czwartek, 25 lipca 2013

Brak funkcji "stop"...

Nie ma się co wypierać: to moja wina. Raz przez jakiś durny sentymentalizm, a dwa przez lenistwo - nie nauczyłem Buby stać spokojnie przy ubieraniu. W konsekwencji - wsiadać trzeba na nią w biegu.

Zatrzymywania się pod jeźdźcem owszem, uczyłem jej - i kiedyś to nawet umiała - ale żeby jej to teraz przypomnieć, musiałbym mieć radykalnie lepszy dosiad, niż na razie mam. Przyjdzie na to pora najwcześniej za kilka tygodni. Na razie ćwiczymy tylko rozluźnienie. To znaczy - Buba się rozluźnia, ze mną jest pod tym względem gorzej, ale przecież się staram..!

Stania przy ubieraniu siodła nie uczyłem Buby najpierw dlatego, że trzeba by pokombinować z kantarem dually - a czegoś, Bóg wie czemu, było mi jej żal (choć przecież krzywda się koniowi przy takim ćwiczeniu nie dzieje...: to chyba przez te jej wielka oczyska z wyrazistymi białkami - rozpływam się przy niej całkiem nie po męsku!). A potem to mi się już nie chciało.


Wierci się zatem i kręci w kółko, a ja muszę ją ubierać, jedną ręką trzymając cały czas uwiąz (dopiero przy zdejmowaniu kantara i zakładaniu ogłowia czegoś jej to kręcenie przechodzi - widać, nie mając innego wyjścia, instynktownie ten akurat moment przećwiczyłem ongiś...).

Wczoraj była w dodatku podniecona obecnością gości i towarzystwem syna, który wyjątkowo wylazł za matką z Wielkiego Padoku (oczywiście potem tam wrócił, mimo włączonego pastucha - już się bałem, że trzeba całe ogrodzenie od początku robić, ale okazało się, że po prostu przerwał się obwód, bo spadł kawałek taśmy tworzący bramę wejściową - widać, źle zamknąłem...).Wyglądało to zatem bardzo źle.

Tak samo nie potrafi ustać w miejscu, gdy na nią wsiadam. Trzeba zatem odrywać się od ziemi szybko i lądować w siodle już w ruchu. Jak się ma 100 kg wagi, prawie 40 lat na karku i zawsze miało co najwyżej trójczynę z w-fu (a i to tylko dlatego, że stopnia "mierny" wtedy w skali ocen nie było, a nie wypadało oblać prymusa z gimnastyki...) - to jest to niejaka trudność, której pokonywanie, poczytuję sobie za zaliczkę przyszłych czyśćcowych pokut...

Jak się już człek na to siodło wwinduje, to nie ma chyba łatwiejszego w powodowaniu konia: brak jest w Bubiszczu śladu jakiegokolwiek uporu, przekory czy nieposłuszeństwa. Trzeba tylko w sposób zrozumiały przekazać jej, czego się od niej oczekuje - a na pewno to zrobi. Ruch ma przy tym narkotycznie wręcz płynny i miękki. Zresztą - nie będę jej chwalił, bo by to na samochwalstwo wyglądało, jako że jest to koń, którego od początku do końca sam do jazdy ułożyłem.

Mam nadzieję, że nasi goście sami zostawią recenzje po swoich na Bubie jazdach!

W poprzednich latach, jeśli wsadzaliśmy kogoś na tekinki, to raczej na Pięknego, Dzielnego i Czasem Nawet Mądrego Konia Lepszej Połowy, czyli na Melesugun (wyjątkiem była zaprzyjaźniona Pani Doktor, która zresztą na Bubie radziła sobie doskonale - nie pamiętam, czy przypadkiem nie wsadziłem też z raz Zbyszka na Bubę - no i, jak jeżdżących gości było więcej niż sztuk jeden, to oczywiście i Buba "szła w ruch" - Margire, choć ujeżdżona - na Służewcu - nie chodzi na razie u nas pod siodłem, bo nie mamy dla niej wędziła i popręgu - w sumie nie mamy też i siodła, bo jakoś trudno sobie wyobrazić którąkolwiek z tekinek pod olbrzymią kulbaką pozostałą po Dalii wlkp - co mi przypomina, że chyba powinienem tę pamiątkę sprzedać..?). Melesugun trenowała ujeżdżenie, dosiąście jej nie przedstawia sobą żadnego wyzwania.

Tyle, że Melesugun to Najukochańsza Żona naszego Knedliczka. Już ją, co prawda, kilka razy wyprowadzałem z ogrodzenia bez niego - dla posmarowania grudy, która jej się parę tygodni temu objawiła. Wciąż jednak, jest to nazbyt dramatyczne wydarzenie, żeby to robić przy gościach. A i Lepszej Połowie czegoś się nie spieszy, żeby ją na powrót wziąć w jakiś trening (Lepsza Połowa na razie utonęła w przetworach: niech no tylko naprawią nam wreszcie samochód, a pojedziemy po więcej słoików...).

Zostaje zatem Buba dla gości i tak na razie czas jakiś jeszcze będzie. A właśnie wczoraj miała okazję wystąpić w roli konia gościnnego po raz drugi tego lata. Goście się fotografowali - mam nadzieję, że się na swoich blogach, fejsbókach, czy w ostateczności na forum pochwalą. Sesja była co prawda absolutnie nie pozowana, bez romantycznej sukni, wyrafinowanego makijażu, nie mówiąc już o stosownym przybraniu konia (owijki, owszem, nawet mamy - białe - i biały, ujeżdżeniowy czapraczek po Melesugun - ale Buba NIGDY niczego takiego nie zakładała: osobliwie by to wyglądało zwłaszcza gdy się pamięta na ten przykład, nasze wspólne kąpiele w błocie...) - jednak, jak mawiał jeden z moich kolegów z czasów handlu ziołami: "młode to zawsze ładne"!

Nawet, a właściwie wręcz przede wszystkim - bez przybrania...


Żeby nie być gołosłownym jedną tylko fotkę z wczoraj, tak dla smaku daję - i na tym już ten temat tutaj kończę. Goście będą chcieli, to resztę sami opowiedzą i pokażą!

Tymczasem za oknem wciąż dość buro i pochmurnie. Pielenie ogródka zbliża się do końca, czyli do początku - jeśli dziś skończę pielić "tyły", to będę mógł znowu zaczynać pielenie "frontu", bo pomidory i ogórki, o kwiatowym zakątku Lepszej Połowy nie wspominając, walnie już zarosły.

Zapewne tego nie uczynię. Jest szansa, że dziś nam zreperują Wendi. Jeśli tak się stanie - od jutra trzeba się brać za rżnięcie samosiejek, nim w lata wejdą i zrobią się na to za grube (i zbyt nielegalne...).

A tymczasem chyba, na dobry początek dnia, osiodłam sobie Bubiszcze...

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...