środa, 24 lipca 2013

Chata za wsią

Ponieważ podczas nieobecności Lepszej Połowy, nie mając do kogo się odezwać, pochłonąłem prawie wszystkie lektury, jakie ostatnio przywiozłem z naszej gminnej biblioteki - przyszło mi przeczytać na koniec także i "Chatę za wsią" Józefa Ignacego Kraszewskiego.

Lektura z początku wymaga niejakiego przymuszenia się. Trudno i darmo - styl narracji zmienił się jednak bardzo od połowy XIX wieku. We współczesnej literaturze polskiej przynajmniej - miejsce wówczas stosowanych afektownych wykrzykników i refleksji moralnej zajął sarkazm.

Muszę jednak przyznać, że z czasem powieść mnie wciągnęła. Jest tam parę rzeczy, na które warto zwrócić uwagę..!


Sprawa pierwsza, to relacje między dworem a gromadą wiejską (akcja powieści dzieje się przed uwłaszczeniem, zresztą - została ona wtedy też i napisana...). Oczywiście - nikomu nie będzie się chciało bodaj kartkować takiej książki (zresztą - niezbyt grubej...), tylko po to, żeby przyznać mi rację bądź zaprzeczyć. Cóż zrobić! Kto nie czytał - ten trąba..!

W każdym razie: istota akcji polega na tym, że gromada wiejska biernym oporem spokojnie sobie radzi z fanaberiami dworu. Ci, co widzą w chłopach pańszczyźnianych jakieś "narzędzia mówiące", własnej woli pozbawione, na każdym kroku upokarzane i do gleby przyginane (podczas dyskusji o rzekomym "prawie pierwszej nocy" rozbawił mnie do łez komentarz, wedle którego wprawdzie nie ma na to żadnych dowodów, ale to oczywiste, że "prawo pierwszej nocy" musiało istnieć, bo chodziło o to, żeby na każdym kroku przypominać chłopom, gdzie ich miejsce...) - nie tylko przeczą zarówno źródłom historycznym i zdrowemu rozsądkowi, ale też pokazują przy okazji nader niepiękną zawartość własnych łepetyn.

Nie będę tu zdradzał szczegółów akcji - zakładam, że znakomita większość z Państwa tej powieści nie czytała, więc psułbym w ten sposób niespodziankę - warto jednak zaznaczyć, że ów bierny opór gromady względem pańskich fanaberii nie jest bynajmniej oporem "w słusznej sprawie". Jak w klasycznej greckiej tragedii, każda ze stron ma tu swoje racje: gromada prezentuje konserwatyzm tak zacietrzewiony, że aż ślepy. Prezentuje też gromadne właśnie, stadne, a nawet - anty-indywidualistyczne podejście do życia.



Druga kwestia, która wydała mi się interesującą, to zagadnienie nędzy. A dokładnie: pytanie, czy da się pogodzić nędzę z miłością - i z cnotą..?

To, że nędzy z miłością pogodzić się nie da, że kochankowie nie mogą żyć powietrzem i przetrwać, kochając się wciąż tylko mocniej i mocniej - aż mnie zaskoczyło, boż połowa XIX wieku, to wciąż jeszcze czasy romantyzmu..!

Widać tu jednak szkołę Balzaca. Już choćby dla tej konkluzji - warto do "Chaty za wsią" raz w życiu sięgnąć.

Czy da się jednak pogodzić nędzę z cnotą..? Kraszewski w rozwiązaniu akcji zdaje się utrzymywać, że można. Co więcej - owa cudem prawdziwym zrodzona wśród najgorszej opresji cnota zyskuje także w nagrodę i miłość (aczkolwiek autor zostawia sobie otwartą furtkę do nie-aż-tak-sielankowego dalszego ciągu...).

Czy to być może? Czy to prawdopodobne..? Doświadczenia następnych 150 lat dowodzą dość jednoznacznie, że jeśli nawet nie niemożliwy - to jest taki obrót spraw niezmiernie mało prawdopodobnym. Nędza niemal z zasady deprawuje.

Cóż: jeśli nawet nie jest to zakończenie, które wydawałoby się nam realistycznym, to z całą pewnością - CHCIELIBYŚMY w potencjalną bodaj możliwość takiego cudu uwierzyć..!

Wygląda na to, że ta powieść została kiedyś już zekranizowana..?

I jeszcze jedna rzecz, już na koniec. Osią dramatyczną powieści jest konflikt pokoleń na tle doboru partnerów. Konflikt wyrosły z przesądów i konwenansów, to prawda. Skądinąd jednak, właśnie ta tematyka mnie do książki przykuła: są to, siłą rzeczy, problemy, które mnie dość obchodzą.

Przez bardzo długi czas literatura śniła na jawie, że upadek tego rodzaju przesądów i konwenansów, zniesie także samą możliwość pojawienia się podobnych konfliktów - otwierając przed zrodzoną na nowo ludzkością jeśli nie aż arkadyjskie gaje, to przynajmniej - solidne podstawy do szerokiego upowszechnienia się szczęścia.

Wprost takie właśnie nadzieje wyraża na ten przykład Prus w "Lalce".

Otóż, w drugiej połowie XX wieku DOŚWIADCZALNIE sprawdziliśmy - że nic z tego! Żadnych można przesądów względem wyboru partnera nie żywić, żadnymi konwenansami się nie kierować - a i tak wcale nie ma obecnie więcej szczęśliwych związków niż 150 lat temu - i nawet: wcale nie doszło do zaniku konfliktów międzypokoleniowych na tym tle..!

No i teraz pytanie: czy warto było..? Po kiego Dyabła ten cały szpas..? Obalanie przywilejów stanowych, przeorywanie świadomości powszechną indoktrynacją (dla niepoznaki nazywaną "edukacją"...) - i cała ta rewolucja obyczajowa na koniec..? Żeby, po tylu zmianach, wysiłkach i cierpieniach - na koniec wszystko zostało po staremu, tylko w innej formie..?

7 komentarzy:

  1. Jestem trąba- nie czytałam. Ale przeczytać w takim razie zamierzam, bo relacje między dworem a resztą wsi stały się nagle i niespodziewanie dla mnie rzeczą namacalną i realną, choć nieco do przodu przesuniętą w czasie. Mimo upływu czasu pewne konwenanse pozostają w niektórych głowach. Mnie na przykład kilka tygodni temu pewna nobliwa dama z rodziny rzekła, że teraz to już koniecznie muszę urodzić potomka- spadkobiercę!!!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Mus to mus. Chcesz, żeby rodowa posiadłość w obce ręce poszła, albo co gorsza - w ręce rządu..????

      Usuń
    2. Mam to, delikatnie mówiąc, w nosie :-) Po mojej śmierci to może być i potop. A nie łatwiej, zamiast dać się zżerać jakiejś larwie od środka, napisać stosowny testament?

      Usuń
    3. Twój środek, Twoja larwa, Twój testament...

      Usuń
    4. To było pytanie retoryczne :-)

      Usuń
    5. Retoryczne czy nie, ale testamenty to zawsze ciekawa sprawa..!

      Usuń
  2. Dziekuje za rekomendacje (trabocyt sie klania ;)

    "Po kiego Dyabła ten cały szpas..?" - moze sie to bierze z naszej "niedorobionej" i nie za bardzo ukierunkowanej natury?!?

    OdpowiedzUsuń

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...