sobota, 22 czerwca 2013

Szkwał

Zbyt późno wpadłem na pomysł, żeby zacząć to fotografować. Bo ta burza nadchodziła nad Boską Wolę i nadchodziła, i nadchodziła - wiało najpierw strasznie, aż drzewa przeginały się do ziemi, ale ani kropla nie spadła, a niebo było czyste. Idealne warunki - a ja nic! 

Potem wiać przestało (stado przezornie przemieściło się w pobliże wiaty...) - nawet zdążyłem ponaprawiać pierwsze szkody, tzn. - połatałem szklarnię - za to na horyzoncie powoli rosła ciemna chmura. Chmura rosła, rosła i rosła - aż zaczęły błyskać pioruny i to było bardzo piękne! Można było chmurę cykać i konie na tle chmury, a może nawet - udałoby się konie na tle pioruna..? No idealne warunki po prostu - a ja nic!

Jak w końcu wylazłem z aparatem, to było już za późno. Chmura była za blisko i zrobiło się zbyt ciemno:


Zrobiłem nawet ze dwa zdjęcia stadu, które było akurat bardzo piękne, bo zajęło pozycje obronne, ze źrebiętami w środku, matkami tworzącymi "obronny tabor" i Knedlikiem wpatrującym się w pioruny - tyle tylko, że zdjęcia wyszły nieostre: aparat automatycznie wydłużył czas ekspozycji, a konie przecież - nie stały jak posągi...

Zaraz potem znowu zaczęło wiać i musiałem się schować do chatki. Przez okno jeszcze cyknąłem ze dwa razy:



Ale to był już koniec. Uderzył szkwał. Te drzewa, widoczne powyżej, położyły się niemal na ziemi, jak trawa - deszcz, czego nigdy wcześniej nie widziałem, lał wielkimi, grubymi, srebrnymi strugami - POZIOMO. Szybę w oknie, choć było po zawietrznej, błyskawicznie pokryły krople i już niczego nie dało się fotografować...

Trwało to kilkanaście minut. Prąd wyłączyli nam na dobre pół godziny przed uderzeniem szkwału (dwa lata temu po sąsiedzku przeszła trąba powietrzna - tak jest, ta od "paprykarza" i "jak żyć, panie premierze, jak żyć..?" - i teraz chyba działa już jakaś stacja ostrzegawcza meteo w pobliżu obsługującej nas rozdzielni...).

Kiedy już się wicher wyduł - zmieniając zresztą kilkukrotnie kierunek, lubo głównie wiało z północnego zachodu - spadła całkiem zwyczajna, tylko bardzo obfita ulewa.

Po godzinie mogliśmy się już brać za naprawianie najpilniejszych szkód. Wspólnymi siłami wylaliśmy większość wody spod wiaty. Połatałem - w miarę możliwości, bo zszywacz tapicerski, którego w tym celu używam, po prostu nie chciał działać (sądzę, że tylko dlatego, że był całkiem mokry - jak wszystko...), szklarnię. Lepsza Połowa podparła nowymi kijkami pomidory - nic im się, koniec końców, chyba nie stało.

Prąd po raz pierwszy próbowano nam załączyć około wpół do ósmej - bez powodzenia. Udało się to dopiero godzinę później. Widać jednak - linia, mimo prewencyjnego odłączenia, była uszkodzona...

Przed chwilą sporządziłem inwentarz szkód. Trochę jest ich w ogródku:


Jeden bób wyrwało z korzeniami, ale reszta - powinna się podnieść.


Niektóre słoneczniki, obawiam się, już zostaną krzywe.


Drut, na którym opierają się podpórki chmielu, naciągnąłem ile mogłem już wczoraj - pewnie można by to jeszcze bardziej przywrócić do pionu, ale mnie już brak pary w łapie. W sumie, to dziwię się, że to się nie przerwóciło - przecież ten chmielowy gąszcz działał jak żagiel..!


Niektóre, najbardziej wybujałe kukurydzki - nie podniosły się przez noc.


Goździki Lepszej Połowy w większości leżą. Może się jeszcze podniosą..?


Szklarnia czeka na sprawny zszywacz.

To wszystko furda - ciekawostka raczej. Mamy jednak jedną szkodę naprawdę poważną (choć do opanowania - w pewnym zakresie):



Część tej zerwanej papy przywiało aż pod chatkę.

Mam nadzieję, że do naszego powrotu z targu dach wyschnie - i zabiorę się za naprawę.

Tak naprawdę, zgodnie z regułami sztuki, to powinienem wymieniać większość papy na całym dachu: zerwało W POPRZEK, przez kilka (nie wiem dokładnie ile, nie odważyłem się tam wchodzić na razie...) rolek papy. Tego na pewno nie zrobię - byłoby to zbyt kosztowne jak na nasze możliwości.

Spróbuję sporządzić łatę. Mam nadzieję, że do tego celu - starczy nam materiału, bo trochę papy jeszcze w zapasie mamy.

Oczywiście, że taka łata nie gwarantuje pełnej szczelności dachu. Bez przesady jednak - chyba nikt nie planuje z tego strzelać..? A dach przeciekał już i tak od zimy - i robienie jakichś łat (tyle, że sporo mniejszych...) - i tak planowałem.

No to się doplanowałem...

Koniom oczywiście - nic. W sensie: nic złego. Zmokły tylko trochę.

1 komentarz:

  1. Oj tak źle nie jest, w tamtym roku miałam tutaj taką burzę że zerwało cześć dachu ze stodoły a w ogrodzie wszystko leżało plackiem. Mimo tego tyczkami podrzynałam gdzie się dało i podniosły się :) Pozdrawiam

    OdpowiedzUsuń

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...