sobota, 3 sierpnia 2013

Dzieje pewnego szaleństwa

Hodowla koni to taka dziedzina ludzkiej działalności, gdzie bardzo trudno o zdrowy rozsądek. Niemal nieodmiennie też, największe w tej dziedzinie osiągnięcia - będące, same w sobie, triumfami racjonalnego myślenia - mają za podszewkę gigantyczną dozę kompletnego wariactwa...

Jak już wspominałem wczoraj, we wstępie do tej historii - Anglikom udało się dokonać rzeczy bez precedensu. Stworzyli system dający gwarancję uzyskiwania praktycznie dowolnych rezultatów hodowlanych (w granicach biologicznych możliwości, rzecz jasna...). System, który funkcjonuje do tej pory na świecie. System, do naszej części świata przeszczepiony zasadniczo po katastrofie wojen napoleońskich. System, który we współczesnej Polsce, za sprawą pazernych ignorantów, pospolitych kretynów, zwykłych leni i pozbawionych wyobraźni czynowników z PZHK, ANR czy Ministerstwa Rolnictwa - właśnie odchodzi bezpowrotnie w przeszłość...

To oczywiście nie znaczy, że nikt przed Anglikami nie hodował racjonalnie koni..! Pan Dariusz zwłaszcza, ukrzyżowałby mnie za takie twierdzenie.

Ależ owszem - konie hoduje się od tysięcy lat. Nie tak dawno podsumowałem zresztą, w dwóch artykułach to, co udało mi się na temat najpierwszych początków hodowli koni dowiedzieć.

Była to oczywiście hodowla racjonalna, przy czym, co najmniej od XVIII wieku p.n.e. - istniała też wcale zgrabna teoria dotycząca zarówno hodowli, jak i treningu koni.

Problem polega na tym właśnie, że tamte hodowle - były NAZBYT rozsądnie prowadzone. Ich twórcom przyświecał bowiem cały wachlarz zdroworozsądkowych celów, jakie stawiali przed zwierzętami, którymi się zajmowali.

Dobry koń bojowy (bo o cóżby innego mogło chodzić..?) powinien być i szybki i wytrzymały i odporny na złe warunki i dobrze współpracować z człowiekiem (co implikuje tzw. "zrównoważenie", czyli po prostu - zdrową psychikę) i jeszcze do tego - bezwzględnie, powinien też dobrze wyglądać, żeby siedzący na nim rycerz mógł zadawać szyku przed damami!

Przy czym, oczywiście, gustów określających, co to też jest "dobry wygląd" - było wiele. Dzięki czemu mamy wielką rozmaitość ras końskich: bo i "barokowe" fryzy z rozłupanymi zadami w ten właśnie sposób powstały - i chude jak szczupaki konie turkmeńskie.

Anglikom udało się o wiele lepiej i zaszli o wiele dalej niż ktokolwiek przed nimi - dlatego, że ODRZUCILI wszystkie te, nad wyraz rozsądne cele hodowlane! Ich konie miały robić TYLKO JEDNO: wygrywać pieniądze na wyścigach...

Nie miało najmniejszego znaczenia i nikogo nie obchodziło, czy są przy okazji skoczne, czy jedzą dużo czy mało, czy w głowie mają dobrze, czy źle poukładane i jak wyglądają. Miały wygrywać wyścigi. Koniec i kropka.

Wyścigi - dodajmy - płaskie. W galopie (bo są też - wyjaśnienie dla laików - wyścigi kłusaków, rozgrywane w kłusie...).

Tak więc u zarania najbardziej racjonalnej i uwieńczonej największym sukcesem w dziejach świata hodowli koni leży totalne szaleństwo konsekwentnej monomanii. Dla ułatwienia wyżywania się w tej monomanii, tj. dla ułatwienia graczom dokonywania zakładów, poczęli też gromadzić informacje o koniach wystawianych do gonitw. Wszystkie informacje, jakie tylko udało się zdobyć i jakie wyglądały na pożyteczne w ocenie szans danego konia, a więc - o wcześniejszych dokonaniach jego przodków (żeby sensownie porównywać takie wyniki, potrzebna była wiedza o BEZWZGLĘDNEJ dzielności - nie starczyło więc wiedzieć, że ojciec tego konia wygrał np. dziesięć gonitw - trzeba było też zanotować W JAKIM CZASIE to zrobił - stąd wziął się pomiar czasu na wyścigach...), o jego własnej karierze wyścigowej, o dokonaniach jego potomstwa.

Gromadzenie i dystrybucja tych informacji to piękny, klasyczny poniekąd przykład wolnorynkowej samoorganizacji - całe to szaleństwo miało oczywiście wysoko urodzonych patronów, z Koroną na czele, ale realizacją praktyczną tego zadania zajmowali się raczej zwykli trenerzy i hodowcy, nisko urodzeni i raczej rzadko dysponujący jakimś teoretycznym przygotowaniem wykraczającym poza szkółkę parafialną i własne doświadczenie. Mimo to w ciągu około stulecia konie hodowane na Wyspach Mglistych przewyższyły dzielnością w galopie wszystkie inne konie z całego świata: zaprzestano tedy importów, a zaczął się ruch odwrotny - to cudzoziemcy poczęli się od tej pory dobijać o angielskie konie.

W ciągu tego samego stulecia z wydawanych periodycznie "kalendarzy wyścigowych"narodziła się "Księga Stadna" - spis wszystkich koni, od tej pory uważanych za "thoroughbreed" (ten angielski termin różnie był potem tłumaczony na inne języki - po polsku jest to "pełna krew angielska", co jest pewnym kompromisem wyrosłym z innego wariactwa, o którym za chwilę - skąd się ten kompromis wziął, to już kiedyś zresztą obszernie tłumaczyłem...). I tom "General Stud Book" ukazał się drukiem w roku 1793. Ponieważ doświadczenie dowiodło, że żaden inny koń nie może się mierzyć z koniem pełnej krwi angielskiej w gonitwie - przyjęto zasadę, że do kolejnych tomów będzie wpisywane wyłącznie potomstwo koni widniejących w owym I tomie (tak naprawdę było potem parę wyjątków: tom I nie uwzględniał części koni wywiezionych wcześniej do kolonii, co potem uzupełniono...).

Dzięki monomanii i obrażającej zdrowy rozsądek jednostronności - Anglikom udało się LEPIEJ, niż sami zamierzali! Konie, które w ten sposób wyprodukowali nie tylko wygrywają bez najmniejszego problemu wyścigi z najlepszymi przedstawicielami wszystkich innych ras. One mają większe serca, pojemniejsze płuca, mocniejsze kości (Sowieci robili potem eksperymenty - bardzo okrutne - w których specjalną maszyną łamano kręgosłupy żywym koniom mierząc potrzebną do tego siłę: folblut wytrzymuje ponad dwa razy więcej od pospolitego "zimniaka"...), wydajniejszą przemianę materii i szybszą reakcję na bodźce.


Tak wielki sukces wyrosły z tak wariackich podstaw - wzbudził powszechne oburzenie wśród sporej części kierujących się zdrowym rozsądkiem i chwalebnym przywiązaniem do tradycji hodowców spoza Wysp Mglistych. Stąd też, od końca wieku XVIII do końca wieku XIX - rozegrano kilkaset coraz to bezwzględniejszych prób, których celem było udowodnienie, że te "angielskie pieścidełka" to są może dobre jako zabawka zniewieściałych lordów, ale na pewno nie nadają się na wojnę. Były to gonitwy - na coraz to dłuższych dystansach - pomiędzy końmi importowanymi z Wysp, a różnymi rasami koni "miejscowych".

Krótką historię tych morderczych prób opisałem we wstępie do historii rajdu Aszchabad - Moskwa. Więcej w tej chwili, nie dysponując archiwum, które pozostało na twardym dysku stacjonarnego komputera, napisać o tym nie mogę.

Wspomniany już Pan Dariusz twierdzi, że gdzieś w Ameryce zdarzyło się, iż folbluty (jak z niemieckiego nazywa się w skrócie konie pełnej krwi angielskiej w polskiej gwarze jeździeckiej) przegrały. Przyznam szczerze, że nic o takich eksperymentach nie wiem. W Europie przez całe stulecie wygrywały nieodmiennie tylko i wyłącznie - konie pełnej krwi angielskiej.

To oczywiście była poniekąd kwestia urażonych ambicji: właściciele koni "miejscowych" z reguły postępowali nader nierozsądnie, próbując się ścigać z "anglikami" zaraz od startu (mimo, że do mety bywało i kilkaset kilometrów...). Co się bardzo szybko kończyło śmiercią lub kalectwem ich słabszych fizycznie koni - a folbluty przychodziły do mety spacerowym stępem. Współczesne reguły sportu rajdowego, z narzuconą odgórnie maksymalną szybkością poruszania się koni i "bramkami weterynaryjnymi" na trasie - służą temu właśnie, aby takie zachowania eliminować.

Mimo to sądzę, że gdyby użyć folbluta do rajdu - wynik mógłby być nader zaskakujący dla wciąż przekonanych o "większej wytrzymałości" swoich podopiecznych miłośników koni arabskich... Zwłaszcza w Polsce, gdzie araby są tak popularne w sporcie rajdowym, bo są po prostu - bardzo tanie!

Zwycięska inwazja angielskich koni i angielskiej metody hodowlanej (bardzo szybko zastosowanej także do innych gatunków zwierząt - była to część ogólnej "rewolucji rolniczej", która przetoczyła się przez Europę między połową XVIII a połową XIX wieku, na zawsze zmieniając obraz świata!), niezależnie od ambicjonalnych walk "anglomanów" z "arabofilami" (pisałem o tym wiele razy, chociażby we wstępie do mojej "Historii sekretnej..." - i może jeszcze coś napiszę zaniedługo...) trwa do dziś.

W wieku XIX wielokrotnie użyto ogierów pełnej krwi angielskiej do poprawy jakości masowo hodowanych koni tzw. "półkrwi" - podówczas traktowanych jako konie remontowe dla wojska, ewentualnie - jako konie użytkowe dla pewnych szczególnych zadań (jak np. do dziś w Polsce hodowane konie śląskie, które są doskonałym przykładem typowej dla przełomu XIX i XX wieku rasy koni tzw. "pospiesznoroboczych" - tj. przeznaczonych do pracy zasadniczo zaprzęgowej, ale wykonywanej w galopie: np. do rozwożenia mleka - jak wiadomo mleko ma najszybszy transport... ze wszystkich polskich "ras rodzimych" - moim zdaniem, a wbrew rozlicznym mitom, to właśnie konie śląskie pozostają zdecydowanie najcenniejszym zabytkiem!).

Po II wojnie światowej, gdy kawaleria odeszła do lamusa dziejów na Zachodzie ponownie użyto "angielskiej metody hodowlanej" - produkując tzw. "nowoczesnego konia sportowego". Jest to koń wąsko wyspecjalizowany. Tak samo jak konie pełnej krwi angielskiej selekcjonowane były wyłącznie pod kątem ich dzielności wyścigowej - tak też różne rasy czy typy "nowoczesnych koni sportowych", mocno zresztą przesycone krwią angielską - selekcjonowane są zawsze pod kątem JEDNEJ I TYLKO JEDNEJ dyscypliny sportowej.



Tylko w Polsce panuje jakaś zadziwiająca zupełnie mania, jakaś powszechna ślepota narodowa, ogłupienie totalne - i krzyżuje się np. ogiera z "linii skokowej" z klaczą pochodzącą z "linii ujeżdżeniowej".

Po co..? Czy jednemu z drugim wydaje się, że uzyska w ten sposób konia, który będzie równie dobrze skakał, jak podnosił zgrabnie nogi na ujeżdżeniowym czworoboku..? No to jeden z drugim - głęboko się myli...

Ta mania - która jest wśród P.T. "hodowców" najzupełniej wszechogarniająca, w połączeniu z celowym sabotażem, jakim są tzw. "programy ochrony ras rodzimych" - gdzie daje się (żebracze zresztą: bo cóż to jest 1400 złotych raz na rok..? W Warszwie tyle kosztuje miesięczne utrzymanie konia...) pieniądze za to, że hodowca regularnie rozmnaża KIEPSKIE konie (dołując w ten sposób ceny wszystkim - na co już się skarżyłem...) oraz stale postępującym demontażem tzw. "zaplecza instytucjonalnego" dla jeździectwa i hodowli koni (tj. stadnin, stad ogierów, służb weterynaryjnych - o które coraz trudniej, na koniec też i torów wyścigowych...) - GWARANTUJE, że za lat 10 czy 20, żadnej hodowli koni w Polsce nie będzie.

No może - o ile uda się powstrzymać głupie pomysły różnych Szyłogalisów - pozostanie jeszcze hodowla mięsna. Której też zdecydowany jestem bronić jak niepodległości - dla powodów, które wyjaśniłem ongiś w sposób dostateczny.

Jeśli miałbym podsumować dzieje tego szaleństwa jednym zdaniem, to uważam, że Polaków gubi pycha. Ta sama pycha, która stała za owymi - szaleńczymi - gonitwami na 100 wiorst czy 500 kilometrów 150 lat temu. W ramach "obozu demokracji ludowej" siermiężna bo siermiężna, ułomna, bo odcięta od świata i zmian, jakie w nim zachodziły - pozostała Polska swoistą "kieszonkową potęgą koniarską".

Czechy taką "potęgą" nie były. I pewnie dzięki temu - tam się hodowla rozwija - a w Polsce, niezależnie od tego, jak bardzo odpowiedzialni działacze prężą pierś do orderów i jak zaciekłą "propagandę sukcesu" uprawiają - już tylko zwija.

Jak rzeczywiście wyglądała wiedza jeździecka i hodowlana Polaków na koniec realnego socjalizmu, to właśnie można sobie przeczytać na jedynym profesjonalnym forum jeździeckim w polskim internecie, gdzie pojawiła się relacja o wcześniej mi nie znanych koniach achałtekińskich, sprowadzonych na początku lat 90.

A jeśli sądzicie, że przeze mnie żółć przemawia - no to sobie poczytajcie, co na swoim nowo założonym portalu pisze były (od niedawna) redaktor naczelny "Konia Polskiego", pan Marek Szewczyk. Najwyraźniej - pierwszy raz doświadcza uczucia dziennikarskiej wolności, o której niewiele mógł wiedzieć redagując pismo "prawie-że-oficjalne"...

3 komentarze:

  1. Zanim zaczalem czytac Panskiego bloga konie obchodzily mnie mniej wiecej tyle co zeszloroczny snieg.Tymczasem obecnie musze przyznac ze zaczynam wciagac sie w ten temat.

    Piotr34

    OdpowiedzUsuń
  2. e tam Panie Jacku, żadna to tajemnica* ze selekcja na wiele cech jest mniej efektywna niż na jedną( jak cos jest do wszystkiego to jest do niczego) i daje postęp hodowlany o wiele wolniejszy.
    Druga sprawa ze w tej chwili nasz " terenowy system hodowlany" polegajacy na łaczeniu z luboscia i pod wplywem chwili mydla z powidlem, wyklucza jakikolwiek postep.

    *a to ze "hodowcy" to ignoruja, swiadomie lub nie, to fakt.

    aaa, rozłupany zad u fryza to wada :)
    M.K.

    OdpowiedzUsuń
  3. Thoroughbred Jacku, przez jedno "e" ;)

    Na razie wyścigi w Anglii doświadczają ciężkich czasów, nagrody są zmniejszane a afera goni aferę, ostatnio kilku trenerów straciło licencje a ja jestem szczęśliwa że już do tego bagienka nie należę...

    OdpowiedzUsuń

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...