niedziela, 23 czerwca 2013

Urzędowy optymizm

W 1997 roku, więc kiedy byłem nie tylko piękny (jak teraz), ale w dodatku – całkiem jeszcze młody – zaniosło mnie do Oslo, na szkołę letnią tamtejszego Uniwersytetu. O szkole nie ma co wspominać (lewacko – postępacki bełkot…), ale towarzystwo było całkiem ciekawe.

M.in., był tam pewien starszy Palestyńczyk, na co dzień zamieszkały w Libanie – ciekawa postać, a przy tym, jako że byłem świeżuteńko po kursach u prof. Daneckiego, dawał mi się rozgrywać jak dziecko. Nie mogąc nabyć w uniwersyteckiej księgarni Koranu, na którym bardzo mi zależało, bo Lepsza Połowa jak raz zaczęła wtedy studia arabistyczne – wysępiłem nader eleganckie wydanie właśnie od owego współkursanta. Starczyło zachwycić się księgą, a kulturowy przymus nie pozostawił mu żadnego wyboru – MUSIAŁ dać mi ten przedmiot w prezencie.[1] Do dziś mam wyrzuty sumienia, że w rewnażu (oczywiście że koniecznym, a co myśleliście..?) – dałemu mu tylko tomik Miłosza w tłumaczeniu na angielski – cóż, kiedy kompletnie nic innego, związanego z Polską, w rzeczonej księgarni nie było, podobnie jak Koranu, Biblii i żadnych w ogóle ksiąg tego rodzaju..?

Z rzeczonym Palestyńczykiem zeszło nam kiedyś na tzw. „wielką politykę“. Oczywiście, jak to Palestyńczyk, widział wszystko przez pryzmat własnego nieszczęścia, a cały w ogóle świat postrzegał jako teren walki szatana, konkretnie zaś – „Wielkiego Szatana“ z Waszyngtonu – z Bogiem.



Spróbowałem go z tego manicheizmu wyleczyć sposobem augustiańskim – wskazując na oczywisty przecież fakt, że Dyabłu nie przysługują moce twórcze. By zatem szerzyć zło, jak tego pragnie – chcąc nie chcąc, zmuszony jest posługiwać się jakimś dobrem. I jeśli nawet jakiś „Wielki Szatan“, wszystko jedno w jakim mieście ulokowany, chciałby zniszczyć ten piękny świat, to pierwej musiałby stworzyć po temu narzędzia – a to wymaga koniecznie stworzenia siły materialnej która nawet, jeśli ma na celu zniszczenie i zniewolenie, nie obejdzie się bez jakiegoś dobra. No choćby takiego, że przecież – zaprzęgnięci w „Machinę Zła“ ludzie żyją, jedzą, piją, kochają się, mają marzenia, niektórzy je realizują – czy można to nazwać, w jakimkolwiek bądź kontekście, „złem absolutnym“..? Kto chce szerzyć zło – zmuszony jest, czy tego chce, czy nie, prokurować także JAKIEŚ dobro. Im więcej szerzy zła, tym więcej – jeśli chce, aby jego dzieło było trwałe – musi doń domieszać dobra.

Na poziomie czysto teoretycznym, Muhammad Ibn Muhammad (bo tak się zwał – od początku pamiętałem, ale musiałem się upewnić u Lepszej Połowy, co między dwoma „Muhammadami“ stać powinno…), oczywiście się ze mną zgodził, bo nie miał innego wyjścia. W praktyce już tak dobrze nie poszło: nie mogliśmy się w żadnym razie zgodzić co do tego, że „komunizm“ był „mniejszym Szatanem“ od „kapitalizmu“, jak twiedził – i rozstaliśmy się (to było na sam koniec szkoły, tuż przed wyjazdem) w niejakim rozdrażnieniu – co nie przeszkodziło mi, przez kulturowe przymusy, zawładnąć jego „Koranem“, do tej pory stojącym zresztą na półce w naszej biblioteczce…

Powyższy wstęp, jak to zwykle u mnie bywa, był a propos. Konkretnie – a propos ostatniego „Najwyższego Czasu!“, który nabyliśmy drogą kupna – sprzedaży wczoraj przy okazji pobytu w Warce.

Jest rzeczą oczywistą, iż pismo z założenia polityczne, winno mobilizować swoich czytelników i pobudzać w nich ducha walki. Temu oczywiście służy tzw. „urzędowy optymizm“ – w przypadku „Najwyższego Czasu!“, w tym na przykład, ostatniego felietonu JKM, wieszczącego ni mniej, ni więcej, a wojnę światową lada dzień, lada godzina – ów „urzędowy optymizm“ dość trudno jest odróżnić od „integralnego pesymizmu“ (cóż w końcu fajnego w wojnie światowej..?).

Ja jednak takie rozróżnienie podejmuję się niniejszym przeprowadzić – i właśnie dlatego przypomniała mi się rozmowa z Muhammadem.

„Urzędowy optymizm“ w wersji „NCz!“ polega na tym, że zakłada się, iż „zgniły, demoliberalny system“ – upadnie lada dzień, lada godzina. „Wybrani“, którzy uwierzyli – dostąpią wówczas swoistej wersji „zbawienia“, bez szczególnego wysiłku przejmując władzę i zaprowadzając nareszcie prawdziwy, cywilizowany porządek…

To są, Mili Państwo, gruszki na wierzbie i duby smalone..!

Doskonale wiem, że pisząc tak jak piszę, podcinam skądinąd gałąź, na której sam siedzę: ci z Państwa przecież, którzy tu zaglądają nie dla koni i nie dla ogródka, tylko z powodu szerszych dywagacji, na które czasem mi się zbiera – w większości, jak sądzę, też uważacie panujący obecnie w skali światowej „demoliberalizm“ za „zgniły“, a nawet za „twór Szatana“ – czyż nie..? Zgadzamy się pod tym względem. Skoro się zgadzamy, to pragniemy przecież, aby ów „pomiot szatański“, co prędzej Dyabli wzięli – czyż nie..?

Po co zatem psuć sobie nastrój jakimiś zastrzeżeniami, po co demobilizować się ostrzeżeniem, że „to i tak nic nie da“..?

Wyjaśnia to doskonale, dlaczego mój blog nie dorównuje popularnością wielu innym: psuję tylko Państwu nastrój, w dodatku – za nic nie chcę Wam opowiadać, jacy jesteście wspaniali, uciśnieni, niewinni, jak Was „banksterzy“ wyzyskują, a „łże-elity“ deprawują Wam potomstwo i buntują Wasze kobiety..?

Cóż, kiedy „tylko prawda jest ciekawa“…

Prawda zaś brzmi dokładnie tak, jak wówczas – 16 lat temu – Muhammadowi tłumaczyłem. Niezależnie od tego, czy istniejące status quo pochodzi od Boga, czy od Szatana – nie mogłoby istnieć, gdyby w jakiejś mierze przynajmniej – nie zaspokajało ludzkich potrzeb.

Pogłoski o bankructwie Jewrosojuza czy „Sojedinionych Sztatow“ jutro na otwarciu giełdowych sesji, w najbliższy czwartek, czy przed końcem czerwca – są z całą pewnością przesadzone.

Najważniejsze jest to, czego nie widać. Przynajmniej – nie widać w giełdowych cedułach. Codziennie, na obszarze Jewrosojuza ponad pół miliarda ludzi budzi się, idzie do pracy, bawi się, odpoczywa – a potem kładzie się spać. Być może rządzą nimi „łże-elity“, prowadzące ten tłum ku Ostatecznej Zagładzie, być może „banksterski spisek“ sprawia, że ludzie ci żyją biedniej niż mogliby – ale ktoś ośmieli się zaprzeczyć, że na ogół – dają sobie radę i w ogromnej większości – ani im w głowie cokolwiek zmieniać w swojej w miarę uporządkowanej i w miarę wygodnej egzystencji..? Niemal każdy z tego pół miliarda ma jakieś marzenia – mniejsze, większe, wzniosłe lub przyziemne. Realizacja tych marzeń napotyka całe mnóstwo przeszkód, w tej chwili – jak sądzę – już GŁÓWNIE ze strony biurokratycznego aparatu, pożerającego zachałnnie czas i zasoby swoich poddanych. Czy jednak znaczy to, że ludzie przestają marzyć i przestają te marzenia realizować..?[2] Nie przesadzajmy – do Pol Pota nam jeszcze naprawdę daleko…

Nie znaczy to oczywiście, że można się radośnie i bez konsekwencji zadłużać bez końca, ani też – że postępackie lewactwo nie stanowi śmiertelnego zagrożenia dla tejże właśnie, w miarę uporządkowanej i w miarę wygodnej egzystencji!

Nie jest to jednak takie zagrożenie, które samo z siebie, bez jakichś dodatkowych, zewnętrznych bodźców, mogłoby się ziścić w postaci nagłej, a nieprzewidzianej katastrofy.

Owszem – bywalcy praskich czy wiedeńskich kawiarni może reagowali tak jak ja powyżej na zabójstwo arcyksięcia Ferdynanda w swoim czasie – i srogo się omylili.

Sądzicie jednak, że USA naprawdę zaatakują Syrię nie uzyskawszy pierwej – za jakąś cenę, co do której trwają teraz właśnie targi – placet ze strony Chin i Rosji..? Gdyby tak się stało, świat rzeczywiście stanąłby na krawędzi wojny światowej – Rosjanie nie mogą się „ot tak“ wycofać, bo straciliby twarz. Przecież jednak, Amerykanie na razie nie zrobili niczego takiego, co ich z kolei kosztowałoby „utratę twarzy“, gdyby „złowrogiego Assada“ zostawili na razie w spokoju, co najwyżej – co mogą robić bez większego ryzyka – podrzucając jego wrogom trochę gratów z demobilu..?



Targi trwają. Jeśli dojdzie do transakcji – „złowrogi Assad“ upadnie. Jeśli cena, której życzą sobie Rosjanie i Chińczycy będzie zbyt wysoka – no to wszystko zostanie po staremu. Owszem, mamy powód, żeby się tym NIECO interesować – bo jasnym jest, że ceną za wycofanie się Rosjan z Morza Śródziemnego może być tylko rozszerzenie ich strefy wpływów gdzie indziej (już chyba nie te czasy, żeby starczyło podrzucić im trochę kasy czy „pomocy humanitarnej“…) – że zaś udział Chin w tym interesie wyklucza, aby takie rozszerzenie odbyło się w Azji, nawet tej po-sowieckiej, Środkowej, to w zasadzie jedyne co pozostaje, to nasza Umęczona Ojczyzna – co z kolei implikuje konieczność jakiejś rekompensaty dla Niemiec. Co się dziwić, że trwa to już tak długo, gdy problem jest tak skomplikowany? Jednak realnego wpływu na tę transakcję, jako żywo – nie mamy żadnego.

Powodów do optymizmu, nawet „urzędowego“ – nie umiem w tym bałaganie dostrzec…

Tymczasem ledwo zdążyłem opróżnić z wody hydrofornię, a rozwarły się nad nami Upusty Niebieskie – i leje, choć tym razem, po Bożemu, pionowo, a nie poziomo jak ostatnio. Leje jednak wcale nie mniej szkodliwie, bo nader obficie. Woda z komina zalała nam podłogę w chatce, sięgając aż po biblioteczny regał i końputer, przy którym siedzę (chyba jednak trzeba będzie jakiś daszek nad tym kominem zrobić – i, nie wiem, zaimpregnować czymś wystające na zewnątrz, a nazbyt przepuszczalne dla wody, bloczki z których jest zrobiona jego obudowa..?). Łata na dachu wiaty, którą wczoraj sporządziłem, okazała się nic nie warta – leje się do środka strumieniem. Trzeba jednak całą papę na dachu wymienić, bez wyjątku. No i szklarnię znowu potargało, choć już nie tak drastycznie…


[1] Uwaga techniczna: ten przymus NIE ZAWSZE  będzie działał. Ale kontekst „szkoły letniej Uniwersytetu w Oslo“ był taki, że każdy, kto tam trafił, uciekał we własne „kulturowe przymusy“ jak tylko mógł, bo inaczej atmosfera była nie do wytrzymania. Ja np. co niedziela zbiegałem do centrum na Mszę do katolickiej katedry – pilnie tylko bacząc, żeby to była Msza po wietnamsku lub po norwesku, bo akurat na nawiązywaniu kontaktów z miejscową Polonią wcale mi nie zależało… Nawet urocza skądinąd Helen Xu z Szanghaju, dziewczyna na co dzień wyzwolona i na wskroś nowoczesna, jak tylko młode, ładne i dobrze sytuowane Chinki potrafią – z czego NIE skorzystałem, choć po latach odnoszę wrażenie, że chyba mogłem… – z każdym dniem chłonięcia stężonej dawki postępackiego lewactwa (może nie każdy kurs był taki, ale ja trafiłem w „samo jądro ciemności“ – na kurs „International Development“..!), ubierała się skromniej, coraz częściej spuszczała oczy, robiła buzię w ciup a dłonie składała w małcurzyk – słowem: przez czystą przekorę, jak prawie wszyscy inni – uciekała do bezpiecznej przystani zachowawczego tradycjonalizmu. Ciekawym zagadnieniem byłoby prześledzenie biografii szkolnych różnych wojujących fundamentalistów – czy ich przypadkiem właśnie takie, teoretycznie „postępowe“ szkoły nie popchnęły, na zasadzie bolesnej szczepionki, w kierunku otwartej walki z „postępem“..?

[2] Skądinąd: czy gdyby nie było tego rodzaju przeszkód, to przypadkiem realizacja marzeń mieszkańcom „bogatej Północy“ nie przychodziłaby nazbyt już łatwo..? A wiemy przecież dobrze, że łatwe do realizacji marzenia – nic nie są warte! Trudno zaś oczekiwać, aby gros populacji umiało się zdobyć na marzenia subtelne, niematerialne lub też wielce ambitne – do czego zaś prowadzi przesyt, to Mistrz Lem chociażby w „Wizji Lokalnej“ odmalował…

11 komentarzy:

  1. Dziwne nieco stwierdzenia-to ze cos upasc NIE MUSI jeszcze przeciez nie znaczy ze NIE upadnie.Rzym tez upasc NIE MUSIAL a jakos upadl-wystarczylo tylko ze barbarzyncy "przylozyli do tego reki"-dzisiaj wystarczy to samo.Nawet zreszta nie trzeba robic nic spektakularnego-taki Rostowski zalozyl sobie w budzecie ze bedzie mial 1.5 miliarda wplywow z fotoradarow a tymczasem ludzie kombinuja jak moga(metoda na cudzoziemca itp)i okazuje sie ze bedzie tego maksymalnie moze ze 100 milionow.Jedna dziura budzetowa tu,druga tam,kolejna piramida Madoffa albo i piec,kolejne getta agresywnych imigrantow-gdzies jeszcze jakis czubek utnie komus glowe na ulicy albo zrobi kolejny 11 wrzesnia(i niewazne czy bedzie to AL Kaida czy CIA),jeszcze troche homopropagandy i demograficznej katastrofy i OCZYWISCIE ze ten system upadnie-nie jutro ani nie w przyszly czwartek(takie procesy trwaja lata)ale to sie stanie.Upadnie bo wlasnie zaspokaja owe potrzeby ludzkie coraz mniej i mniej kazdego dnia-obecnie jeszcze jakos wiec trwa ale watpie zeby obecny system spoleczno-ekonomiczny przetrwal dluzej niz jakies 10-15 lat.Jeszcze niedawno ludzie o czyms tam marzyli i nawet mieli REALNE mozliwosci realizacji-obecnie juz marza tylko pelnej misce przy czym staje sie to coraz bardziej nierealne-wkrotce zostana im tylko kajdany.Zreszta przypadek komuny jest tu symptomatyczny-w 1980 trzesli polowa swiata a w 1990 juz byli bankrutem i zerem.Obecny system marnotrawi zasoby srodowiskowe,stagnacjonuje ekonomicznie,rozjatrza masy "obywateli" oraz generuje zderzenia cywilizacyjne i megakryzysy ekonomiczne na WLASNYM terytorium-to juz tylko dogorywanie-obecny system to "trup w zbroi"-na zewnatrz mocny i agresywny(militarnie i politycznie)ale w srodku mu demografia,ideologia oraz ekonomia "gnija".A jaki pomysl na kryzys maja elity?-jeszcze dokrecic srube,wydrukowac jeszcze wiecej pustej kasy,narobic jeszcze wiecej dlugow,ugiac sie przed obcymi kulturowo emigrantami,"wykastrowac" mentalnie wlasne spoleczenstwa i "naprodukowac" jeszcze wiecej bezplodnych(pod KAZDYM wzgledem)"Biedroniow",szpiegowac wszystko co sie rusza i na drzewo nie ucieka-naprawde Pan mysli ze to ich uratuje?NIC nie musi sie zdarzyc ale zdarzyc sie MOZE bardzo wiele i obserwujac obecna rzeczywistosc mozna powiedziec ze akurat scenariusz upadku wydaje sie najbardziej prawdopodobny(choc nie jedyny rzecz jasna).

    Piotr34

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. System ma praktycznie niewyczerpane możliwości przepoczwarzania się.

      Ostatecznie - już pomijając wszelkie "spiskowe teorie" - i co z tego, że komuna już niby "nie rządzi"..? Czy Jaruzelskiemu, Kiszczakowi, Millerowi - żyje się teraz naprawdę gorzej niż w 1980, czy nawet 1990..?

      I to jest jeden problem. Praktycznie rzecz biorąc, nie wyobrażam sobie w tej chwili WIARYGODNEJ rewolucji. To jest takiej, której przywódcy NATYCHMIAST NIE ZDRADZĄ tłumu, który wynosi ich do władzy.

      Taki "duch czasów" ("Zeitgeist" jak kto woli...) - być może, po prostu nacisk zewnętrzny jest zbyt silny (to najpochlebniejsza interpretacja, na jaką mnie stać...).

      W każdym razie - od II wojny światowej nie zdradzonej rewolucji nigdzie i nigdy nie było, a przynajmniej - mnie nic o tym nie wiadomo. Ostatnie przypadki, jak chociażby "pomarańczowa rewolucja" na Ukrainie, czy "arabska Wiosna Ludów" - jaskrowo dowodzą, że mam rację...

      Drugi problem jest natomiast taki, że NAWET GDYBY wszystko wokół miało się walić - to, jak zresztą o tym pisałem wiele razy - akurat "ruch wolnościowy" jest NAJSŁABSZYM i NAJMNIEJ PRAWDOPODOBNYM beneficjentem ewentualnego kryzysu. Nawet szczera i nie zdradzona przez wodzów rewolucja, RACZEJ przyniesie pogorszenie stanu istniejącego, niż poprawę. Po prostu: ludzie NAPRAWDĘ nienawidzą wolności - i jeśli dać im rzeczywiste prawo głosu, to zrobią co tylko w ich mocy, żeby się tej wolności jak najszybciej pozbyć!

      Co niby można na to poradzić? Przekonywać ludzie, że choć same z tym kłopoty i udręki - to jednak z jakiegoś, niezbyt zrozumiałego powodu, "powinni" być wolni..? Ale dlaczego "powinni" - skoro nie chcą..? Błędne koło...

      Usuń
    2. Alez nikt tu nie mowi o rewolucji bo to bylaby glupota a podnoszone przez Pana argumenty sa jak najabardziej sluszne."Rebelianaci" mowia raczej o nowym paradygmacie/wzorcu kulturowym.Mowia o czyms co przemodelowalo by stosunki ekonomiczne,polityczne i wszystkie inne podobnie jak w swoim czasie dokonalo sie to podczas "chrystianizacji".Problem w tym ze o ile wiekszosc zgadza sie ze ow nowy paradygmat powinien jakos tam opierac sie o wartosci chrzescijanskie,byc zgodny z natura ludzka oraz przynajmniej po czesci "wyewoluowac" droga naturalnych procesow spolecnzych to niewiele wiecej o nim wiadomo-dlatego tez czesto "rebelianci" sa malo konkretni a nawet bywa ze niespojni w swych pogladach-proces konstrukcji nowego paradygmatu jest dopiero w toku.

      Piotr34

      Usuń
  2. Ja też zauważam u siebie podobną przekorę.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. W Oslo nawet ludzie skądinąd we własnych domach "postępowi" - nie byli w stanie zdzierżyć i przechodzili na ultrakonserwatyzm!

      Ale bo to był cały system. Zaczynając od zakwaterowania w akademiku - pilnie starano się łączyć współspaczy na przekór ich "naturalnym" podziałom, więc Palestyńczyków z Żydami (Muhammad się wykpił, bo miał cukrzycę - dostał "jedynkę"...), Pakistańczyków z Hindusami, itp. Nie pozabijaliśmy się wszyscy TYLKO DLATEGO, że "cofając się na pozycje ultrakonserwatywne" mogliśmy wspólnie odnaleźć gorszego wroga w postaci dręczących tak nas Norwegów. O świni w górskiej chacie już kiedyś opowiadałem. Na stołówce też był kocioł: wszyscy muzułmanie zapisali się jako "wegetarianie", bo opcji "halal" nie przewidziano - a z miąs, w miarę regularnie dostępne była właściwie tylko wieprzowina...

      Usuń
    2. No, na tę górską świnię to bym się nie oburzała. Wszak gospodarz nie uśmierci ani nie odda zwierzęcia, żeby sprawić przyjemność gościom.

      Usuń
    3. Nie jesteś muzułmanką...

      Usuń
    4. @Jacek Kobus: jesli patogen jest dawkowany w malych ilosciach, to dziala jak szczepionka ;)

      Usuń
    5. @ Jacek Kobus

      Ano - i cieszę się z tego.

      Usuń
  3. A ja tam widze pozytywy takiej III WS (sam Pan przeciez napisal, ze nie ma tekiego zlego, zeby przy okazji czegos dobrego nie wyprodukowalo):
    1. duze fajerwerki (minusem tego moze byc, ze moge je obserwowac w pierwszym rzedzie, co juz takie mile nie bedzie),
    2. jesli beda to atomowe fajerwerki, to na pewno problem globalnego ocieplenia zostanie zalatwiony na co najmniej kilka lat (i to globalnie),
    3. a przy okazji nam sie gestosc zaludnienia drastycznie zmaleje (potanieja dzialki, nie tylko te w poblizu lejow po bombach atomowych) a ludzie beda chetniej (przymus bedzie raczej natury zewnetrznej) wspolpracowali,
    4. znikna panstwa w obecnym ksztalcie (i pewnikiem wrocimy do spolecznosci plemiennych albo przynajmniej malych feudalnych ksiestw i krolestw),
    5. znikniecie wiekszosci ludnosci nastapi w ciagu pierwszej fazy wojny nuklearnej nastapi w miare szybko nie zadajac dlugotrwalych cierpien (czego nie mozna powiedziec o dlugoterminowych cierpieniach wywolanych chorobami popromiennymi lub zyciem w postapokaliptycznym swiecie),
    6. w bardzo dlugim okresie czasu nastapi odbudowa biosfery Ziemi.

    I choc tak wiele pozytywow mozna wymienic (obok oczywistych negatywow), to jednak wolalbym zdecydowanie mniej spektakularne zmiany... .

    OdpowiedzUsuń

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...