce jeździeckie (stąd, dobrze jest go do tej sytuacji przyzwyczajać stopniowo: najpierw lonżuje się konia w ogłowiu, potem w ogłowiu i siodle, a nasza przyjaciółka Kasia Wąs, nim sama wsiadała na swoje folbluty - najpierw sadzała im na siodłach dorodnego, pluszowego misia...) - ale, na Boga, żadnego dzikiego brykania, żadnego wybijania baranków czy innych buntów godnych uwagi - w pamięci nie odnotowałem. Naprawdę stosowało się wcześniej jakieś "procedury przygotowawcze", w rodzaju "łamania" konia..? Po co..?

Mongołowie podobno przywiązują konia świeżo odłowionego na stepie na trzy dni bez wody - jak trzy dni tak postoi, to ma być potem już grzeczny (co się zresztą bynajmniej nie sprawdza: wspomniany już wcześniej Sebastian opowiadał mi, że jeszcze w latach 90-tych pewien jego znajomy poleciał sobie samolotem do Ułan Bator, planując wrócić do Warszawy wierzchem - na miejscu nabył trzy tak właśnie "przygotowane" koniki i ruszył - ale daleko nie ujechał, bo mu co chwila spierdzielały w poszukiwaniu rodzinnego stada tak, że nie mógł spać, jeść, a naprzód posuwał się metodą "dwa kroki do przodu - krok do tyłu", co i raz któregoś ze swoich podopiecznych ganiając po stepie...).

Owszem - i u nas najprostszą radą na końskie humory był i jest bat. Sam tego środka czasem używałem - i nie mam poczucia, że katowałem niewinne istoty (bardziej mi wstyd, jak już - to mojej nieco nadmiernej wagi - i kiepskiej techniki, przez co, niewątpliwie, krzywdzę Bubie grzbiet w tej chwili...). W tej chwili bata używamy tylko do przeganiania koni z pastwiska na pastwisko. Przy czym nie po to, żeby konie bić - a po to, że konie najlepiej dostrzegają ruch - wygodniej jest machać batem (albo i jakąś gałęzią...) - niż rękoma.

Do poganiania koni podczas lonżowania używam albo butelki z kamykami w środku - albo uwiązu lub wolnego końca lonży (jeśli zdarza mi się lonżować konie na lonży, a nie luzem, na lonżowniku który, jak najbardziej w myśl wskazówego Monty'ego zbudowałem w początkach naszego w Boskiej Woli osadnictwa).

Palcat, w celu innym niż zabawa z koćkodanem, trzymałem w ręku po raz ostatni bodaj ponad dwa lata temu - wydawało mi się przez chwilę, że Buba odważniej będzie pokonywać przeszkody terenowe, jeśli zostawię sobie taki środek dyscyplinarny. Zbyszek Bieszczad słusznie mnie na pierwszej wspólnej wyprawie po Puszczy zawstydził - i miał rację: bacik nie był do niczego potrzebny, a nie mając go w ręku, mogłem się lepiej skoncentrować na prawidłowym użyciu dosiadu i łydek.

Katalog ludzkich "przewin" względem koni jest długi - jak mówi poeta "są w ojczyźnie rachunki krzywd", a żaden Monty Roberts czy inna "obca dłoń ich też nie przekreśli". Być może fakt, że nagle uwolniony od kagańca, jaki na wolność słowa nakłada troska o reklamodawców, sponsorów i związkowe władze pan Marek Szewczyk zaczął wreszcie - na co już wskazywałem jakiś czas temu - owe przewiny z imienia i nazwiska wymieniać, będzie miał koniec końców ozdrowieńczy wpływ na nasze jeździectwo..?

Jednak żadna z tych "przewin" - nie przypomina mi, jako żywo, tego horroru, który Monty opisuje, gdy opowiada o "metodach treningowych" swojego ojca...


Na mnie najbardziej wstrząsające wrażenie zawsze robią takie historie jak ta ostatnia, z Posadowa - nie ma co kryć: dlatego, że i nasza sytuacja finansowa jest mocno niepewna i wcale nie mam gwarancji, że zawsze zdołam zapewnić naszym koniom taki komfort, na jaki zasługują (aczkolwiek - udaje się to nam już któryś kolejny rok i któryś kolejny rok Lepsza Połowa słusznie twierdzi, że konie mają tu lepiej niż my...).

Poza tym, wiele jest pospolitego skurwysyństwa w naszym światku jeździeckim przez pazerność i brak cierpliwości: bywają zawodowi jeźdźcy, którzy celowo psują konie swoim klientom, żeby je tanio kupić i "naprawiwszy" - komu innemu sprzedać (dysponuję taką historyjką z nazwiskami i dowodami jak by się ktoś pytał...), a plagą powszechną jest "chodzenie na skróty" i mordowanie koni różnymi prymitywnymi "patentami treningowymi".

Jeśli ktoś jednak miałby mnie pytać jak najczęściej Polacy krzywdzą konie - to powtórzę to, co już jakiś  czas temu pisałem: przekarmiając je, przegrzewając i pozbawiając ruchu...

Jest to przestępstwo z zupełnie innej strony skali niż przywiązywanie do dwóch solidnych pali i wymachiwanie workiem na lince nad grzbietem - nieprawdaż..?

Jak chodzi o nasze własne doświadczenia z metodami Monty Robertsa, to owszem - dawno temu zainwestowałem w jego główną książę "Ode mnie dla was" - gdzie owe metody opisuje. I stosowałem to, co wydało mi się pożyteczne.

Przede wszystkim wobec naszej Dalii wlkp - która była koniem potwornie znerwicowanym i znarowionym, przez co - niesłusznie - dorobiła się opinii konia płochliwego, niebezpiecznego, a nawet złośliwego (panu Mieczysławowi, bezmózgiemu stajennemu z Zagościńca, którego szczerze i z dobrego powodu nienawidziła, potrafiła celowo rozbić poidło w Wielkanoc - żeby musiał potem w dzień świąteczny wszystkie boksy w stajni, wodą zalane, do dna wybierać...).

Dalia uwielbiała zabawy na lonżowniku (gdzie - idąc za przykładem i radą Sebastiana - połączyłem część metod Monty'ego z "siedmioma zabawami" Pata Parelli'ego). Żaden inny z naszych koni nie robił tak pięknych zwrotów i zatrzymań luzem i żaden tak ściśle i dokładnie za mną nie podążał po tzw. "połączeniu"!



Wraz z brakiem klaustrofobicznego zamknięcia w boksie i obfitością pożywienia - sądzę, że zapewniłem staruszce naprawdę dobrych kilka ostatnich lat życia (pomijając może ostatnie trzy - cztery miesiące, gdy była już bardzo chora...). Kto by ją wtedy u nas zobaczył - nie uwierzyłby w opowieści o jej wcześniejszych wyczynach.

Inny stary koń pod naszą opieką - Gluś - okazał się na metody Monty Robertsa kompletnie odporny. W zadzie miał, czy go "odpycham", udając dzikiego kota, czy "przyciągam", przyjmując wycofaną postawę i pokazując mu pod kątem 45 stopni bok. No, ale mówimy o weteranie, który umiał wrzeszczącego, oklepującego mu boki i wymachującego na wszystkie strony palcatem kursanta ponieść do boksu... stępem, bo mu się jazda zwyczajnie znudziła!

Pierwszym koniem, którego sam układałem do pracy, był syn Dalii - również wielkopolski Dar. Zajęło to mnóstwo czasu, bo lotny umysłowo to on specjalnie nie był - ale wyszło i, zdaje się, że jego obecna właścicielka jest z niego całkiem zadowolona (poza tym, że boi się mu dotknąć tylnych nóg - czego kompletnie nie rozumiem, u nas żadnych narowów nie miał - no i że jest agresywny względem innych koni: to akurat prawda, bo zawsze taki był...).

Natomiast z tekińcami i Monty Robertsem bywa... różnie! Petra, właścicielka Gelshaha opowiadała nam kiedyś, że gdy Monty był w Pradze - dostarczono mu achałtekińską klacz, żeby nauczył ją bodaj wchodzenia do przyczepy, czy czegoś w tym rodzaju - miał ją był rzekomo ganiać po lonżowniku przez kilka godzin bez najmniejszego rezultatu, aż w końcu dał za wygraną... Opowieść jest z drugiej, albo i z trzeciej ręki - więc nie gwarantuję jej prawdziwości!


Zdecydowanie jednak lżej mi się gania Knedlika przez trzy godziny tylko po to, żeby mu zmienić kantar - kiedy sobie tę historyjkę przypominam...

Tekińce SĄ twardsze i bardziej niezależne od innych koni. Ale też - potrzeba stosowania jakichś wyrafinowanych metod nie jest wielka, dopóki się tych koni nie zepsuje. Teraz czeka mnie właśnie wstępne układanie naszej młodzieży - na tyle, żeby do końca października cała trójka już grzecznie do przyczepy wchodziła. To może i dobrze, że sobie teorię odświeżyłem!


Reasumując - dobrze, że się ktoś taki jak Monty Roberts pojawił. Jego metody przydają się. Ideologicznym zaślepieniem jest odrzucanie ich tylko dlatego, że czasem podaje informacje niepewne (jak na przykład - gdy zaleca tzw. "imprinting": faktycznie, nie ma dowodu na to, że metoda ta działa w stosunku do wyżej zorganizowanych ssaków...). Trudno też mieć do niego pretensje o to, że odniósł tzw. "życiowy sukces" i dorobił się majątku! Nie Monty'ego wina, że po nim przyszli różni zawodowi szołmeni, robiący z obserwacji zwierząt i prób porozumienia z nimi jakąś chorą ideologię zmierzającą ostatecznie (jak u gospodina Niewzarowa...) do likwidacji jeździectwa jako takiego. Taki już jest ten świat, że gdzie padlina, tam sępy, a gdzie łupy - tam cwaniacy, gotowi je zgarnąć..!

2 komentarze:

  1. Autobiografię Robertsa przeczytałam ...juz dawno ;) Jeszcze przed emigracją. Nie, to nie jest magia czy sztuczki dla naiwnych, tylko, jak pisałam niedawno u siebie na blogu, Roberts po prostu umiał zrobić kasę na tym, co praktycznie znali wszyscy starzy koniarze. Mowę ciała konia.

    OdpowiedzUsuń

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...