poniedziałek, 17 czerwca 2013

Pracowita niedziela, szewski poniedziałek i terror Wielkiego Psa

i wszystko jasne, nieprawdaż..?

Pracowita niedziela: 
  • PRAWIE wypieliłem "pieprznik" w ogródku,
  • rozlaliśmy z Lepszą Połową (no dobra - Lepsza Połowa rozlała...) kolejne wino (opowiem o nim osobno we właściwym czasie...),
  • przyjęliśmy Miłych Gości (a ponieważ goście prawie nie pili, to ja wypiłem większość wina...),
  • pomogłem M. pozwozić jego siano (jak to zwykle bywa, prasa zepsuła się w połowie pracy, więc sporo jeszcze tego zostało...),
  • złapałem gumę w przyczepie (koło już u wulkanizatora, pewnie nawet zrobione, czeka aż będzie okazja pojechać znowu do Warki...),
  • M. poczęstował mnie przy rozładunku siana bardzo zimnym piwem i odrobiną wódeczki, ot tak tylko dla smaczku przy robocie...
  • a jak wróciłem do domu - to jeszcze jedno piwko i...
Mam "szewski poniedziałek". Niby tego wiele nie było, ale widać taka mieszanka jest toksyczna. Bo dziś nie mogę NIC. NIC. ZERO. NUL. Uważajcie za objaw heroizmu fakt, że chociaż w punktach zdołałem Wam o tym napisać...

A "terror Wielkiego Psa"..?

To, niestety, ciut dłuższa historia. Mili Goście przyjechali z psami. Dwoma. Jeden, w miarę grzeczny, dość trzymał się swoich państwa - drugi zniknął. Znalazła go dopiero Lepsza Połowa (w czasie, gdy ja jeszcze woziłem siano), szukając kota.

Tak jest, dobrze Państwo pamiętacie - to są te psy, które już poprzednio zagoniły Sylwestrę na drzewo (dwukrotnie...) i dały mi okazję do spełniania Bohaterskich Czynów, tj. ściągania koćkodana z gałęzi.


Koćkodana wieczorem Lepsza Połowa nie znalazła - ale pies (a właściwie suka) się znalazał. Więc Mili Goście spod Warszawy zawrócili, żeby swoją podpieczną odebrać (a już mieli nadzieję, że tym razem zgubiła się ostatecznie...). Szczęśliwi, jak się zapewne domyślacie - nie byli!

Zanim znalazłem, koniec końców, zagubionego koćkodana - też miałem nadzieję, że zaczniemy wreszcie oszczędzać na kociej karmie i lekach na alergię - a to dlatego, że tak naprawdę, rzeczony koćkodan zaginął KILKA GODZIN PRZED przyjazdem Miłych Gości.

Niby nic takiego - ale koćkodan młody nie jest, wciąż mamy nadzieję, że może jednak wreszcie zacznie się starzeć - i już od bardzo dawna nie opuszczał chatki na dłużej niż paręnaście minut. No - góra pół godziny. Potem bleczał, drapał po drzwiach, dobijał się do okna - ale chciał wracać.

A tu tak - zniknąć na kilka godzin..?

Chore zwierzęta izolują się od grupy! Tak było z Glusiem, tak było z Dalią - a i koćkodan we własnej, futrzastej osobie, gdy czuł się gorzej - nie tulił się, tylko krył się po kątach (a ostatnio właśnie coś podejrzanie często w różnych kątach przesiaduje - nawet, gdy jest w chatce...).

Ale - nic z tych rzeczy.

Koćkodan po prostu wyczuł pismo nosem i dokonał strategicznego odwrotu na z góry upatrzone pozycje.

Rano znalazłem ją dość nisko (bez drabiny się obyło), na karłowatej sosence w Lasku Centralnym, naprzeciw wiaty dla koni (akurat szedłem z taczką pozbierać nawóz pozostawiony przez czterokopytne - niby "szewski poniedziałek", niby "nic nie mogę" - a swoje zrobić trza...).

Niestety - "terror Wielkiego Psa" trwa nadal!

Ponieważ wyglądało na to, że koćkodan spędził na tej sosence pół doby - po nakarmieniu i napojeniu, poradziłem Lepszej Połowie wyrzucić ją za drzwi chatki. Co by oddała się tym niezbędnym fizjologicznie czynnościom, których wykonywanie na drzewie nie należy do rzeczy łatwych.

Co zrobił koćkodan? Koćkodan z napuszonym ogonem dał dyla w gęstwinę porastających "przesiekę" na przyszły (teoretyczny...) plac budowy stajni jeżyn. Od tej pory, a dziesiąta godzina mija - nikt jej na oczy nie widział. Na żadne "kici - kici" - też nie reaguje. Ciekawym bardzo - kiedy wróci..?

Jutro ma padać...

P.S.

Happy end. Zdążyłem właśnie wcisnąć przycisk "Opublikuj", gdy Lepsza Połowa zawołała: "koćkodan! Widzę koćkodana..!"

Jakoż istotnie, nasz "alergen domowy" - powrócił. Głodny, zmechacony i pełen świeżych pomysłów na wyrafinowany rewanż...

3 komentarze:

  1. Ktoś się ze mnie śmiał, że miałam "szewską sobotę"... Ktoś miał mnóstwo brylantowych myśli typu "klinem to"... To może ja się zapytam: "Klinika?"

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. No widzisz, jaki ten świat, mimo wszystko, sprawiedliwy..?

      A przecież - to się nie powinno było stać..! Ja w końcu regularnie ćwiczę!

      Usuń
    2. W całym swoim życiu spotkałam jednego tylko "mistrza ceremonii"... Pije a się nie upija... Nie ma kaca, na drugi dzień od rana elegancki i zadowolony... Mój dziadek. Wiek sędziwy nie umniejsza jego możliwości...

      Usuń

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...