środa, 12 czerwca 2013

No future

Zacni ludzie piszą: „człowiek powinien być wolny“. „Człowiek powinien używać rozumu“. Tymczasem zdecydowana większość ludzi ani nie pragnie być wolna, ani – rozumu nie używa i używać nie zamierza.

I cóż na to poradzić? Przekonywać metodą racjonalnej argumentacji..? Ależ to śmieszne: wiele było w dziejach ideologii, które porywały tłumy. Jednak ŻADNA z nich – nie opierała się na wytycznych: „bądź rozumny“ i „ bądź wolny“.

Cokolwiek by nie mówić o różnych Grekach – pedofilach niedbale owiniętych w jakieś prześcieradła – filozofie, które stworzyli (wielce różne zresztą – i zaciekle ze sobą wojujące), były adresowane do wąskiej elity – przez wąską elitę praktykowane i „wyznawane“ (nie istnieje praktyczna możliwość rozdzielenia, co jest „religią“, a co „filozofią“ w świecie hellenistycznym i rzymskim…): tłumy rzemieślników, kolonów czy niewolników – żyły sobie własnym życiem, nic nie mającym wspólnego czy to z rozumem, czy z wolnością.

Zaraz oczywiście usłyszę (a raczej – przeczytam), że przecież „chrześcijaństwo nawołuje i do wolności i do pełnego człowieczeństwa – czyli do używania rozumu“. Oraz, że to „wolność“ i „rozum“ są podstawą „cywilizacji łacińskiej“ (Konecznego nikt nie czyta, inaczej dawno by odkryto, co pisałem – że jest rozpaczliwie nieaktualny… – że jednak te terminy mile łechcą naszą próżność – jakimś sposobem uległy internalizacji, osobliwie po prawej stronie naszej sceny politycznej…).

Państwo w to naprawdę wierzycie..?

W sensie w to, że MOTYWEM konwersji na chrześciajństwo było „dążenie do wolności“, czy też „dążenie do używania rozumu“..? O ile mi wiadomo, naszych przodków nikt w ogóle o zdanie nie pytał – przyszedł rozkaz: „do chrztu – w dwuszeregu – zbiórka!“ – i drużyna Mieszka posłusznie polała się wodą.

Co prawda – jest obraz, akapit wyżej przedstawiony, nieco w swym zimnym racjonalizmie demoniczny – i zgadzam się z Panią Peregrinową Tukową, iż tak to nie mogło w rzeczy samej wyglądać. Cóż, kiedy ani Mieszko, ani nikt z jego dworu, intymnego pamiętnika duchowego nie prowadził, a przynajmniej – o tym, aby takowy do naszych czasów przetrwał, nic nam nie wiadomo. Pozostaje zatem interpretacja racjonalistyczno – polityczna, jako jedyna, dla której istnieją jakieś namacalne podstawy źródłowe…

Kościół przez wieki kultywował realistyczną wizję człowieczeństwa – bardzo słusznie (jak tego dowiodła praktyka!) nie dowierzając rozsądkowi i umysłowej dyscyplinie zwykłych wiernych. Stąd też – aż do czasów bardzo niedawnych nie tak łatwo było np. zakupić w katolickim kraju Biblię. Wydanie drukiem Pisma świętego wymagało zgody co najmniej miejscowego biskupa – a i nakłady nie były zbyt wielkie.

Zwykli wierni, laikat, mieli kontentować się przede wszystkim nauczaniem ustnym – i „Biblią pauperum“, czyli przedstawieniami sztuk plastycznych. Bardzo to było rozsądne o tyle, że widzimy przecież jawnie, do czego przyjęcie przeciwnej strategii doprowadziło protestantów – na manowce doprowadziło, boż nie ma dnia, żeby tam jakaś nowa sekta nie powstała – a trudno takie rozmnożenie bytów brać za sukces w poszukiwaniu Prawdy (pamiętając, że na ogół niewiele jest religii skłonnych podążać za relatywistyczną zasadą, iż „każdy może mieć po trochu rację“…).



Reasumując – chrześcijaństwo jest niewiele mniej elitarne od pogańskiej filozofii. O ile tamta życiem zwykłych ludzi nie interesowała się wcale, to chrześcijaństwo owszem – interesuje się – ale jasno uznając, że powinni oni podążać za nauczaniem Kościoła, a nie – dyktować jego treść.

Chyba, że coś się od wczoraj zmieniło w Katechiźmie..?

To jest już oczywiście raczej „ciekawostka etnograficzna“ – bo wszak mamy obecnie nie „kulturę chrześcijańską“, tylko „kulturę post-modernistyczną“ – ze wszystkimi tego konsekwencjami!

Konsekwencje te są takie, że o ile Kościół przynajmniej jawnie i z uzasadnieniem ograniczał swoim wiernym ową „dążenie do wolności“, czy też „dążenie do używania rozumu“ – o tyle patriarchowie i prorocy „nowej kultury“ usta mają pełne frazesów o „nieograniczonej wolności“ – a w rzeczy samej: nic ich tak nie potrafi wpienić, jak ślad najmniejszej bodaj niezgody w rzeczach, które uważają za ważne dla siebie.

Jak ktoś nie wie o czym piszę, to trudno – polecam krytyczną lekturę wiadomej gazety (może być w internetowym wydaniu) – a wszystko stanie się chyba jasne..?

Dzieje umysłowe ludzkości da się przedstawić jako (niemal!) monotoniczną krzywą opadającą od „stanu wymagającego najwięcej energii i dyscyliny umysłowej“, do „stanu nie wymagającego żadnej energii i dyscypliny umysłowej“. Profesor Bobola na pewno zgrabniej by to ujął w kategoriach fizykalnych, jako ciągły wzrost entropii, a spadek zorganizowania.

Nasza opinia o paleolitycznych łowcach – zbieraczach może być nieco zafałszowana przez fakt, że do czasów nam w miarę bliskich dotrwali wyłącznie na obszarach, gdzie o żywność jest bardzo trudno (Australia, pustynia Namib, różne dżungle) – wyparci z lepszych habitatów przez dużo liczniejszych rolników. W efekcie są owi „historyczni“ (tj. dostępni nam do zbadania in situ) łowcy – zbieracze ludźmi dość zapracowanymi. I tak jednak – pracują realnie, tj. zdobywają żywność, na ogół przez nie więcej niż kilkanaście godzin tygodniowo.



Co robią przez resztę czasu? Resztę pozostałego czasu zajmuje im głównie kultywowanie Rytuału. W takich społecznościach WSZYSTKO jest rytualne! Rytuałem jest czynność polowania (jakżesz mogłoby być inaczej..?) – czynności konstruowania i używania tych skromnych sprzętów i narzędzi jakie są im potrzebne – czynność prokreacji (niezależnie od tego, czy znają, czy nie znają związek między współżyciem a posiadaniem potomstwa…) – i wszystkie w ogóle czynności, jakie tylko człowiek może wykonywać.

Przyznacie chyba, że trudno o większe zaangażowanie energii umysłowej i większą dyscyplinę – niż kiedy każdy krok, gest, myśl nawet – są czynnościami sakralnymi, wymagającymi uwagi, aby przypadkiem nie złamać uświęconych zasad, sprowadzając na siebie tym samym rytualną nieczystość..?

Rolnicy mają już „łatwiej“ – bo wraz z wynalezieniem kalendarza, życie człowieka dzieli się na „czas święty“ (wymagający owej uwagi, dyscypliny, napięca) i „czas zwykły“ (gdzie można robić sobie, jak kto chce, byle tylko – w kontakt ze świętością nie wchodzić).



Wielkość Sokratesa nie na tym polega, że jakąkolwiek istniejącą po dziś cywilizację ufundował (to jest rzecz wymagająca dopiero dowodu…) – tylko na tym, że jako pierwszy znany nam z imienia człowiek ZAPYTAŁ o prawomocność rytuału (a konkretnie – o sens i prawomocność panującego w jego czasach Obyczaju…) – poddał Rytuał osądowi rozumu, domagając się dlań uzasadnienia.

Współcześnie mamy, generalnie TYLKO „czas nie-święty“. Owszem, kto chce (i może! Bo nie jest to takie oczywiste…), może (tj.: „wolno mu“) dzień święty święcić. Już jednak przez sam fakt dobrowolności – ogromna część owego wcześniej niezbędnego napięcia, mobilizacji, czujności, dyscypliny – upada i ginie bezpowrotnie.

Piewcy „oświecenia“, idąc za Kantem, widzą w opisanym powyżej ciągu przemian nie co innego, jak właśnie „triumf wolności“, a nawet „triumf Rozumu“ (koniecznie pisanego przez wielkie „R“!).

Jak Państwo widzicie, ja się z nimi nie zgadzam – jeśli jest to triumf, to triumf entropii, przejście od stanu wysokiej organizacji, do stanu chaosu cieplnego. Życie w zgodzie z Rytuałem – stawia człowiekowi wymagania, zaprawia go, hartuje. Życie „wolne“, w którym odgrywa się dobrowolnie te tylko rytuały, które samemu się na siebie swobodną decyzją nałoży (i tylko tak długo, póki trwa wola ich odgrywania) – to w rzeczy samej takie cuchnące, stęchłe bagienko „śmierci cieplnej“.

Choćby dlatego, że DOBROWOLNIE nałożyć sobie jakieś pęta, jakieś obowiązki, jakieś ograniczenia – skłonna jest niewielka część ludzkości. Co przecież widać co niedziela – starczy porównać frekwencję w kościołach i frekwencję w centrach handlowych.

Owa rzekomo nam obecnie dostępna „wolność“, w praktyce wygląda mało pięknie: jest to swawola leżenia brzuchem do góry przed ekranem telewizora. Swawola, z której jakiekolwiek szanse wydobycia się i zrobienia czegokolwiek w świecie realnym – ma nikła mniejszość ludzkości.



Proponowaniem ludziom „większej wolności“, a jeszcze do tego namawianie ich, by „używali rozumu“ – mam za dążenie aporetyczne. Nie ma innej „wolności“, niż swawola leżenia brzuchem do góry przed ekranem telewizora. To znaczy – nie ma innej „wolności“ dostępnej szerokim rzeszom ludzi. Co do „używania rozumu“ zaś – lepiej o tym zamilczeć.

Oczywiście, moi zacni, libertariańscy interlokutorzy głęboko się ze mną nie zgadzają. Ich zdaniem, ludzie są „w rzeczy samej“ i zacni (tak, jak oni sami – ja jestem na przykład leniwy i rozlazły i stąd pewnie – szerokie rzesze po samym sobie sądzę… J) i rozumni i cnotliwi – a tylko obmierzłe instytucje, w rodzaju „państwa“, „mediów“, „opieki społecznej“ – robią z nich taką bezkształtną mierzwę bez śladu moralnego krągosłupa.

Na to, jacy są ludzie „w rzeczy samej“ – nie ma jednak żadnych dowodów. Natomiast co wynika z obalenia Rytuału – przecież widzimy na własne oczy. Kiedy aksjomat spiera się z empirią – ten, kto rzecze „tym gorzej dla empirii“ – traci szacunek w moich oczach.

Jeśli „większa wolność“ przynosiła w dziejach ogólne korzyści – a przecież przynosiła, temu nie sposób zaprzeczyć i ja nie mam takiego zamiaru – to działo się to za sprawą dwóch motywacji.

Nieliczna, twórcza mniejszość ludzkości – korzystała na wolności, bo nie pętały jej narzucone odgórnie ograniczenia.

Jednak, ogromnie liczniejsza, leniwa i rozlazła większość ludzkości – jeśli pracowała ciężej i wydajniej, to nie dlatego, że jej było wolno – tylko dlatego, że nie miała innego wyjścia: nikt bowiem nie obiecywał, że w razie porażki – będzie dalej micha i dach nad głową

Ogromnie liczniejsza, leniwa i rozlazła większość ludzkości (choć w praktyce to ona jest głównym beneficjentem materialnego postępu, który zawdzięczamy wolności) – nie ma najmniejszego interesu w tym, aby domagać się „większej wolności“. Przekonywanie jej do tego przy pomocy rozumowych argumentów to pomysł od początku do końca – śmieszny. W najlepszym razie!

Otrzymawszy raz na zawsze dyspensę od wszelkich rytuałów – ludzie w większości pragną wypić, zakąsić, czasem pochędożyć i zabawić się. Dlaczego mieliby domagać się czegokolwiek innego – póki to im wolno..?

Aporetyczność domagania się „większej wolności“ i „używania rozumu“ polega na tym, że większość ludzkości można do wolności i do używania rozumu co najwyżej przymusić. Jak to zrobić, wolności i rozumowi nie zaprzeczając zarazem..?

Przy pomocy „ideologii“, jak chce sympatyczny kolega z „Nowego Ekranu“?

No tak – ale co zrobić, jeśli wśród „ludu“ zacznie się szerzyć ideologia wroga wolności – a lud chętnie da jej posłuch..? Wolno będzie w „świecie liberatariańskim“ głosić ideologię inną niż libertariańska – czy nie? Jeśli będzie wolno – to cóż ma zagwarantować, że świat ów pozostanie libertariański..?

Rozum ludzki..? Dziękuję, nie mam więcej pytań…


Jeśli jestem „pesymistą integralnym“, to dlatego właśnie, że dostrzegam w dziejach WOLNOŚĆ. Taką mianowicie, że bynajmniej – nie ma żadnej „dziejowej konieczności“, „dziejowego postępu“.

Nie ma też wcale żadnej „dziejowej konieczności“, wedle której obmierzły nam wszystkim, jak to czytamy, system „liberalnej demokracji“ koniecznie MUSI zbankrutować. W szczególności zaś: nic, ale to kompletnie nic nie przesądza o tym, że takie lub inne kłopoty niemiłościwie nam panującego gosudarstwa, KONIECZNIE muszą się skończyć „deregulacją“, „rozpadem Jewrosojuza“, „przywróceniem wolności“.

Owszem – to jest MOŻLIWE. Nie jest jednak, w żadnym razie KONIECZNE. Gdyż – o czym dziesiątki wpisów już popełniłem – rządząca „nowa klasa“ ma wybór.

„Nowa klasa“ może pogodzić się z demontażem gosudarstwa, któremu służy i własną zagładą – wtedy będziemy mieli (być może…) i wolność i rozpad Jewrosojuza i deregulację i może nawet – ustrój naturalny, czyli monarchię. Czy co tam ktokolwiek za „ustrój naturalny“ uważa.

Jednak „nowa klasa“ wcale nie musi się z takim obrotem spraw – niezby przecież dla niej przyjemnym – godzić! Ma co najmniej dwie drogi wyjścia z ewentualnej sytuacji kryzysowej, w którą może ją wpędzić połączenie „kryzysu zadłużenia“, „braku zasobów naturalnych“ i „spętania ludzkiej innowacyjności“.

O jednym i o drugim wyjściu – wiele razy pisałem. Co mi szkodzi powtórzyć?

„Nowa klasa“ może się pogodzić z obniżeniem BEZWZGLĘDNYM swojego standardu życia – zachowując WZGLĘDNĄ pozycję w stosunku do „ludu“. To jest rozwiązanie, które wybrała komunistyczna nomenklatura w Korei Północnej. Bardzo nieprzyjmne, zwłaszcza dla „ludu“, czyli dla nas, jak to czytamy! Skądinąd jednak – wiele wskazuje na to, że taki właśnie jest pomysł „na topie“ w Brukseli…

„Nowa klasa“ może też – tak, jak wcześniej uwłaszczyła się na majątku produkcyjnym gosudarstwa – uwłaszczyć się na poszczególnych kompetencjach zarządczych niemiłościwie nam panującego gosudarstwa. Powtarzając – nieświadomie – manewr, który wykonali pomiędzy połową IX a połową X wieku baranowie, hrabiowie i książęta Francji (do połowy IX wieku były to funkcje urzędnicze, na które mianował i z których mógł odwołać władca – w ciągu stulecia stały się dziedzicznymi tytułami, dającymi prawo sprawowania „władzy publicznej“ na określonym terytorium).

Jedno zresztą nie przeczy drugiemu – biedniejąc w skali bezwzględnej, będzie się biurokracja zamykać, otorbiać i dążyć do utrwalenia – może nawet dziedzicznego, co przecież w wielu zawodach widzimy – swojej kontroli nad określonymi „domenami“, na które dzieli się „władza publiczna“.

Może się to skończyć jednym z dwóch „stanów stacjonarnych“: Tyranią Doskonałą w rodzaju tej, jaką sprawował Qin Shihuangdi, Stalin, Mao, Pol Pot czy kolejni Kimowie – albo rodzajem „neofeudalizmu“, lokującym się gdzieś pomiędzy modelem znanym z „breżniewowskich czasów zastoju“, a feudalizmem „klasycznym“, czyli właśnie – francuskim.

Jeśli piszę o tym, co się stać MOŻE – to wcale nie znaczy, że sobie tego życzę. Owszem – zdecydowanie wolałbym nawet libertariańską utopię (lubo nie wierzę, że może to być „stan stacjonarny“ ludzkich atomów…)  od czegokolwiek o czym mowa powyżej. Cóż jednak z moich zachceń wnika, jeśli Tyrania Doskonała wydaje się o kilka rzędów wielkości bardziej prawdopodobnym stanem spraw w Polsce za lat 20 czy 30 – niż jakakolwiek „większa wolność“..?

6 komentarzy:

  1. Swietne zobrazowanie dzisiejszych swawolnikow (a tosmy sobie poswawolili ;) .

    Wydaje mi sie, ze gdzies w nas gleboko nadal tkwi chec powrotu do rytualow i magii w zyciu codziennym - dzis rytualnymi sa pojecia, ktore w wiekszosci pochodza z laciny. wszystkie k..., h... (a nawet ch...) albo i spolszczone zwroty sk... . Moze ludzie podswiadomie kojarza lacine z jezykiem magii?!? Choc to troche pachnie mi Harrym Poterem ;)

    "Vingarium leviosa!!" - powiedziala na to moja zenska latorosl.

    A moze lepiej "sursum corda!"...?!?

    OdpowiedzUsuń
  2. Sam Pan przyznaje ze zarowno Tyrania Doskonala jak i neofeudalizm to tylko stany wysoce prawdopodobne a nie stany konieczne.Sam Pan takze przyznaje iz wolalby Pan cos innego(chocby libertarinska utopie).To gdzie jest problem?-PODDAJE sie Pan?Tak bez NICZEGO?Ja rozumiem ze mozna byc pesymista a szanse na sukces sa minimalne ale na Boga nawet pesymizm ma swoje granice.Lubie panskie felietony ale nie moge ich brac zbyt powaznie bo sieje Pan "defetyzm"(to NIE oskarzenie a tylko czysto kolezenskie stwierdzenie faktu).Milo podyskutowac a nawet bazujac na panskich przemysleniach uwazam iz "ruchy wolnosciowe" powinny nieco zmodyfikowac swoje "strategie"(wiec pozwolilem sobie polecic Pana tu i owdzie i nadal bede to robil)ale zgodzic sie z Panem OSTATECZNIE nie moge gdyz byloby to poddanie sie losowi przed zakonczeniem gry-a gra sie do ostatniego gwizdka.

    Piotr34

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ale co Pan konkretnie proponuje..?

      Iść na wybory? O tym już kilka razy pisałem - pomijając już, że to upokarzające, to strategia taka wydaje się mocno wątpliwa. Choćby w świetle tego, że albo się wyborców bezczelnie okłamie co do swoich istotnych zamiarów (na realizację jakkolwiek atrakcyjnie opakowanego "programu wolnościowego" nie zgodzi się więcej niż 10, w porywach do 15% głosujących - to jest maksimum optymizmu na jaki mogę się zdobyć...) - tyle, że wtedy będą się "przylepiać" do idącej po władzę partii ludzie, którzy wierzą w jej kłamstwa, a nie w ukryty prawdziwy program - albo mówi się wyborcom prawdę - ale wtedy wyborów wygrać nie sposób.

      Choćby nawet, zamiast jąkającego się JKM, same Miss Universum z ostatnich kilku lat i to bez wyjątku topless w telewizji przemawiały!

      "Patriotycznie nastawiony generał" istnieje tylko w bujnej wyobraźni wspomnianego już JKM. W świecie realnym takich bytów nie ma.

      Jest jakaś inna opcja..?

      Usuń
  3. "nie istnieje praktyczna możliwość rozdzielenia, co jest „religią“, a co „filozofią“ w świecie hellenistycznym i rzymskim…"

    Może nie istnieje z dzisiejszego punktu widzenia, ale dla ówczesnych (poza Pitagorejczykami) istniała niewątpliwie. Religia - to był rytuał właśnie, na ogół kompletnie niezrozumiały, bo był albo obcy, albo, jeśli rodzimy, niewyobrażalnie archaiczny, zachowany z czasów indoeuropejskiej Owcy, która Patrzyła na Konie. Wyrażał pewną wizję funkcjonowania świata, ale ludzie go odprawiający już o tym nie wiedzieli, więc chcąc świat pojąć, mogli sięgać tylko do szkół filozoficznych.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Brak mozliwosci takiego rozdzialu filozofii od religii mozemy obserwowac chocby na przykladzie buddyzmu i konfucjanizmu... .

      Usuń

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...