piątek, 19 lipca 2013

I co jeszcze..?

Stado odrobaczone. Wielki Padok przedzielony na pół. Wendi gotowa do drogi, by jutro o 6.00 rano podjąć Lepszą Połowę w Warszawie.

I tym w zasadzie mógłbym dzień dzisiejszy podsumować, w dalsze szczegóły już się nie wdając. Gdyż, jak zapewne Państwo dobrze wiecie (pogan, którzy się tu ostatnio ujawnili o zdanie nie pytam - moim zdaniem, Wasze miejsce jest na dobrze rozgrzanym stosie!), w szczegółach tkwi nie kto inny, jak sam Dyabeł..!

Względnie najłatwiej poszło jeszcze z odrobaczeniem. Knedliczek, co to myślałem, że pół dnia będę za nim z uwiązem biegał sam podszedł, złapać się dał, płyn do paszczy przyjął, mlasnął - i mało brakowało, a poprosiłby o dokładkę. Jak zwykle, włożyć sobie strzykawki do ust dać nie chciał Piękny i Dzielny (a Czasem Nawet Mądry, Ale Nie W Takich Sprawach!) Koń Lepszej Połowy, czyli szefowa naszego stada, Melesugun.


Będzie siódmy rok jak się bawimy w tę samą grę. Nigdy jeszcze jej się nie udało wygrać. To znaczy - nie dać sobie w końcu wlać do pyska tego, co wlane być miało. A mimo to, uparcie, wciąż próbuje...

No cóż - i tym razem wygrałem. Co łatwo było z góry przewidzieć...

Chłopaki tylko się oblizywali - ja ich trzymałem w czułych objęciach, a sympatyczna Pani Doktor opróżniała im dopaszczowo strzykawkę. Madeszir ciut się wzdrygnęła za pierwszym razem, ale też łyknęła grzecznie.

Znakiem tego - w poniedziałek rano idą na Wielki Padok...

Z tym przedzielaniem Wielkiego Padoku było trochę trudniej niż z odrobaczaniem. Pomysł, który miałem wczoraj - co by rozgrodzić fragment pastucha zewnętrznego i tak odzyskanym przewodem dokończyć tego, co będzie brakować (a miałem rację, taśmy zabranej z Leśnego Padoczku starczyło pi razy drzwi na połowę potrzebnej długości...) - był oczywiście bardzo dobry.

Tylko nie trzeba było rano obcinać paznokci..!

Nie dałem rady rozplątać węzłów, które zadzierzgnąłem rok temu na taśmie i - co ważniejsze - na biegnących w niej drucikach.

Poradziłem sobie, dosztukowując brakujące 200 metrów z różnych walających się po obejściu, drobnych fragmentów taśmy.

Aż mi się stary dowcip przypomniał przy tej robocie: byli sobie dwaj sąsiedzi. Jeden skrzętny, porządny, oszczędny, trzeźwy i prawomyślny. Drugi szaławiła, pijak, hulaka. Nudził ten pierwszy tego drugiego i nudził, w brzuchu dziurę mu wiercił, w końcu - malucha sobie kupił i tym maluchem szpanuje, jako efektem owej oszczędności, prawomyślności, itd.

Następnego dnia drugi sąsiad - pijanica - zajeżdża pod dom fiatem mirafiori (co to było za zwierzę, proszę sobie w Wikipedii sprawdzić...).

- Ale skąd to..? - łapie się za głowę sąsiad skrzętny i oszczędny.
- Sprzedałem butelki... 

Używaliśmy tej taśmy pastuchowej do różnych celów w latach poprzednich - zasadniczo, z pastuchem elektrycznym nic nie mających wspólnego - i proszę, ile się tego w samych ścinkach uzbierało..!

Po prawdzie, byłem po tej robocie umordowany jak pies - a miałem jeszcze szczytny pomysł, co by JEDNAK wypucować wnętrze naszej chatki na przyjazd Lepszej Połowy, a nie tylko paznokcie sobie obcinać.

Spodziewałem się przy tym, że przyjdą drobne od "Konia Polskiego" - jako że w zeszłym tygodniu przyszła wreszcie umowa, którą odesłałem podpisaną w sobotę - nie ma bata, w poniedziałek MUSIAŁA być w redakcji na ul. Wał Miedzeszyński. Więc - jeśli przelew poszedł w poniedziałek lub we wtorek, to przecież - do piątku, do kroćset - powinien być na moim koncie, czyż nie..?

Nie ma go.

Że jednak już się wprawiłem w stosowny nastrój - to i tak, mimo że nic do wypłacania w bankomacie nie było - ruszyłem dupsko, wsiadłem do Wendi i pojechałem w stronę Warki. Ot tak. Co by najpotrzebniejsze zakupy w "Pierdonce" zrobić (Lepsza Połowa będzie pewnie padnięta po całonocnej jeździe autobusem, a w lodówce pustki...). I może podtaknować ciutek po drodze - nie będę się musiał jutro zatrzymywać..?

Dojechałem akurat do Grabowa, gdy zadzwoniła sympatyczna Pani Doktor. Trzeba się było wrócić, odrobaczyć.

Dalej jednak byłem w stosownym nastroju - pojechałem drugi raz!

Wytaczam ci ja wózek z "Pierdonki", patrzę i widzę... mokrą plamę pod silnikiem Wendi i strugę płynu, który leje się z wnętrza samochodu..!

Grabię łapą ten płyn - chłodniczy. Otwieram maskę. Leje się z przewodu, z samej jego góry, tuż przy pompie wodnej.


Godzina 16.00, do żadnego warsztatu w Warce nie ma co zajeżdżać, łykend się przecież zaczyna - co tu robić..?

Żegnam się ukradkiem krzyżem, siadam za kierownicą i jadę - dzwoniąc zarazem do M. z pytaniem, czy aby po sąsiedzku nie ma jakiego przytomnego majstra? Przynajmniej mi powie, czy mam dzwonić do Lepszej Połowy, żeby pociągiem do domu wracała, czy jednak - da się coś z tym zrobić..?

M. odpowiada, że owszem - majster jest. Niedaleko - bo to jego sąsiad, który zresztą już mi kiedyś, co prawda w innych sprawach, pomagał, życzliwy człowiek.

Zrezygnowałem z tankowania, kupiłem tylko 5-litrową butlę płynu chłodniczego po drodze - zajechałem do domu, spróbowałem czy przypadkiem nie da się na ten przykład zacisnąć mocniej opaski na przewodzie (dało się - ale nic to nie pomogło w przedmiocie lejącego się płynu...).

Minęła godzina 17.00, kiedy to sąsiad M. winien już wrócić do domu z pracy - pojechałem do niego.

No i, za całe 20 złotych i flaszeczkę wina z mniszka, którąśmy (tradycyjnie) razem obalili - mam na razie przewód zacerowany. Do Warszawy powinno dać się dojechać i wrócić. Potem się pomyśli nad wymianą tego przewodu na jakiś porządniejszy.

Tydzień, k...a wtedy w Grójcu mi ten przewód wymieniali - i wymienili na taki, co jak tylko się ledwo cieplej zrobiło - zaraz się wziął i urwał..!

Za to, ze sprzątania chatki rezygnuję. Nie mogę. Po prostu - nie mogę. Zupka grzybowa z paczuszki właśnie naciągnęła, to ją sobie zjem. Zaraz potem konikom dam kolacyjkę - i lulu... Przed 4.00 trzeba wstać.

8 komentarzy:

  1. Panie Jacku!

    Caly dzien po Bozemu Pan spedzil przy dobrej robocie a nastepnie w dobrym, chrzescijanskim towarzystwie blizniego swego, wino na zakonczenie dnia wypil a na koniec takie slownictwo (choc motywacje Panska rozumiem!) .

    I jeszcze to: "pogan, którzy się tu ostatnio ujawnili o zdanie nie pytam - moim zdaniem, Wasze miejsce jest na dobrze rozgrzanym stosie!" Chyba ciutke starsza tradycja Kosciola Chrystusowego polega na nawracaniu pogan modlitwa i wlasnym dobrym przykladem a nie ogniem i mieczem!??!

    Slonecznego i radosnego weekendu zycze!!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Panie Falco!

      Pan jesteś sympatycznym facetem także dlatego, żeś nawet mój smutek bezinteresownie rozpędził!

      Więc zarżałem jak moja ukochana klaczka na mój widok. Bo jakże można pisać takie androny, cyt.: "Chyba ciutkę starsza tradycja Kościoła Chrystusowego polega na nawracaniu pogan modlitwą i własnym dobrym przykładem a nie ogniem i mieczem!??!"

      Panie Falco, ja jestem ostatnim, który by chciał drwić z Pańskiej wiary. Chcesz Pan żyć wiecznie w umiłowanym Jahwe, to pan żyj w zdrowiu. Jeszcze Panu flaszkę podrzucę albo jakąś ponętną niewiastę dla rozweselenia i chuci dogodzenia.

      Ale, póki co, jesteś Pan na tym padole i powineneś się Pan wystrzegać takich głupot. Bo przecież z życzliwości dla Pana to piszę.

      I teraz, gdybym miał kontynuować ten wątek... Czy Pan wie, na jakie udręki swoją niefrasobliwością mnie naraża?

      Gerwazy

      Usuń
    2. Tak, tak! Moj Panie Gerwazenku!

      Podejmujac kwestie "mojej wiary", to strzelil Pan sobie gola... . Chociaz, wracajac do do przyjetej w tym komentarzu konwencji, raczej powinienem powiedziec, ze trafil Pan kula w plot (a moze raczej dowcip spalil na panewce!) .

      Ale nie dziwie sie - gdyby dotarl Pan do pierwszego mojego wpisu, w ktorym prezentuje swoja skromna sylwetke - wtedy dowiedzialby sie Pan, ze jestem gnostykiem. Z calym bogactwem inwentarza z tym zwiazanym!!

      W kwestii flaszek - serdzecznie dziekuje za dobre checi w tym zakresie ale sie Pan spoznil kilka lat (pozostala mi mozliwosc delikatnej degustacji od czasu do czasu). Na chozosc mojej bialki zas nie narzekam :D I raczej pozostane (takze z przyczyn opisywanych w dyskusji z Pania Kira - zdaje mi sie, ze u mnie na blogu ale glowa tego gwarantowac nie moge!!).

      Za dobre rady dziekuje, z calego serca! Ale juz jestem w takim wieku, kiedy czlowiek kieruje sie wlasnym rozumem (i ugruntowanymi przekonaniami), wiec poprawy nie obiecuje... ;)

      Poza tym wejrzyj Pan na zartobliwy ton mojego "napominania" naszego Szacownego Gospodarza... . I sadze, ze sie nie przelicze, liczac na Panskie poczucie humoru oraz inteligencje... .

      Usuń
    3. Prawda Absolutna wątpliwości i wahań nie dopuszcza. Jak mawiał Pan Andrzej Kmicic: "Proś. A jak nie dają - sam weź..!"

      :-)

      Usuń
  2. Jacku, my też mamy konia/klacz, który nie cierpi strzykawki do mordy. Ma bardzo jednoznaczne poglądy a jej asertywność jest przeogromna. Dwa lata temu wymyśliliśmy, że nie chce nam się walczyć z wariatką i porcją płynu do odrobaczania polaliśmy garść owsa. Wylizała do czysta. Pomysł?

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Akurat nie z odrobaczaniem, ale z czymś tam już próbowaliśmy - ni du, du..!

      Ale to tylko kwestia cierpliwości. Może nie łyka od razu, ale za którąś kolejną próbą - nie ma że nie..!

      Usuń
  3. Swoją drogą godzinę po tym, jak zapytałem "I co jeszcze..?" - padła odpowiedź na to, w zamierzeniu retoryczne pytanie. Łóżeczko było już pościelone, w telewizorku zaczynał się Harry Poter, którego zresztłą chciałem zaraz wyłączyć - otworzyłem tylko na chwilę okno, co by chatkę przewietrzyć.

    Wskoczył czarno - biały koćkodan. Z myszą w pysku. Żywą. Która to mysz mu oczywiście uciekła. Pod łóżko.

    No i ja musiałem tę mysz złapać - a oba koćkodany (bo i czarny się zameldował w międzyczasie) robiły za "lożę szyderców".

    Najpierw za drzwi wyleciała mysz, a potem oba koty...

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Jezeli Panska Lepsza Polowa zwraca sie do Pana, Panie Jacku, per "Moj Ty Kotku", to chyba czas aby sie z ta inwokacja powstrzymywala... ;)

      Przynajmniej przy kockodanach.

      Usuń

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...