czwartek, 29 sierpnia 2013

Contra Kołakowskim, cz. 7 - O wielkiej zdradzie

Pominąłem wykładziki "O cnocie" i "O kole fortuny", bo nic do nich nie mam, a i wakacje się kończą, a wraz z nimi - sezon ogórkowy. Pora zatem na "wielką zdradę", czyli: problem narodu.

Zacznijmy od tego, że wywód profesora Kołakowskiego w tym przedmiocie jest zwyczajnie mętny. Niby chodzi mu o próbę odpowiedzi na pytanie, czy wolno i w jakich okolicznościach dokonać zdrady własnego narodu, rodziny lub Kościoła - ale tak naprawdę, jak śledzić to zdanie po zdaniu, to żadnej konkluzji w tym przedmiocie nie ma. Bo i cóż to w końcu za stwierdzenie, że zdrada polityczna (...) jest na ogół dwuznaczna..?

Zasadniczo nie zgadzam się z Profesora podziałem na "zbiorowości/byty istniejące z przypadku urodzenia" oraz "zbiorowości, do których należy się na mocy aktu woli". Podział ten jest właśnie źródłem niejasności całego wywodu.

To znaczy - owszem, da się wyznaczyć pewne ekstrema: pierwszym jest istnienie jednostki, która jest dana sobie samej PRAWIE bezalternatywnie (PRAWIE, a nie do końca i bezaplecyjnie, bo wprawdzie JESZCZE nikt z nas nie miał wyboru co do tego kim, gdzie i jak się urodzi - ale rosną przecież stale możliwości takiej lub innej auto-modyfikacji. Póki co, są one raczej kosmetyczne, a jeśli ktoś sobie funduje nową twarz i nową tożsamość, to mamy uzasadnione podejrzenie, że robi to, chcąc się ukryć przed pościgiem - ale, z całą pewnością, nie jest to kres naszych możliwości, co od dawna wieszczę, przewidując też przyszłej wolności wyboru w tej materii różnorakie konsekwencje...) - drugim ekstremum jest bodajże tzw. "flash mob", kiedy to obcy sobie ludzie, skrzyknięci przez fejsa, zbierają się na parę minut gdzieś, by wspólnie coś robić, po czym rozchodzą się, bez większych tego faktu konsekwencji.



Powstaje pytanie - czego opisywane systuacje są ekstremami..? To jest właśnie cała trudność. Przebiega między nimi oś, na której da się wyznaczyć nieskończenie wiele stanów pośrednich. Dość blisko ekstremum, jakim jest "istnienie jednostki ludzkiej" sytuuje się "istnienie rodziny" - przynajmniej (w naszej obecnej kulturze) tzw. "rodziny nuklearnej". W przeszłości jednak, istniało o wiele więcej zbiorowości tak samo lub niemal tak samo "naturalnych" (przez "naturalność" rozumiemy tu przeciwieństwo "konwencjonalności") jak "rodzina nuklearna".

Przede wszystkim - była to "rodzina w szerszym znaczeniu", obejmująca także dalszych krewnych - jeśli ta "rodzina w szerszym znaczeniu" posiadała jakąś wewnętrzną strukturę, istniał jej przywódca - można było mówić o "rodzie". "Rody" istnieją i mają się dobrze poza Europą. Ale "rodzina w szerszym znaczeniu" była bytem bardzo ważnym jeszcze w czasach mojej młodości, a pewnie wciąż jeszcze znajdzie się w Polsce wiele takich rodzin, gdzie kuzyni, kuzynki, stryjowie, stryjenki, wujowie i wujenki - spotykają się często, blisko ze sobą żyją i odczuwają głęboką wobec siebie lojalność!

"Rody" istniały u nas formalnie do roku 1918, a zwyczajowo - jeszcze co najmniej 20 - 30 lat dłużej. Oczywiście, nie wszędzie i nie u wszystkich - raczej u arystokratów (kodeksy cywilne państw zaborczych przewidywały funkcję "głowy rodu" przynajmniej dla osób stanu szlacheckiego i dawały jej określone kompetencje - wyjątkiem była tu Kongresówka, gdzie obowiązujący "kodeks Napoleona" poprzestawał, metodą rewolucyjną, na pojęciu "głowy rodziny", bez stanowych rozróżnień).

Lojalność i poczucie "naturalnej" bliskości wewnątrz rodu dawnymi czasy obejmowało nie tylko osoby faktycznie ze sobą spokrewnione - ale też co najmniej służbę domową i różnych innych "ludzi zależnych i powiązanych" z rodem.

Tak jest do tej pory w tzw. "rodzinach" mafijnych, nieprawdaż..?


W najszerszym znaczeniu "quasi-rodzinną wspólnotą naturalną" jest:
- ród w chińskim sensie tego słowa (gdzie jest to wspólnota licząca od kilku do nawet kilkudziesięciu tysięcy ludzi wywodzących się od wspólnego przodka),
- majątek feudalny, obejmujący właściciela ziemskiego, jego ród i jego "ludzi zależnych", którzy się mu "powzdali" w poddaństwo,
- gospodarstwo niewolnicze, obejmujące właściciela, jego ród i jego niewolników (ostatnim bodaj takim właśnie "gospodarstwem niewolniczym" jest tak naprawdę rodzina Saudów, panująca w Arabii Saudyjskiej - ale o tym ciiiii...).

W każdym z tych przypadków zachodziła sytuacja, o której pisze Kołakowski, iż: (taki byt) podobnie jak jednostka ludzka, jest dziełem natury, nie powstał z zamiaru czy planu, i nie musi się tłumaczyć ze swego istnienia: jest, bo jest i przez to, że istnieje, istnieje prawomocnie.

Kołakowski tę właściwość "bycia bytem naturalnym" odnosi co prawda tylko do jednostki ludzkiej, do rodziny i do narodu - co, jak wykazałem powyżej, jest oczywistym błędem. Nie uwzględnia bowiem bardzo wielu innych zbiorowości, które istniały w przeszłości lub też istnieją "gdzie indziej", to jest - nie u nas i nie w tej chwili.

Błędem jest też traktowanie narodu tak samo jak jednostki lub rodziny. Otóż - wcale nieprawdą jest, że narody nie powstały z zamiaru czy planu. Gdyby narody były TAK SAMO naturalne i TAK SAMO "oczywiste" jak rodzina, ród czy też "quasi - rodzinna wspólnota naturalna", to byśmy nie znali i nie czcili ich twórców i bohaterów, którzy ich "umocnieniu", lub "budzeniu" poświęcili życie.

Tymczasem kult takich właśnie bohaterów: różnych Schornacków, Mrongowiuszów, Kajków, Korfantych - zajmuje poczesne miejsce w naszej przestrzeni publicznej. Wszystkie te pomniki, place, ulice i szkoły imienia - zaświadczają, że NIE JEST "naród" bynajmniej "wspólnotą naturalną", skoro "świadomość narodową" trzeba "budzić", a potem "umacniać"..!

Owszem, jest "naród" taką wspólnotą, która budzi bardzo silne emocje. Zauważmy jednak, że emocje te pojawiają się głównie wtedy, gdy mamy do czynienia, w taki czy w inny sposób, z innym bytem - z państwem. Tym co, na mocy jednej z definicji, wyróżnia "naród" spośród innych zbiorowości ludzkich, bywa "dążenie do posiadania własnego państwa".

Nie do końca się z tym zgadzam - bo RACZEJ to państwa tworzą narody niż odwrotnie (to jest droga "normalna", "naturalna" - acz bynajmniej nie jedyna: owszem - znamy wiele przykładów na to, że jakaś grupa ludzi stała się narodem w opozycji do państwa lub państw nad nimi panujących. I tu jednak: gdyby nie istnienie państwa - w tym przypadku, wrogiego - czy grupa ta zdefiniowałaby się jako "naród"..?).

Otóż "państwo" jako jakaś władza pobierająca podatki, wymierzająca mandaty i konfiskaty, wcielająca w kamasze - na ogół, jeśli budzi jakieś emocje, to raczej negatywne. Czyż nie jest w tej sytuacji "świadomość narodowa", ubierająca wszystkie te trywialne konieczności życia w państwie we wspaniały sztafaż powiewających sztandarów i szumu husarskich skrzydeł - cudownym wynalazkiem, znakomicie ułatwiającym państwu funkcjonowanie..?

W rzeczy samej, po roku 1789 państwa "cywilizacji białego człowieka" zrobiły co tylko leżało w ich mocy, aby zniszczyć różnego rodzaju "quasi-rodzinne wspólnoty naturalne", a umocnić - poczucie tożsamości narodowej podległej sobie ludności.

Jest to zapewne kwestia pewnej "ekonomiki emocji" - zbyt wiele "ciał pośredniczących", jakimi były właśnie owe "quasi-rodzinne wspólnoty naturalne" - nie daje szans na tak pełną, tak gwałtowną i tak wszechogarniającą mobilizację emocjonalną ludności w służbie państwu, jaka była potrzebna rządzącym elitom.

Nie byłby możliwy Hitler w Niemczech przed rokiem 1914, gdy społeczeństwo niemieckie wciąż jeszcze było bardzo "tradycyjne", a "rodziny w szerokim sensie", "rody" (przynajmniej wśród arystokracji), a nawet pewne pozostałości "quasi-rodzinnych wspólnot naturalnych" (chociażby w postaci mnogości niemieckich księstewek, tworzących Rzeszę...) zagospodarowywały większość tej "energii emocjonalnej", którą potem Hitler zdołał wyzwolić i obrócić w narzędzie zagłady.

Nie byłby możliwy Stalin w Rosji przed uwłaszczeniem chłopów: przecież kult jego osoby kłóciłby się z "naturalną" lojalnością poddanych względem własnych, "przyrodzonych" panów..!

Jak widzimy, owa "koncentracja energii emocjonalnej", "likwidacja ciał pośredniczących" - to są zjawiska nader niebezpieczne. No cóż - nie od dziś wiadomo, że za co tylko nie weźmie się państwo, to z całą pewnością uda mu się to spieprzyć...

W każdym razie na naszej osi, rozciągającej się pomiędzy "bytem jednostki", a "chwilowym bytem flash mobu" (oś te zdefiniować by można jako pewne "kontinuum naturalności i konwencjonalności bytu"), zarówno naród, jak i państwo umieścić należy dalej od "najbardziej naturalnego bytu jednostki", a bliżej "najbardziej konwencjonalnego bytu flash mobu". Przy czym, biorąc pod uwagę że państwa są bytami dużo starszymi od narodów i dużo bardziej powszechnymi - to państwo wydaje się "bardziej naturalne" i "mniej konwencjonalne", niż "naród"..!

Jest to zresztą jak najbardziej zgodne z praktyką. Zdrajców państwa karze się śmiercią (przynajmniej w "państwach poważnych": nie może zresztą być inaczej - ten, kto dopuścił się zdrady stanu, robił to przecież w tej intencji, aby jedną władzę państwową zastąpić inną - jak słusznie zauważył ongiś JKM, jeśli skarzemy go, przez dziwny do wytłumaczenia wstręt do kary śmierć, na długoletnie, albo i dożywotnie nawet więzienie ryzykujemy, że władza się w taki lub w inny sposób zmieni - i zdrajca, w oczach nowej władzy będący bohaterem, zbierze za swój czyn laury, których wcale dla niego nie pragniemy, skoro nas zdradził...: tego ryzyka na ogół nie ma przy czynach czysto kryminalnych..!).


A zdrajców narodu..? Kto jest "zdrajcą narodu"..? Ten, kto swoją "świadomość narodową" odmienia, porzucając poprzednią i zyskując nową. Otóż, takich było wśród Polaków, bez przesady - miliony. Miliony ludzi, którzy w domu rodzinnym mówili językiem polskim (co jest pierwszym warunkiem posiadania "polskiej tożsamości") w życiu dorosłym zdecydowało, że jednak lepiej jest posługiwać się na co dzień angielskim, niemieckim czy (o wiele rzadziej) rosyjskim.

Ich potomkowie mają się dobrze i jeśli nawet wiedzą, że płynie w nich "polska krew", to ani nie spędza im to na ogół snu z powiek świadomością jakiejś "zdrady" ze strony ich przodków, ani też - nie prowokuje najczęściej do niczego, co by przypominało ekspiację. I słusznie zresztą! Bo czy można mieć o to do nich, a nawet i do ich przodków pretensje, skoro władza panująca nad Polską i Polakami robiła co mogła, by życiu tutaj obrzydzić..?

Z drugiej strony tysiące, a może i setki tysięcy Polaków, bardzo często tych najważniejszych, bo najpłodniejszych twórczo, należących do elity - ma przodków Niemców, Ormian, Tatarów (jak Henryk Sienkiewicz, którego rodzina przybyła na Litwę po upadku Złotej Ordy w końcu XV wieku...), Żydów, a nawet - Francuzów, Szkotów czy, jak w przypadku posła Godsona, jakichś Murzynów. Ktoś z Państwa ma pretensje do tych ludzi lub do ich przodków, że "nie dochowali wierności" swojemu "przyrodzonemu narodowi"..?

Pomieszanie pojęć występuje w tej materii tylko i wyłącznie dlatego, że władza państwowa bardzo chętnie nazywa swoich wrogów - "zdrajcami narodu". Niezależnie od tego, czy pragnęli tylko zmienić rząd - czy oddać terytorium temu rządowi podległe pod władzę jakiegoś innego państwa.

Profesor Kołakowski w swoim "mini wykładzie" w każdym razie, do rozwikłania tego pojęć pomieszania się nie przyczynia...

6 komentarzy:

  1. Zdrada, moim zdaniem, ma miejsce tylko w jednym przypadku - kiedy sprzeniewierzamy się dobrowolnie podjętemu zobowiązaniu.
    Zdradzić można kogoś, komu się coś obiecało.

    Dobrowolność i świadomość jest tutaj kluczowa.

    Takie ujęcie sprawy kończy dywagacje na temat bytów umownych takich jak naród, wspólnota religijna, państwo itp. i zobowiązań wobec nich - najczęściej wymuszonych siłą. Zobowiązanie wymuszone siłą obowiązuje do czasu kiedy działa siła : )

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. To nader krótkowzroczny punkt widzenia! Będę to zresztą dyskutował bardziej szczegółowo w eseiku "O wolności".

      W każdym razie - przyjęcie zasady, że "obowiązują tylko zobowiązania przyjęte dobrowolnie" - jest CO NAJMNIEJ nieżyciowe. Tym sposobem np. rodzice mają zobowiązania względem dzieci (bo je dobrowolnie powołali na świat) - ale już nie odwrotnie: bo dzieci się na świat nie prosiły, nic zatem swoim rodzicom nie są winne!

      Usuń
    2. >> ale już nie odwrotnie: bo dzieci się na świat nie prosiły

      Ten przypadek jest szczególny i w ogóle życie z rodziną czy partnerem nie podlega pod to - za dużo wzajemnych zobowiązań które pojawiają się każdego dnia. Ludzie żyjący razem są powiązani nićmi sympatii, miłości, przyzwyczajeń. Sytuacja o której piszę dotyczy szerszych społeczności. Weźmy na przykład tzw. przysięgę szkolną którą składało się kiedyś w pierwszej klasie. Przecież to jest groteska. To samo dotyczy przysiąg wojskowych i innych wymuszeń. Chyba, że ktoś jest ochotnikiem.
      Zresztą w rodzinie też można sobie wyobrazić taka sytuację - rodzice znęcają się nad dzieckiem które opuszcza ich i nie zajmuje się nimi na starość. Dotykamy delikatnej materii i tu właśnie wychodzi cała słabość filozofii - przywiązanie do pojęć które maja ograniczony zakres a próbuje się nimi tłumaczyć świat bardziej złożony niż język. Granice języka NIE SĄ granicami świata jak chciał Wittgenstein.

      Usuń
    3. To nie filozofia udowadnia w ten sposób swoją słabość, tylko Pańskie rozumowanie. Skoro w regule, którą Pan zaproponował jest jeden wyjątek, to może znajdzie się ich też więcej..?

      A co, jeśli "rodzina w szerszym sensie" żyje ze sobą blisko, jeśli lubią się nawzajem kuzyni i kuznyki, stryjowie i stryjenki i tak dalej..? Czy wtedy też mamy do czynienia z wyjątkiem..? Przecież rodziny nikt sobie nie wybierał - albo jest fajna, albo nie...

      A co, jeśli pan i jego poddani blisko byli ze sobą zżyci? Mamy takie przykłady w źródłach..!

      Pańskie rozumowanie prowadzi do wniosku, że słowa dotrzymywać należy tylko temu, kogo się lubi i z kim dobrze się żyje. Inaczej: słowa należy dotrzymywać tylko wtedy, gdy jest to łatwe, lekkie i przyjemne...

      Usuń
    4. >> A co, jeśli pan i jego poddani blisko byli ze sobą zżyci? Mamy takie przykłady w źródłach..!

      Powtórzę, bo Pan nie zrozumiał i ma najwyraźniej potrzebę wykrzyczenia swojej kwestii. Jeśli poddanym podoba się pan i chcą mu służyć a nawet umierać za niego - to świetnie. Nic nikomu do tego.

      Myli Pan pojęcia, ale to nie miejsce na takie dyskusje. Z tego co widzę pańskim zdaniem należy dotrzymywać słowa którego się nie dawało, każdemu. Proszę tak robić zatem.

      Usuń
    5. Oczywiście, że "należy dotrzymywać słowa, którego się nie dawało"..!

      Tak się składa, że ogromna większość naprawdę poważnych zobowiązań takich, które determinują całe ludzkie życie - nakładana jest na człowieka bez jego wiedzy i woli. Przez fakt urodzenia: w takim, a nie innym miejscu i czasie. Przez skumulowane akty woli i dorobek przodków tworzących kulturę, która nigdy nie ma pojedynczego twórcy i założyciela.

      Nawet jako hodowca koni mam bardzo niewielki wybór: to nie ja stworzyłem kanon rasy, która mnie pasjonuje i jedyne co mogę zrobić, to starać się do niego dopasować..!

      Nikt z nas nie jest ani "niezapisaną kartą", ani też samowładnym demiurgiem, stwarzającym sobie własny świat. Świat ani nie ma obowiązku, ani możliwości, żeby się do kogokolwiek z nas dopasowywać. Na odwrót - to my musimy się dopasowywać do świata.

      A jak się komuś to nie podoba, to może sobie co najwyżej pokiwać palcem w bucie albo powierzgać przeciw ościeniowi bełkocząc coś w necie - bo to nic nie kosztuje...

      Usuń

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...