środa, 17 lipca 2013

Życie kawalerskie od kuchni

Nie ma co udawać. Samemu na gospodarstwie i smutno i niezbornie. W dodatku - oba wredne smarki co i rusz za płotem, a koćkodan histeryzuje jak zawsze, gdy jednego z nas nie ma w domu!

Mimo to połowa elektrycznego ogrodzenia Wielkiego Padoku jest już przejrzana i naprawiona. Zrobiłbym całość, w końcu to tylko dwa kilometry - tyle, że sierp, którym przycinam nazbyt wybujałą pod pastuchem trawę, dwa razy zresztą już dzisiaj naprawiany (rączkę zrobili ze zbyt kruchego drewna, mimo owinięcia taśmą, co i rusz metalowe ostrze z niej ucieka, trzeba na nowo wbijać i zaklepywać młotkiem przechodzącą na wylot końcówkę...), zwyczajnie - wypadł mi z rąk...

Od sianokosów czegoś wciąż słabuję, a ostatnie wizyty i podróże mi na pewno nie pomogły. My tutaj, nie mając na co dzień kontaktów z ludźmi, jesteśmy jak te plemiona z Amazonii: każdy miejski bakcyl natychmiast kładzie nas do łóżka. Z doświadczenia mogę powiedzieć, że najwięcej takich bakcyli przenoszą ci, którzy najwięcej mają kontaktów z różnymi ludźmi: lekarze, nauczyciele, dziennikarze (ekipa telewizyjna..!).

Lepsza Połowa pojechała w poniedziałek wieczór do rodzinnego miasta. Odwiozłem ją na autobus. Na szczęście - tym razem bez takich przygód jak ostatnim razem. Ale i tak w domu byłem trochę po pierwszej w nocy. Wczoraj rano, jak mieli Państwo okazję zauważyć, być może dzięki dwóm mocnym kawom - wciąż byłem jeszcze w dobrej formie. Tym bardziej, że Lepsza Połowa zostawiła mi jeszcze obiad do odgrzania...

No właśnie: miało być o życiu kawalerskim od kuchni. Lepsza Połowa śmieje się ze mnie twierdząc, że w ogóle nie umiem gotować, a całe studia przeżyłem tylko na przywożonych z domu słoiczkach z gotowymi obiadami (te słoiczki zresztą, zjawisko typowe podobno dla przyjezdnych studentów, od pewnego czasu robią w publicystyce karierę: ma to być wręcz jeden z atrybutów typowego "leminga", nim dorobi się apartamentu na Wilanowie..!).

To nie jest do końca prawda. Prawdą natomiast jest, że szczerze i bezapelacyjnie - NIE CHCE MI SIĘ gotować. Zaplanowałem sobie przeżyć te kilka dni chlebem, tzw. "smarowidłami" (czyli "pasztetami" za 0,85 pln opakowanie...), warzywkami z ogródka i piwem.

W nie tak odległych czasach, gdy zajmowałem się sprzedażą bezpośrednią, doszedłem do niejakiej perfekcji w stosowaniu tego rodzaju diety. Oczywiście - to jest pokarm, który wypełnia brzuch, ale nie daje siły. Ale za to - moja "dzienna dieta" zamykała się kwotą 10 pln na dobę! Oznaczało to: bochenek chleba (krojonego - nie brałem ze sobą, jadąc "w Polskę" nawet łyżki, a co dopiero - noża...), jakąś puszkę lub opakowanie parówek drobiowych z "Pierdonki", jedno czy dwa smarowidła i - obowiązkowo - butelkę wody mineralnej dziennie.

Woda obowiązkowo, bo cała ta "karma" jest dość mdła i nie pobudza pragnienia. Łatwo się odwodnić. Do czego takie odwodnienie prowadzi przekonałem się bardzo boleśnie już paręnaście lat temu, gdy Lepsza Połowa była na letnim kursie języka arabskiego w Kairze: gdyby nie pomoc naszej znajomej, która mnie podrzuciła do najbliższego szpitala, gdzie jak raz, przypadkowo (szpital był tak w ogóle dziecięcy...), dyżur na izbie przyjęć miał anastezjolog, który pomógł mi urodzić ten kamień - to nie wiem, czym by się to skończyło...

Na piwo wtedy nie mogłem sobie pozwolić. Wysokość mojej "dziennej diety" wynikała zresztą wprost ze sposobu, w jaki zarabiałem na życie.

Zawód "prezentera sprzedaży bezpośredniej" niektórym (spośród tych nielicznych, którzy w ogóle słyszeli o takim dziwactwie, funkcjonującym kompletnie obok "normalnej" rzeczywistości...) kojarzy się z wielkimi dochodami i "życiem na wysokiej stopie".

kadr z filmu "La dolce vita"...

W rzeczy samej, słyszałem od dłużej w tym zawodzie pracujących kolegów mnóstwo opowieści o suto zakrapianych alkoholem bachanaliach, drogich hotelach i prostytutkach - nigdy jednak, NICZEGO TAKIEGO nie widziałem.

Nigdy też nie widziałem na żywo czegoś, co podobno KIEDYŚ umożliwiało taki styl życia: prezentera, który by na jednej prezentacji sprzedał towar za kilkadziesiąt tysięcy i zainkasował - czasem nawet i kilkanaście tysięcy zeta prowizji w jeden dzień...

Moi koledzy żyli na ogół "w trasach" tak samo skromnie jak ja. Najtańszy hotelik, najchętniej schronisko młodzieżowe lub akademik (nocowanie w samochodzie jednak nie wchodzi w grę: na prezentacji trzeba jakoś wyglądać...) - a co do wyżywienia, to już była kwestia indywidualnych zdolności przystosowawczych: bar mleczny, własna kuchenka i chińskie zupki lub, tak jak ja - "smarowidła" i parówki z "Pierdonki"...

Prezenter, od którego uczyłem się zawodu, w pierwszej kolejności nauczył mnie jak oszukiwać własnych szefów. Nocleg i wyżywienie były dzięki temu, że dostawałem z góry gotówkę na opłacenie  sal w których odbywały się spotkania. Sale były zwykle zarezerwowane na 5 godzin dziennie - i taka też była gotówka. Tymczasem dwa spotkania łącznie rzadko zajmowały więcej niż 3 godziny - a szefowie nie wymagali (w tamtej firmie - potem było gorzej...) rachunków. Czasem uzbierało się nawet na paliwo do samochodu w ten sposób!

Jeśli udało się coś sprzedać i zainkasować prowizję - to było nie na moje utrzymanie w trasie, tylko na rachunki i cotygodniowe zakupy. Koledzy, którzy sprzedawali więcej ode mnie - spłacali raty za domy i samochody i też im słodko się wcale nie żyło.

Z kolei kiedy potem zajmowałem się handlem B2B, pracując jako przedstawiciel handlowy - totalnie zabójcze okazały się koszty dojazdów. Niby mam do Warszawy wszystkiego 80 km. A przez miesiąc - potrafiło się uzbierać i 5 - 6 tysięcy kilometrów przejechanych "w służbie"..! Przy zerowych zwykle efektach zresztą...

Ech, życie, życie...

Uspokoiłem jakoś koćkodana. Warto by było posilić omdlałe ciało porcją chleba dla niepoznaki posmarowanego "smarowidłem", pozamiatać (jak to się dzieje, że choć zamiatam dwa lub trzy razy dziennie, odkurzałem już nawet - mimo to, przez niespełna dwie doby, zdążyło się w chatce zrobić brudno..?) - i chyba przybrać pozycję horyzontalną. O ile nie trzeba będzie w międzyczasie zdejmować chłopaków - rozrabiaków z drogi. Koćkodan nie dał mi najmniejszych szans odespania poprzedniej zarwanej nocy mimo, że położyłem się wczoraj wcześnie: nie było w łóżku Pani, więc koćkodan - chodził i szukał gdzie też mogła się schować...

4 komentarze:

  1. "Baby! Ach te baby!! Chlop by je lyzkami jadl!" ;) Moze bez kobiety dobrze (niektorym ;) ale z kobieta jest lepiej!! Szczegolnie jak sie trafi na wlasna Druga Polowke!

    Zycie kawaler(yj)skie znam od podszewki (rowniez te slomiano-wdowcow). Kazdy chyba radzi sobie jak umie (w wiekszosci przypadkow konczy sie na zupkach instant i kanapkach ;).

    Panie Jacku, zycze spokoju ducha i powodzenia na samotnymposterunku domowym!

    OdpowiedzUsuń
  2. Też zostałem kawalerem, niestety tylko na 3tyg. Wyjechały też dzieci, od niedawna dorosłe, pierwszy raz każdy w innym kierunku. Dom jest pusty, cichy, spokojny, czuję wolność, luz, odpoczywam. Nic nie poradzę, że tak to odczuwam.
    Smutno tylko patrzeć mi na mojego starego campera, przypominają się wspólne wakacje z całą rodziną. No cóż, to se ne vrati.
    A gotować się nauczyłem w swoim życiu, bo wyjścia nie miałem. Żona często na wyjazdach, a dzieciaków nie mogłem codziennie żywić pizzą. Jednak zwyczajnie nie chce mi się teraz nic gotować. Dla jednej osoby? Jaki to ma sens. Żywię się kanapkami, czasem kupię jakąś mrożonkę, wystarczy.

    OdpowiedzUsuń
  3. " a całe studia przeżyłem tylko na przywożonych z domu słoiczkach z gotowymi obiadami"

    Nigdy tego nie rozumiałem- łatwiej dźwigać ciężkie słoiki kilkaset kilometrów, jeździć często do domu, odżywiać się odgrzewaną breją itp, niż ugotować sobie coś? Zwłaszcza, że za 10 zł dziennie da radę odżywiać się normalnie...

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Wiesz - dostawałem te słoiczki i nic nie miałem do gadania w kwestii tego, czy je chcę, czy nie. Owszem: raz się zbuntowałem i wyrzuciłem!

      Jak przyszły pocztą. Tydzień szły - a i ja nie miałem możliwości tak zaraz tej paczki odebrać...

      Usuń

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...