środa, 5 czerwca 2013

Tragiczny finał lotu nr PL-11-0384-12411

Lot zmierzał do któregoś z gołębników zarejestrowanych w oddziale Polskiego Związku Hodowców Gołębi Pocztowych "Łomża - miasto". Tyle dowiedziałem się ze strony tegoż Związku - sprawdzając kod zaszyty w numerze obrączki.

To już drugi taki przypadek, odkąd mieszkamy w Boskiej Woli. Tamten pierwszy też zresztą zmierzał w podobnym kierunku, bo do Stawisk.

Tyle, że tym razem - lot zakończył się tragicznie...


W ramach "gimnastyki międzylekcyjnej" uporawszy się z wylaniem wody z kałuży, która się nam zrobiła pod wiatą i wywiezieniem kilku gówienek narobionych tamże przez naszych milusińskich w czasie wczorajszej nawałnicy - wziąłem się najpierw za pielenie pomidorów, a gdy i to skończyłem: poszedłem sobie pozbierać grzyby.

Bo grzyby są. Niewiele na razie. W niedzielę znalazłem kilka pieczarek, z których część sami zjedliśmy z cytryną, a część rozdaliśmy. Wczoraj już starczyło koźlaków na sos do obiadu. Dziś - jeden koźlaczek i jedna mała pieczareczka (pieczarek to w ogóle jest - ale prawie bez wyjątku: robaczywe...).

No, ale zanim znalazłem cokolwiek - idę sobie, patrzę, a tu - truchło gołębia leży...

Wczoraj go tam jeszcze nie było. Ewidentnie musiała go owa wczorajsza nawałnica załatwić. Pioruny biły blisko  (nasz koćkodan domowy, choć jest najstarszym ze wszystkich mieszkających tu zwierząt, wciąż gromów panicznie się boi i w takich chwilach wczepia się kurczowo w moją klatkę piersiową wszystkimi pazurami, jak nie przymierzając koczkodan...). Wicher przyginał drzewa do ziemi. Deszcz kroplami jak przepiórcze jaja padał. Mogło i gołębiowi zaszkodzić...

Swoją drogą, jednym z powodów do dumy, jest dla nas ostatnio fakt, że łańcuch pokarmowy w okolicach naszej farmy uległ tej wiosny wydłużeniu. Przybył mianowicie nowy drapieżnik czołowy - para jakichś sporej wielkości jastrzębiowatych ptaków regularnie poluje tutaj, od czego piórka gołębie, to nawet i pod wiatą niedawno znalazłem.

Ale ten zaobrączkowany akurat był cały, bez żadnych śladów dzioba, kła czy pazura.

Próbowałem namówić Lepszą Połowę na rosół. Stanowczo jednak odmówiła w myśl starodawnego hasła "niedźwiedź Litwin miąs nieświeżych nie je". Po prawdzie - to nawet nie mamy noża dość ostrego, żeby sobie z oprawieniem jakiejkolwiek bądź dziczyzny poradzić.

Koćkodany też nie paliły się do zabawy, o konsumpcji nie wspominając. Koniec końców zatem, truchło wylądowało w dole kompostowym i już je zdążyłem wypieloną z grządek cebuli trawą przykryć. Szkoda. Ale co poradzę..?

Zabezpieczyłem tylko obrączki.

Tak zupełnie na marginesie, nie wiem czy Państwo zdajecie sobie sprawę - ale trudno o brutalniejszy "sport" niż... hodowla gołębi pocztowych!

Przekonaliśmy się o tym przy poprzednim wypadku - gdy gołąb był żywy, zdrowy, a tylko czegoś lecieć nie chciał. Jego właściciel nie tylko nie okazał cienia wdzięczności za to, że próbowałem się z nim skontaktować, ale wręcz - był wściekły z powodu nagłośnienia tej sprawy. Los gołębia kompletnie go, w każdym razie, nie wzruszył.

Z forum gołębiarzy dowiedziałem się wtedy, że dobry gołąb to ten, który jest w gołębniku. A jak nie trafił, nie doleciał - to i tak tylko na wspomniany już rosół się nadaje i nikt z nim pieścić się nie zamierza.

Biorąc pod uwagę powyższe - jak to się dzieje, że na koniarzach wieszają psy, choć przecież nikt po nieudanych zawodach karku swojemu wierzchowcowi nie skręca i na rożen go nie nadziewa - a gołębiarze to niemalże "święte krowy", o których złego słowa powiedzieć - strach..?

No cóż: Polski Związek Hodowców Gołębi Pocztowych to potęga. Całkiem polityczna zresztą - ze względu na masowe członkostwo (zwłaszcza w niektórych regionach kraju...) i duże zaangażowanie swoich członków.

A Polski Związek Hodowców Koni..? Śmiech na sali...

5 komentarzy:

  1. No co Ty. Kiedyś też znalazłam gołebia - a właściwie to on zrobił sobie przystanek na balkonie moich starszych. Odkarmiliśmy go, numerki przeczytali, Związek HG podał namiary na właściciela, właściciel bardzo gołebia chciał. Gołąb w pudle został zawieziony pociągiem do Poznania. W Poznaniu wypuszczony. Na drugi dzień wdzięczny właściciel zadzwonił, że jest, przyleciał. Może to był wyjątkowo sympatyczny Pan Gołębiarz?

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Najwidoczniej. Albo ja trafiłem poprzednim razem na wyjątkowo zimnego drania (i nie-mniej-zimnych jego kolegów, bo ich tam kilku było...).

      Usuń
  2. Akurat to zdjęcie, rozbitego samolotu jest z rozbicia kontrolowanego pierwszego samolotu, w celu zbadania co się dzieje z samolotem podczas katastrofy, z ludźmi (w tym przypadku manekinami) :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Zdjęcie jest z Googli.

      Polać keczupem dla poprawy efektu..?

      Usuń
  3. Chyba to jest różnie z tymi hodowcami ptaków. Znam kilku którzy za swoje ptaki życie by oddali i kilku takich, którzy jak ptaki nie spełnią wymogów, to kark skręcić i po kłopocie.. Podobno to drugie podejście takie praktyczne jest... Generalnie z każdą hodowla i sportem od razu lecą dylematy, bo granica dość płynna jest i zależy od wrażliwości oceniającego. Sporo dozy hipokryzji ma odżegnywanie od czci i wiary ludzi sprzedających na rzeź konie i zachwycanie się delikatna cielęciną ;)Zapewne w tym wypadku działa podobny mechanizm. Konie to są cudne zwierzęta, a kto by myślał o takim gołębiu. W dodatku pocztowym, który swoim wyglądem jakoś nie różni się dla przeciętnego Kowalskiego od "latających miejskich szczurów" ;)

    OdpowiedzUsuń

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...