niedziela, 28 lipca 2013

Idąc za ciosem...

Tuż po tym jak, idąc za ciosem, szczęśliwie przewiozłem na Bubie kolejną panią wizytującą nasze włości (zdjęcia, mam nadzieję, będą...) przyszło mi się zmierzyć z pytaniem: dlaczego Polacy nie kupują koni achałtekińskich..?

Odpowiedzi na to pytanie jest wiele. Dlaczego Polacy nie kupują koni achałtekińskich konkretnie ode mnie, to jasne - bo nie mam tu wypasionej stajni ze złotymi żłobami, nie urządzam "Pucharu Boskiej Woli" na ten przykład w polo, nie sposób w krzakach obok naszej posiadłości wpaść na ukrywających się tu paparazzich (już łatwiej na grzyby, albo na kupę śmieci...). Jednym słowem: zadawanie się ze mną nie należy do czynności przysparzających prestiżu. Dlaczego ktokolwiek miałby zamieniać swoje ciężko zarobione pieniądze na coś, co nie jest prestiżem..?

Owszem, dla rosyjskich czy chińskich oligarchów posiadanie takiego konia jak moje JEST sposobem na wzbudzenie szacunku lub zazdrości wśród kolegów oligarchów. Putin ma kilka takich koni.

Najczcigodniejszy Prezydent Turkmenistanu w siodle

Do Polski jednak ta moda nie dotarła. I na pewno za moją sprawą - nie dotrze. Ponieważ przedmiotem mrocznych żądzy ludzi bogatych może stać się to i tylko to, co posiada ktoś inny, kto też jest bogaty. W ten sposób ludzie bogaci poznają się wzajemnie ("poznać pana po cholewach...") i wyróżniają z tłumu zwykłych śmiertelników, dla których podobny luksus nie jest dostępny.

Nota bene - w szerszym ujęciu to, co napisałem akapit wyżej wyjaśnia także, dlaczego w Polsce ludzie bogaci na ogół bardzo rzadko interesują się jakimokolwiek końmi. A to dlatego - że nie znam innego kraju poza Polską, w którym niezłe konie wierzchowe byłyby AŻ TAK TANIE!

Taniość koni wierzchowych w Polsce (całkiem spokojnie można dostać konia "pod tyłek" i za kilka tysięcy złotych - i wcale nie będzie kulawy na wszystkie cztery nogi...) sprawia, że nie są one dobrem luksusowym, nie przynoszą prestiżu i trudno zazdrościć ich posiadania kolegom - oligarchom...

Oczywiście: na aukcjach w Janowie co roku sprzedaje się kilkanaście - kilkadziesiąt koni w cenach, powiedzmy, "światowych" - od kilkudziesięciu tysięcy euro wzwyż.

Niestety, to jest czubeczek czubeczka góry lodowej..! Wręcz - śnieżynka na wierzchu tej góry...

Nie dysponuję statystykami, które pozwalałyby oszacować jaki kapitał ulokowany jest "w koniach" gdzie indziej. Nie wiem, czy takie statystyki w ogóle istnieją. Łatwo jednak zauważyć, że finansową elitą wśród koni są przede wszystkim konie pełnej krwi angielskiej.

Czołowe ogiery i klacze w tej rasie zmieniają właścicieli za kwoty, przy których wyniki janowskich aukcji to zaledwie liga okręgowa - tam chodzą sumy rzędu wielu milionów euro, dolarów lub funtów za pojedynczego konia.

Ponieważ najlepsze konie pełnej krwi angielskiej są niewyobrażalnie wręcz drogie, a zarazem ich posiadanie (i wystawianie do gonitw lub używanie w hodowli) wiąże się ze sporym ryzykiem - wolny rynek wynalazł nawet ponownie, po wielu wiekach zapomnienia, metodę ubezpieczania tak cennych, a ryzykownych przedsięwzięć, stosowaną w średniowieczu przez arabskich czy włoskich kupców handlujących orientalnymi przyprawami i tkaninami. Mało kto (poza może królową brytyjską i paroma szejkami...) pozwala sobie na posiadanie tak drogich koni indywidualnie, na własny rachunek. Znacznie częściej - wykupuje się ułamkowe udziały w spółkach posiadających wiele takich koni..!

Dzięki temu nawet, jeśli jeden z wartych wiele milionów czempionów dozna wypadku na torze lub w czasie rozrodu (koni pełnej krwi angielskiej nie wolno inseminować sztucznie - to ograniczenie, które władze ksiągi stadnej narzuciło, aby zapobiec obniżeniu się ceny...) - nie traci się całego majątku.

W Polsce ostatnim koniem pełnej krwi angielskiej wartym tak wielkich pieniędzy był Ruler hodowli Ludwika hr. Krasińskiego, padły w Roku Pańskim 1904...

Niewiele niższe ceny osiągają na świecie czołowe konie sportowe: używane w konkurencjach skoków przez przeszkody lub ujeżdżenia. Również pod tym względem, Polska jest ewenementem na skalę światową - tak tanich koni sportowych jak u nas - nigdzie indziej nie ma..!

Oczywiście wszędzie na świecie ostatnie paroksyzmy zdychającego demo-liberalizmu spowodowały zbiednienie klasy średniej, za czym także i ceny przeciętnych koni - spadły. Głośno było o koniach porzucanych samopas w Irlandii. Ostatnia afera z koniną w rzekomej wołowinie wiosną tego roku - ma zapewne dużo wspólnego z deficytami w budżetach brytyjskich stajni wyścigowych (ryzyko wyścigów polega na tym, że koń wyścigowy "negatywnie zweryfikowany" na torze - bardzo często nadaje się już tylko na mięso, bo nawet do żadnej "rekreacji" użyć się go nie da...).

Nigdzie chyba jednak - nawet w Niemczech, o których kiedyś może opowiem osobno, bo ich "koński przemysł", który już zresztą opisywałem na łamach "Końskiego Targu" (tylko, nie mając na chodzie stacjonarnego końputera - straciłem na razie dostęp do tego materiału...), moim zdaniem skończy się wkrótce naprawdę piękną katastrofą..! - konie nie są tak tanie jak w Polsce.

Dlatego koni w Polsce praktycznie się nie leczy - po co leczyć, kiedy tak łatwo można jednego zastąpić drugim..?

Skąd się biorą absurdalnie niskie ceny koni w Polsce - to temat na osobne, a gorzkie rozważania. Ogólnie, wygląda to jak skutek celowego sabotażu ze strony niemiłościwie nam panującego gosudarstwa. Sabotażu uprawianego na wiele sposobów. Zaczynając od gospodarki niektórych państwowych stadnin, pozostających w zarządzie Agencji Nieruchomości Rolnych Skarbu Państwa (a zwłaszcza od tego, jak ta polityka wyglądała przez minione ćwierćwiecze...), przez piramidalnie bzdurne "programy ochrony ras rodzimych", aż po "kwestię służewiecką".

Pojęcia nie mam, dlaczego niemiłościwie nam panujące gosudarstwo miałoby tak złośliwie i tak szkodliwie sabotować właśnie tak mało istotny element naszej gospodarki jak hodowlę koni - z czego wychodzi, że stan ten nie może być skutkiem czego innego, jak tylko pospolitej głupoty - głupoty tych, tak zwanych "działaczy", którzy np. z ramienia PZHK - mieli byli przez ostatnie ćwierć wieku hodowlą koni w Polsce zawiadywać.

Muszę już kończyć, bo laptop Lepszej Połowy, na którym piszę, zaczyna się przegrzewać. Urywam tedy te rozważania posępne właściwie na granicy wstępu - ale obiecuję do nich jeszcze wrócić przy najbliższej okazji: chciałbym przejść następnie do rozważań o prywatyzacji i własności prywatnej ogólnie.

Teraz, jedno tylko, ale istotne zastrzeżenie: otóż - nie spodziewajcie się, że obniżę cenę moich źrebiąt TYLKO DLATEGO, że brak chętnych, by je kupić. Co to, to nie..! Prędzej je zarżnę i zjem, niż zgodzę się je oddać za pół darmo, tylko dlatego, że majętni Polacy to buraki i prostaki, które się na koniach nie znają...

15 komentarzy:

  1. Ano właśnie. Ja przenoszę EcoGypsy do Polski między innymi dlatego, że utrzymanie konie jest tańsze, a poza tym mogę mieć dodatkowy dochód ze "smallholdingu" - jednakże większość ze sprzedanych przeze mnie koni pojedzie z pewnością do Niemiec, Czech, USA i Australii.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. W Polsce jakoś tak dziwnie - NIC się nie opłaca.

      Znajoma jakiś czas temu narzekała, że pod Warszawą ceny siana i słomy astronomiczne. Zacząłem się dopytywać: okazuje się, że co prawda pod Radomiem na ten przykład, siana ile kto chce trzy razy taniej, a nad Bugiem to podobno nawet i za darmo dają, żeby tylko ktoś zabrał, ale... 100 km do Warszawy dowozić "się nie opłaca"!

      Że zacytuję jednego z moich sąsiadów sprzed paru lat: "jak żyć, panie premierze? jak żyć..?"

      Usuń
    2. Ano właśnie, nad Bugiem to sianokiszonkę po 15 złociszy za bal dostanę, siano rzeczywiście można trafić i za darmo... dlatego po sąsiedzku z Łukaszenką się ulokowałam... Jak kto będzie chciał konia kupić to go będzie stać na transport tak czy inaczej.

      W Polsce mam nadzieję na małe dochody z działalności pozakońskiej, plan działania już jest wcielany w życie. Nic innego niestety nie będzie się opłacać!

      Pocieszywszy się, drogi Kolego, że w kraju zarządzanym przez królową też juz cokolwiek przestaje się opłacać. A jak trafiłam siano po 25 funtów za bal, to zapakowałam całą szopę... Normalnie okrąglak kosztuje tutaj 60 funciaków, przeliczywszy to na ilość koni jaką będę karmić w zimie (plus owies, sieczki i inne cudaki) taki bal to conajmniej majątek.

      Usuń
  2. Jeśli chodzi o laptopa to polecam rozkręcić go i przedmuchać- jeszcze Ci się zjara.

    OdpowiedzUsuń
  3. Po prostu Drogi Panie Kobus, czas zacząć robić wokół siebie lans, prestiż i elitarność - co może być metodą w tym szaleństwie.

    Przyznam, że coś takiego w wariancie light zaczynam robić wokół swoich blogów (także interesów), co jak zauważyłem przenosi się na lepsze parametry i korzyść dla mnie, jak i osób współpracujących.

    Czas na marketing, rozrywki intelektualnej już nadto.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Amen! Proszę Pana!
      Wybacz Jacku, ale ja ci dawno mówiłam, że z tymi końmi to nie w Polsce... Jeśli nie mogą być u nas używane do wyścigów, to kupców majętnych i żądnych "tego prestiżu" nie znajdziesz. Tutaj te konie, to jak każde inne "pod siodło". Bo i do czego innego? A pod siodło gotowego, jak sam słusznie zauważyłeś, można mieć za kilka tysięcy. A teraz coś, co mnie męczy - inseminacja zawsze jest sztuczna. Czyli "sztuczna inseminacja", to "masło maślane".

      Usuń
    2. @ Iza

      Masz rację co do "inseminacji".

      Co do cen, to zapewne też masz rację - natomiast mnie to nie rusza.

      To znaczy - mam gdzieś, czy "dla Polaków" moje konie są warte 500 złotych, czy nic zgoła - ja chcę za jednego 40 tysięcy, bo tyle sam musiałbym za takiego zapłacić w Rosji.

      A jeśli tyle nie dostanę, to trudno - zabiję i zjem, a darmo lub taniej - i tak NIE ODDAM.

      Polacy mają się nauczyć. A jak nie chcą - ich strata!

      Usuń
    3. po co się irytować?

      nie rozumiem

      sprzedać w Rosji lub dalej na wschód!

      Usuń
    4. Jacku, moje konie są podobnej wartości... Dziadek Leo został sprzedany do USA za ciężkie pieniądze, nikt nigdy nie ujawnił dokładnej sumy ale to było coś w okolicach 100 000 funtów (hodowcą był nieżyjący już ojciec szwagra mojego chłopa). To był jakiś szalony rekord, ale dobre konie utrzymują wartość 30-100 tyś zł. W Polsce przecież nie sprzedam, a za grosze też nie puszczę, chyba że średniaka za 10-15 tysięcy co już mi się udało. Już Czesi są skłonni więcej wydać!

      Usuń
  4. To jak walka z wiatrakami. Czasami trzeba schować dumę do kieszeni i zrobić coś wbrew przekonaniom (i no cóż... żałować długie lata). Nie osądzam, nie spieram się. Nawet jeśli to Pana nie obchodzi i nic Pan z tego nie będzie miał, życzę Panu powodzenia i wytrwania w przekonaniach.

    OdpowiedzUsuń
  5. to zrobimy dil następujący: wymienię 100 kilo jakościowej wołowiny na żywego źrebca. wilk syty i achałtekiniec cały. a potem sama go sobie odstąpię za darmoszkę, a Tobie dam w pensjonat.
    pasuje Jacku? bo mam wrażenie, że świetnie mi się z Tobą targuje...
    J.

    OdpowiedzUsuń
  6. A ja tak z innej beczki trochę, w nawiązaniu do zamieszczonego zdjęcia Najczcigodniejszego Prezydenta Turkmenistanu. Siodło NPT jakieś takie... amerykańskie:))) A i reszta rzędu (pomijając kolorowy folklor) zalatuje western ridingiem:) TurkmeniSTAN kolejnym stanem USA?:)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Jaki kraj, jakie elity, taki prestiż... Elit nie ma, bo "Ruskie zjedli". To skąd "czcigodny prezydent" ma wiedzieć, że ten jego koń w takim siodle, to totalna "wiocha"????? Oczywiście - wiocha w pejoratywnym słowa tego znaczeniu i ty się Jacku nie złość, bo takie określenie, za pomocą tego słowa, w naszym języku funkcjonuje i każdy widzi i wie...

      Usuń
    2. Też od dawna każdemu, kto do nas przyjedzie proponuję, że mogę pomóc zawieźć tam jakiegoś majstra z Pleszewa, a bodaj reklamę w piśmie branżowym turkmeńskim zamieścić! Byleby tylko chętny mistrz był i kasa.

      Oczywiście, wszyscy się zgadzają, a nikt nic nie zrobi - bo tak jest zawsze...

      Usuń

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...