wtorek, 16 lipca 2013

Jajo czy kura. Rzecz o języku, kulturze i Tradycji.

Tadeusz Kotarbiński wynalazł przed wojną w gwarze śląskiej słowo "spolegliwy". Oznaczało ono "kogoś, na kim można polegać, człowieka solidnego, godnego zaufania".

Współcześnie, jeśli nawet używa się tego słowa (z całą pewnością o wiele rzadziej od najpopularniejszych we współczesnym mówionym języku polskim słów na k..., czy ch..., powiedziałbym wręcz, że użycie tak trudnego i archaicznego słowa jak "spolegliwy" już samo w sobie świadczy o przynależności do "elity"... - nie, żebym wypominał, sam nie jestem bez winy, ale trzeba sobie zdawać sprawę z rzeczywistości, w której żyjemy...), to niemal nieodmiennie - w znaczeniu zgoła całkowicie przeciwnym.

"Spolegliwy" we współczesnej polszczyźnie, to człowiek "miękki, podatny na wpływ, poddający się czyjejś woli". Jedyna jeszcze pamiątka po znaczeniu pierwotnym to fakt, że zwykle słowo "spolegliwy" występuje w zbitce pojęciowej ze słowem "wobec". Tak więc, mawia się, że "Donald T. jest spolegliwy wobec Anielicy M.", a "Bronisław K. jest spolegliwy wobec Włodzimierza P." Zresztą, podobieństwo to jest już czysto formalne, jako że jak najbardziej, można być "spolegliwym zarówno wobec Anielicy M., jak i Włodzimierza P." - a nawet "spolegliwym wobec każdego, kto tylko zapłaci". Nawet zatem cnoty wierności owemu "miękkiemu, podatnemu na wpływy" człowiekowi współczesna polszczyzna odmawia..!



Po jaką cholerę przypominam to niewątpliwie niepowodzenie autora "Traktatu o dobrej robocie"..?

Przypominam je, ponieważ doskonale ilustruje ten właśnie aspekt takich zjawisk jak "język", "kultura" i "tradycja", o których mowa w dzisiejszej porannej czytance.

Profesor Kotarbiński wystąpił z pewną "propozycją semantyczną". Była to zresztą część "większej całości" - on bowiem, tak generalnie, to chciał Polaków przekonać do tego, że warto być człowiekiem "solidnym, godnym zaufania, przewidywalnym, dobrze wykonującym swoją pracę". No, ale o tej "większej całości", to i mówić nie ma co - jak w "Weselu", ostał ci się chamie jeno sznur - z całego "pakietu" propozycji profesora Kotarbińskiego do szerszego obiegu tak językowego, jak i kulturowego - trafiło tylko to jedno słowo.

Niektórzy spośród Moich Wiernych Czytelników (i mam tu na myśli głównie blogerkę Kirę...) co i rusz irytująco uparcie demonstrują nie mniej irytująco woluntarystyczno - indywidualistyczny stosunek do języka, kultury i tradycji. Ich zdaniem, język, kultura i tradycja, zupełnie jak forma bytu u Arystotelesa, nie istnieją poza głowami poszczególnych ludzi - a niektórzy spośród ludzi, demonstrując jakąś makiaweliczno - nitzscheańską "wolę mocy", potrafią innym narzucać wzięte ze swoich głów pomysły.

No cóż: profesor Kotarbiński spróbował. Czy ktoś ośmieli się twierdzić, że mu się udało?

Ale, z drugiej strony, czy da się też powiedzieć, że mu się nie udało kompletnie..?

Gdyby nie udało mu się kompletnie, to już nikt (być może poza - pozbawionym zwykle najmniejszego śladu "woli mocy" - molami książkowymi z jakiegoś oderwanego od rzeczywistości seminarium u  błogosławionej pamięci profesora Amsterdamskiego...) nie pamiętałby o słowie "spolegliwy" i nie używałby go w żadnym znaczeniu - ani poprawnym, ani odwróconym.

Co się właściwie takiego stało, że propozycja semantyczna Kotarbińskiego niby się przyjęła - ale wcale nie tak, jak autor zamierzał..?

Bardzo jestem ciekaw, jak tę zagadkę rozwiązałby konsekwentny indywidualista - woluntarysta? Musiałby chyba odnaleźć jakiegoś osobnika który, przeczytawszy lub usłyszawszy słowo "spolegliwy" czy to z niewiedzy (bo niedokładnie przeczytał lub źle usłyszał), czy to z małpiej złośliwości (bo celowo chciał zamiar pierwoodkrywcy przeinaczyć) zaproponował nadać temu słowu inne znaczenie. A że miał większą "wolę mocy" - to wygrał.

Już tu jest niejaka sprzeczność. Bo skoro ów "przeinaczacz" większą miał "wolę mocy" od profesora Kotarbińskiego - to dlaczego wiemy o profesorze, a raczej nikt nie zna imienia owego Anonimowego Przeinaczacza? Czyżby w dodatku do nieuwagi lub małpiej złośliwości cechowała go także skromność? A może był to spisek i Anonimowy Przeinaczacz ukrył się pod zasłoną anonimowości z obawy przed gniewem profesora Kotarbińskiego lub dla jakichś innych Mrocznych i Tajemnych Celów..?

Oczywiście - nie da się na 100% wykluczyć, że faktycznie jakiś baran użył tego słowa w złym znaczeniu i się przyjęło. Gdybym miał tego barana szukać - przesłuchałbym wszystkie nagrane przemówienia tow. "Wiesława Złotoustego": tow. "Wiesław" słynął z nieopanowanej logorei, używał mnóstwa zbyt trudnych jak na swoje niepełne gimnazjalne wykształcenie słów, całkiem możliwe, że i w tym wypadku się pomylił, a inni towarzysze podchwycili.

Podaję ten trop kierując się lojalnością względem interlokutorki - z góry jednak zaznaczam, że ani sam nie mam zamiaru katować się w ten sposób dla tak błahego celu, ani też nie wierzę, że komukolwiek będzie się chciało.



W rzeczywistości osoba Anonimowego Przeinaczacza jest dla wyjaśnienia tego, co się stało, doskonale zbędna.

Zapewne większości z Państwa przytrafiało się w dzieciństwie bawić w "głuchy telefon"..? Czy nie..? Bo ja już jestem słoniem podążającym na cmentarzysko i przyznaję, że zabaw współczesnej młodzieży nie tylko nie znam, ale nawet - znać nie chcę..!

No trudno - nie będę opisywał na czym polega zabawa w "głuchy telefon", najwyżej sobie wygooglacie..!

Czy często udawało się Wam, w trakcie zabawy w "głuchy telefon" odkryć, kto spośród bawiących się niedosłyszał i źle powtórzył..?

Tak czy nie..? Bo mam wrażenie, że udaje się to (o ile tylko wśród bawiących się nie ma osobnika z ewidentną wadą wymowy - ale co to za zabawa wówczas jest..?) bardzo rzadko. Przeinaczenie wejściowego komunikatu jest skutkiem sumowania się bardzo drobnych, niemal niedostrzegalnych błędów w jego kolejnych powtórzeniach.

Właśnie dlatego tak zabawnym jest porównanie "komunikatu wejściowego", na początku zabawy, z "komunikatem wyjściowym", na końcu łańcucha jego kolejnych iteracji! Wychodzi coś, czego nikt się nie spodziewał, nikt nie przewidywał i - czego tak naprawdę NIKT nie jest autorem!

Język, kultura i tradycja działają podobnie, tylko oczywiście - w sposób nieporównanie bardziej skomplikowany. W grę wchodzą liczne nieredukowalne indeterminizmy (do takich "nieredukowalnych indeterminizmów" sprowadza się cała ta, tak przez woluntarystów - indywidualistów ukochana "wola mocy"...), ale także - COŚ WIĘCEJ.

Albowiem język, kultura i tradycja, choć niewątpliwie bytują w głowach jednostek (tyle, że "miejscem ich bytowania" NIE JEST ŻADNA POSZCZEGÓLNA JEDNOSTKA, a DOPIERO: "zbiór wszystkich żyjących"), żadną metodą nie dają się zredukować do "aktu woli", "subiektywnego przeżycia", "mojego widzimisię".

Mistrz Lem, chociażby w "Golemie XIV", ale także w "Głosie Pana", wyjaśnienie tego faktu widzi w ewolucyjnym pochodzeniu języka, kultury i tradycji. Nie jest język, nie jest kultura i nie jest tradycja czyimkolwiek "dowolnym wymysłem", tylko produktem trwającej od setek tysięcy lat ewolucji - przy czym owe setki tysięcy lat ewolucji ludzkiego języka, kultury i tradycji są swoistym "echowym powtórzeniem" miliardoletniej ewolucji życia, gdyż język naturalny i tworzona przy jego pomocy kultura, to dość oczywiste paralele języka, w którym natura "pisze" organizmy żywy: kodu dziedziczności.

Blogerka Kira, jeśli nawet doczyta do tego miejsca, wzruszy tylko ramionami na te nudziarstwa i napisze (o ile uzna, że rzecz warta jest w ogóle trudu pisania komentarza...), że po raz kolejny tworzę sobie słomianą kukłę, nad którą łatwe odnoszę zwycięstwo. Ona to przecież wszystko doskonale wie - a tylko "ma gdzieś", bo i co z tego, że "chłop strzela, a Pan Bóg kule nosi" - co z tego, że mechanizm "odciskania piętna jednostkowej woli na kształcie języka, kultury i tradycji" tak jest złożony i subtelny - skoro to w dalszym ciągu ta sama "jednostkowa wola", to samo "widzimisię"..?

Blogerka Kira zafascynowana jest jednostką, jej twórczymi możliwościami i - jak sądzę - nie zamierza sobie zaprzątać głowy jakimiś "mechanizmami", skoro i tak nie ma na nie żadnego wpływu. "Tradycja" - twierdzi blogerka Kira - "ma się bronić sama, a jak nie daje rady, pal ją Licho..."

Mnie z kolei przepełnia pełna grozy cześć dla owego otchłannego łańcucha anonimowych w ogromnej większości egzystencji które pomimo, że całe życie na ogół nie zajmowały się niczym więcej jak tylko zdobyciem czegoś do żarcia, picia lub chędożenia - zdołały mimo to stworzyć i przekazać nam świat  języków, kultur i tradycji tak "piękny i różny", że i najdłuższego życia nie starczyłoby na pobieżne choćby tylko jego skatalogowanie, nie mówiąc już o dogłębnym poznaniu i zrozumieniu.

Jest to, skądinąd fundamentalna różnica między spojrzeniem na świat liberała, a spojrzeniem na świat konserwatysty.

Świat był piękny, gdy o władzę nad nim walczyli ze sobą liberałowie i konserwatyści..!

Niestety, jak w znanym dowcipie - "przyszedł leśniczy i pogonił wszystkich": teraz światem (a przynajmniej - tą jego częścią, która najbardziej nas obchodzi...) niepodzielnie rządzą jakieś dzikie małpy wymachujące brzytwami - zaprzedani utopiści, którzy tak samo w dupie mają twórcze możliwości jednostki, jak i nabożną cześć dla wysiłku przeszłych pokoleń. Ci z nich, którzy jeszcze dbają o resztki pozorów - obiecują otumanionemu ludowi "raj na ziemi" (ani się nie zająkując, gdy w tym samym zdaniu twierdzą, że jednocześnie ów "lud", do "raju na ziemi" prowadzony, sam siebie jako ten "suweren" rzekomo prowadzi...). Większość już tylko dba o dobre garnitury i soczewki kontaktowe, żeby się właściwie prezentować na plazmach i monitorach "elektoratu". A wszyscy razem - mimo, że niekoniecznie się tak umawiali wcześniej - prowadzą nas ku nieuchronnej katastrofie.

3 komentarze:

  1. Wiesz, to trochę jak z definicją słowa "szlachetny", są jeszcze (mam nadzieję) ludzie, którzy rozumieli je jako "miłosierny"... "Spolegliwy" to (dla mnie) "zgodny" - bynajmniej bez zabarwienia pejoratywnego. Więc może taka była droga?

    OdpowiedzUsuń
  2. Bardzo ciekawie piszesz, aczkolwiek faktycznie - jeśli chodzi o wiadomości, to nie jestem zaskoczona. Z tym że nie do końca zgadzam się, iż kultura jest wytworem zbioru jednostek jedynie pierwotne potrzeby zaspokajających. Właśnie wyjście poza owe potrzeby kulturę wytworzyło. Oczywiście powolutku, powolutku - bo i nie można było oczekiwać od malującego w jaskini praludzia, żeby od razu limeryki układał. Ale ziarnko do ziarnka, znaczy się - pokolenie do pokolenia...

    Zabrakło w Twojej wypowiedzi konkluzji. Cóż bowiem ma wynikać z tego, że jest, jak jest? Czasami wydaje mi się, że skłonność do refleksji (którą i ja czasem przejawiam) nie rozwija człowieka, a jedynie - niczym Hamleta - stopuje w działaniu.

    Boleję nad tym, że w któregokolwiek znaczenia słowa "spolegliwy" bym nie użyła, mój rozmówca może zrozumieć mnie opacznie. A dodawać zawsze (choćby najkrótsze) wyjaśnienie, to idiotyzm. Dlatego właśnie - unikam...

    OdpowiedzUsuń
  3. Myśmy się w liceum swego czasu zastanawiali, co to słowo właściwie oznacza, nigdy natomiast nie mieliśmy wątpliwości, wobec kogo je stosować. Ostatecznie stanęło na tym, że używaliśmy go wobec osób odpowiadających znaczeniu pierwszemu - w charakterze obelgi. Niczym tak się nie gardzi w elitarnym liceum, jak dobrą robotą...

    OdpowiedzUsuń

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...