wtorek, 25 czerwca 2013

Nasi najbliżsi bracia, Niemcy…

Pół dnia się zastanawiałem, co by tu napisać kontrowersyjnego, co wzbudzi burzę krytyki. Wypieliłem kilka grządek w ogródku, przelonżowałem wszystkie 7 koni (źrebiąt nie wyłączając…) – i wciąż nic.

Na szczęście – zajrzałem do komentarzy pod ostatnim wpisem pani KOSSOBOR na „Nowym Ekranie“ – o Krzyżakach. Sprawa stała się jasna: nie ma lepszego pomysłu – trzeba wetknąć Wam, Drodzy Czytelnicy, palec w oko i wykpić Wasze NICZYM NIEUZASADNIONE antyniemieckie fobie…

Żeby nie było: akurat tak się przypadkiem składa, że nie przyjaźnię się z ani jednym Niemcem (natomiast mam przyjaciół Moskali i bardzo sobie ich przyjaźń cenię…), a krótkie i przelotne wizyty, które zdarzało mi się składać u naszych zachodnich sąsiadów pozostawiły we mnie jak najgorsze wrażenia (kiedyś może zrecyklinguję opowieść o stadninie w Neustadt am Dosse, gdzie byłem w ramach „podyplomu“ i gdzie BARDZO mi się nie podobało…) – znowu: w przeciwieństwie do wizyt w Rosji, w którym to kraju jestem wprost zakochany.[1] Żeby tylko Dyabli wzięli rosyjską drogówkę, a zaraz bym tam emigrował…

Jednak – jak to już wczoraj cytowałem – „tylko prawda jest ciekawa“.

Prawda jest taka, że tzw. „tysiącletni Drang nach Osten“, „odwieczne dybanie złowrogich Germańców na słowiańskie ziemie“ i temu podobne „cliché" PRL-owskiej propagandy, to pomysł tak żenująco młody i niedawny, że zaiste – do głębokiego namysłu nad słabością ludzkiej natury i zawodnością ludzkiej pamięci prowokuje, gdy się historii tego mitu przyjrzeć…

Pierwszy RZECZYWISTY konflikt pomiędzy Polakami występującymi jako „Polacy“ właśnie (a nie jako poddani takiego lub innego króla, ceniący sobie ponad wszystko osobistą wolność obywatele szlacheckiej Rzeczypospolitej, którym nie w smak habsburgski absolutyzm, itp.), a Niemcami, występującymi jako „Niemcy“ (a nie poddani Cesarza RZYMSKIEGO, lub któregoś z licznych, ale przecież NIGDY nie reprezentujących „Niemiec jako całości“ państw Rzeszy) miał miejsce w Roku Pańskim 1848.

W trakcie obrad rewolucyjnego Zgromadzenia Narodowego we Frankfurcie nad Menem stanęła sprawa uregulowania kwestii „Wielkiego Księstwa Poznańskiego“, utworzonego na mocy postanowień Kongresu Wiedeńskiego. Początkowo Izba niemal jednogłośnie przychylała się do tego, aby owemu „Wielkiemu Księstwu“ nadać szeroką autonomię (aż do tworzenia własnej siły zbrojnej włącznie) – a po zwycięstwie w rychle spodziewanej wojnie z Rosją – odstąpić je odrodzonej Polsce.

Im dłużej jednak i im szczegółowiej problem roztrząsano, tym więcej pojawiało się zastrzeżeń. Koniec końców, liberalno – demokratyczna większość Zgromadzenia przegłosowało ograniczenie owej autonomii do Gniezna z przysiółkami (Poznań jako ważna twierdza nie mógł być przecież oddany „niezorganizowanym, niecywilizowanym Polakom“…) – z zakresem rzeczowym tej autonomii tak małym, że de facto więcej praw dawały wcześniej Polakom reakcyjne i kontrrewolucyjne Prusy…

Musiało się to oczywiście skończyć rozlewem krwi – na szczęście dla niemieckich liberałów i demokratów, rolę kata pacyfikującego insurekcję pod wodzą niejakiego Ludwika Mierosławskiego (mamy zaiste szczęście, żeśmy byli za życia tego pana pod zaborami – gdyby istniała wówczas niepodległa, a nie daj Panie Boże mocarstwowa Polska, a Ludwiczek miał taki pociąg do wojowania jaki miał – i gdyby zrobił karierę w wojsku – to by nam dopiero Cecorę z Batohem i Maciejowicami pospołu sprokurował – tak wielka była skala zadufania i wojskowego anty-talentu tego szczególnego „geniusza“..! Niewielu wodzów w historii powszechnej mogło się taką głupotą poszczycić…) wzięły na siebie owe „reakcyjne i kontrrewolucyjne“ Prusy, które też zresztą całe owo frankfurckie „Zgromadzenie“ na cztery wiatry rozgoniły…

Prusy zresztą, kilka lat potem, nadały sobie wcale liberalną konstytucję – i przez kolejne 20 lat to Poznań był ośrodkiem polskiego ruchu wydawniczego (liberalizmowi pruskiej konstytucji zawdzięczamy m.in. Maryana hrabiego Hutten – Czapskiego „Historyę powszechną konia“, wydaną właśnie w Poznaniu, w roku 1873 – pierwsze i przez następne niemal 100 lat najważniejsze dzieło nowoczesnej hipologii polskiej…) i życia umysłowego – drugim po… Paryżu!


Wydawało się przez chwilę, że rok 1848 to było „nieporozumienie“, i że przecież, koniec końców niemieccy „liberałowie i demokraci“, gdy już dojdą do władzy, to będą MUSIELI Polakom oddać sprawiedliwość. Schyłek rządów Bismarcka rozwiał to złudzenie. Nawet odwołanie „Kulturkampfu“ – nie złagodziło antypolskiej polityki odrodzonej, II Rzeszy: zaś ostatnie przed I wojną światową, budzące wówczas powszechny, światowy skandal, ustawy o przymusowym wywłaszczeniu Polaków – przeszły w Reichstagu głosami nie kogo innego, jak właśnie – „narodowych liberałów“.

Rok 1848 to ważna cezura. To jest właśnie ten moment, gdy w skali europejskiej (a przynajmniej – zachodnioeuropejskiej) na arenę dziejów wkraczają tzw „masy“. Oczywiście – „masy“ organizowane, manipulowane i kierowane przez predystynowane ku temu „elity“. Które to „elity“ potrzebują jednak jakiegoś rodzaju „pasa transmisyjnego“, jakiejś idei, która zapewni im trwałą kontrolę nad masami.

Wcześniejszym, jakobińskim wzorem francuskim, tym „pasem transmisyjnym“ stał się w całej prawie Europie w roku 1848 nacjonalizm. Rok 1848 DLATEGO WŁAŚNIE jest ostatecznym kresem rojeń o „wielonarodowej Rzeczypospolitej“: JUŻ w roku 1848 Austriacy wymyślili „Ukraińców“ jako sposób na pacyfikację Galicji – gdy rabacji nie wystarczyło…

Tylko pozornie paradoksem jest, że rewolucyjne, demokratyczne Niemcy, uosabiane przez frankfurckie „Zgromadzenie Narodowe“ były o wiele mniej łaskawe dla Polaków niż reakcyjny, kontrrewolucyjny król Prus. Cóż w tym dziwnego..? Król Prus MÓGŁ BYĆ tak samo królem dla każdego ze swoich poddanych – czy był to niemiecki luteranin, mówiący po polsku katolik, czy też modlący się w archaicznym języku ruskim staroobrzędowiec. Ale demokratyczny przywódca „Zgromadzenia Narodowego“..?

Demokratyczny przywódca „Zgromadzenia Narodowego“ sam przemawiał po niemiecku – i jeśli miał skutecznie mobilizować masy wokół swego przywództwa – te masy TAKŻE musiały KONIECZNIE mówić, myśleć i czuć – po niemiecku..!

Nic w tym zresztą nowego. Granica etnograficzna, granica pomiędzy językami germańskimi, a językami słowiańskimi – przebiegałaby o wiele dalej na zachód, gdyby nie reformacja. Aż do czasów Lutra JAKIMŚ (bliżej nieokreślonym) językiem „wendyjskim“ posługiwali się wieśniacy aż pod Lubeką. Dopiero odejście od łaciny i wprowadzenie języka niemieckiego jako języka nabożeństwa – w ciągu bardzo krótkiego czasu, bo przez około stulecie, przesunęło tę granicę o kilkaset kilometrów na wschód.

Zauważcie jednak, Drodzy Czytelnicy, że mamy tu do czynienia z procesem – w pewnym sensie – „naturalnym“. To znaczy – NIE BYŁO żadnego „Generalplan Ost“, którego wykonawcą był Luter. W tak absurdalny spisek nie uwierzę, bo to urąga zdrowemu rozsądkowi. Luter zrobił to co zrobił – smaży się za to pewnie w Piekle tuż obok całej gromady ówczesnych papieży. Miał jednak na oku nie doczesne, a pozaświatowe cele – a że, całkiem przypadkowo, stworzył w praktyce narzędzie germanizacji..?


Na katolickim Śląsku jeszcze w rzeczonym roku 1848 polskojęzyczna była większość wsi wokół Wrocławia (NIE TYLKO od strony Oleśnicy…). Niestety, rzeczony rok 1848 wzbogacił arsenał „naturalnej“, „mimowlnej“ germanizacji o jeszcze jedno narzędzie – oto rząd reakcyjnych i kontrrewolucyjnych Prus, aby zdobyć oparcie przeciw zrewoltowanym, liberalno – demokratycznym miastom, postanowił wreszcie zrealizować uwłaszczenie chłopów.[2]

Uwłaszczenie „w wersji pruskiej“ polegało na tym, że chłopi otrzymywali tytuły własności posiadanej przez siebie ziemi, jednakowoż tylko i wyłącznie pod warunkiem, że:
  • Potrafili przedstawić jakiś prawny dowód na legalność jej posiadania.
  • Oddali 1/3 posiadanego areału ziemianom jako rekompensatę za udzielane im wcześniej wsparcie materialne.
  • Poddali się komasacji gruntów.
W efekcie tylko kilka procent pańszczyźnianych chłopów uzyskało ziemię. Czy można się dziwić, że byli to najczęściej stosunkowo niedawno przybyli osadnicy z Niemiec..? Oni mieli „papiery“ – autochtoni nie…

Mechanizmów popychających świeżo uwłaszczonych chłopów do germanizacji było zresztą więcej. Ci, którym udało się zdobyć ziemię – wchodzili w nową klasę „agrariuszy“ – wspólne interesy i wspólny pogląd na świat łączył ich od tej pory z wrogim dawniej ziemiaństwem (to dlatego w zaborze pruskim nie było PSL…).

Ci, którzy ziemi nie zdobyli, albo stawali się wędrownymi robotnikami rolnymi, albo migrowali do miast – i w jednym i w drugim przypadku, było im łatwiej, gdy uczyli się mówić po niemiecku i zarzucali swoją wcześniejszą, „chłopską mowę“.

Zresztą – ten sam dokładnie mechanizm działał W KAŻDYM PRZYPADKU na korzyść „etnicznej większości“ i na korzyść „etnosu uprzywilejowanego“. W efekcie w Poznańskiem, gdzie większość ziemiaństwa była jednak wciąż polska – tamtejsi „bambrowie“, pokolenie czy dwa pokolenia wcześniej sprowadzeni z głębi Niemiec osadnicy – polonizowali się na potęgę.

Połowa mojej własnej rodziny to właśnie tacy, w końcu XIX wieku spolonizowani – osadnicy z Bambergu…

Antypolski spisek? Odwieczne „Drang nach Osten“? Nie! Prawidła ekonomii i psychologii w działaniu – natomiast, chętnie się zgodzę, że NIE JEST PRZYPADKIEM, iż uwłaszczenie w zaborze rosyjskim A TAKŻE w zaborze austriackim – przebiegło wedle całkiem zgoła przeciwnych reguł!

Oczywiście, że uwłaszczenie w tych dwóch zaborach MUSIAŁO przebiegać wedle całkiem przeciwnych reguł – bo, gdyby przebiegało na sposób pruski, to nie byłoby (nie na taką skalę w każdym razie…), takiego fenomenu jak „naród ukraiński“ – Rusini spod Lwowa czy z Wołynia, poddani takiej samej presji, jak mówiący „po wendyjsku“ włościanie z okolic Głogowa czy Wrocławia – pewnie by się w większości spolonizowali.

Dlaczego jednak cesarz Franciszek Józef i car Aleksander II mieli robić takie „prezenty“ polskiej szlachcie, skoro ta szlachta była wobec nich permanentnie nielojalna i zajmowała się głównie antypaństwowym spiskowaniem..?

Pora na wnioski.

Brednie o „tysiącletnim Drang nach Osten“ – to tylko brednie i, prawdę powiedziawszy, NIE CHCE MI SIĘ z nimi polemizować. Spośród wszystkich granic I Rzeczypospolitej, granica zachodnia była najtrwalszą i najbardziej pokojową. Przebieg linii granicznej między Śląskiem (zagarniętym przez królów Czech nota bene..! A że się czeska szlachta z czasem zgermanizowała..? A do Wiśniowieckich macie pretensje, że się spolonizowali..? Jasienica miał – i Kaczmarski to za nim powtórzył…) a Wielkopolską nie zmienił się od czasów Kazimierza Wielkiego do roku 1792. Między Śląskiem a Małopolską – od czasów Kazimierza Jagiellończyka do roku 1772…


Niemcy współcześni to nasi najbliżsi „bracia krwi“ – lekko licząc pewnie z jakaś 1/3 z nich ma słowiańskich przodków. Podobnie zresztą, całkiem sporo Polaków ma przodków germańskich. To zresztą „widać, słychać i czuć“ – już pomijając fakt, że ogromna większość „prostego ludu“ w Polsce szanuje, a nawet wręcz – czci i wielbi Niemcy. Istnieje dowód całkowicie i bezaplecyjnie rozstrzygający, który nie pozostawia w tej materii najmniejszych wątpliwości!

Otóż – TYLKO w Polsce tak dobrze rozchodzi się… niemiecka pornografia! Nader słusznie uchodząca za absolutne dno tego rodzaju twórczości. Jeszcze zrozumiałbym, gdyby niemiecka sieć „Media Markt“ sprzedawała to gówno kierując się niemieckim patriotyzmem – ale, jeśli to samo gówno, zamiast (o wiele jednak subtelniejszej…) produkcji francuskiej sprzedaje także francuskie Inmedio..?


[1] Oczywiście: mowa jest o Rosji POŁUDNIOWEJ! Jak słusznie opowiadał Aleksandr Stiepanowicz: лучше жить на северном Кавказе, чем на южной Сибирий
[2] Proszę NIE SŁUCHAĆ, gdy jakiś idiota opowiada o „pruskim uwłaszczeniu“ w pierwszej połowie XIX wieku. Owszem – wtedy wydano stosowne prawa. Były jednak w praktyce tak skomplikowane, że do roku 1848 na CAŁYM Śląsku uwłaszczyło się raptem… kilkanaście chłopskich rodzin..! Dopiero rewolucja sprawiła, że proces te nabrał przyspieszenia – i zakończył się w ciągu następnego dwudziestolecia…

23 komentarze:

  1. Szanowny Kolega jak zawsze nie rozumie dynamiki zdarzen. Wystarczy spojrzec jak przesuwaja sie granice niemickiego imperium w dluzszym okresie czasu (np od roku 966) aby zuwazyc, ze panstwa niemickie nadgraniczne powiekszaja swoje rozmiary kosztem ziemi nalezacej czy administrowanej wczesniej przez Panstwo Polskie. Jest to wynikiem czesciowo nieuswiadomionego faktu, ze Niemcy sa przeludnione (stad liczne osadnictwa niemieckie na calym swiecie ale takze w Polsce i Rosji) i potrzebuja przestrzeni zyciowej. Ta zas moga zdobyc latwo tylko na wschodzie. Dlatego wykorzystywali zawsze sytuacje gdy Panstwo Polskie slablo aby zagarnac ziemie badz osadzic rodakow na polskim tronie. To samo widzimy i obecnie gdzie w III RP Niemcy rzadza za pomoca agentow wplywu (w tym podobno Oskara)uzyskanych w czasie rewolty solidarnosciowej. Podobna polityka zreszta prowadzila i zapewne prowadzi nadal Rosja/ZSRR.

    OdpowiedzUsuń
  2. No wlasnie zgodze sie z profesorem Bobola ze trzeba spojrzec w dluzszej perspektywie-a tu widac jak na dloni ze od okolo tysiaca lat Niemcy pra na Wschod.A ze akurat w okresie mniej wiecej 1500-1750 nie parli to wynika tylko i wylacznie z tego ze jest to okres wzglednej potegi panstwa Polskiego ktore dosc skutecznie owa ekspansje blokowalo.A ze przed rokiem 1500 Niemcy robili to pod plaszczykiem ideologi imperialnej a po 1750 narodowej to tylko kwestia narzedzia-narzedzie sie zmienilo ale cel pozostal ten sam-przestrzen zyciowa na Wschodzie-to zreszta jedna z przyczyn popularnosci Hitlera w Niemczech-on po prostu perfekcyjnie wyczul co Niemcom w duszy gra.A ze to wlasnie "gra w duszy" a nie w mozgu to calkiem mozliwe ze sami Niemcy przez wiekszosc dziejow nie do konca zdawali sobie sprawe z tego procesu-zdaje mi sie ze przez wiekszosc dziejow byl to proces nie tyle polityczny co wrecz SOCJOBIOLOGICZNY w ktorym konkurujace "stada" walczyly o przestrzen zyciowa-proces POLITYCZNY(powiedzmy glownie polityczny)to jest faktycznie dopiero gdzies tam od 19 wieku.Zreszta obecnie zdaje sie to byc proces przez niemieckie elity juz gleboko ZRACJONALIZOWANY i "zmechanizowany"(obencie pod plaszczykiem nowej idei imeprialnej-UE-zreszta dosc parcianej i chyba szybko nastapi powrot do ich "ulubionego" przez ostatnie dwa stulecia nacjonalizmu czy wrecz "apartheidu").A ze nie wszystko w tym procesie jest jasne i oczywiste,tudziez zaplanowane to akurat oczywiste-w koncu nikt nie planuje na tysiac ani chyba i na sto lat do przodu-jednak wzorce kulturowe zawsze byly takie same(czyli Niemcy-we wlasnym mniemamniu byly pany/nowi Rzymianie/nadludzie a wschodnioeuropejczycy to zawsze byli jacys podludzie-nawet kiedy Niemcy palili Zydow i Polakow w krematoriach to uwazali sie za lepszych bo nosili czyste mundury a caly proces byl "tak swietnie zorganizowany").Ujawnia sie to zreszta w roznych "freudowskich pomylkach" jak chocby kiedy sami Niemcy nazwali sie Hunami Europy-oni sami to CZUJA -to barbarzyncy/drapiezcy z biurkami i pieczatkami ale ciagle tylko barbarzyncy marzacy o nowych terytoriach i masach niewolnikow(o przepraszam "pracownikow sezonowych").SOCJOBIOLOGICZNE parcie Wschod jest ciagle to samo-zmieniaja sie tylko narzedzia a proces czasmi nawet stopuje kiedy "konkurencyjne stado" rsonie w sile ale kierunek jest jeden.Az zaluje ze nie jestem (socjo)biologiem bo widzialbym tu pole do znacznie glebszego opisu tej sytuacji a moze i calej polityki miedzynarodowej.

    Piotr34

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Skąd, Panie Piotrze, założenie, że da się w ogóle przeprowadzić jakąś nić łączności pomiędzy hipotetycznym "stadem niemieckim", a nie mniej hipotetycznym "stadem polskim" w roku 966 i w roku 2013..?

      W roku 966 NIE ISTNIAŁ ani "naród niemiecki", ani "naród polski". Po prostu - NIE BYŁO takich bytów.

      Istniała uniwersalistyczna monarchia Ottonów, stale podgryzana przez ruchy odśrodkowe plemion i margrabiów niemieckich - oraz istniał pewien aparat państwowy, dość rudymentarny, w rękach klanu Mieszka.

      Współczesny "naród niemiecki" odwołuje się, jako do swoistej "projekcji wyobrażeniowej" do owej monarchii Ottonów, tak samo, jak współczesny "naród polski" ma swój "wyobrażeniowy początek" w drużynnikach Mieszka.

      Tyle tylko, że to są TYLKO I WYŁĄCZNIE twory kultury. Biologii Pan do tego nie mieszaj! Współcześni Niemcy są biologicznie dziedzicami Wieletów, Obodrzyców, Łużyczan i innych Słowian co najmniej w 1/3 (a jak dodamy do tego Armię Czerwoną z 1945, to pewnie w połowie...).

      Tak samo jak współcześni Polacy mają w sobie - W WIĘKSZOŚCI - krew i geny ludów, o których w 966 nic zgoła nawet nie słyszeli...

      To tyle w przedmiocie "socjobiologiii".

      Co do jakichś "głębszych znaczeń", to ja tu jako żywo, żadnych nie dostrzegam!

      Pod przywództwem Ottonów i Hochenstaufów, Rzesza ciągnęła przez kilkaset lat na południe, a nie na wschód - jak Pan chce to wytłumaczyć jakimiś "głębszymi znaczeniami"..?

      Wieleci padli, bo mieli demokrację i nie zdołali przegłosować przejścia na chrześcijaństwo - a byli zbyt waleczni, żeby Polanom udało się ich podbić (ta wielecka zajadłość w walce pozostała wśród prostego ludu Brandenburgii!).

      Obodrzyce radzili sobie świetnie, aż ich książęta wzięli i się zgermanizowali - to samo przydarzyło się książętom pomorskim, Piastom śląskim i większości szlachty czeskiej.

      To tylko dowodzi, że kultura niemiecka była atrakcyjna - nikt ich "ogniem i mieczem" do mówienia po niemiecku nie zmuszał..! Tak samo, jak nikt nie zmuszał Wiśniowieckiego do polonizacji.

      Dlaczego doszło do germanizacji Połabia a potem obszarów nad Odrą - wyjaśniłem w tekście. Jest to łączny skutek reformacji i uwłaszczenia.

      Widzi Pan tu gdzieś jakąś "socjobiologiczną" ekspansję..?

      PIERWSZY istotny "ruch ludności" - to dopiero po II wojnie światowej...

      Usuń
    2. Niemcy mają tak potężne problemy demograficzne, że nie przejmowałbym się ich dalszą ekspansją w jakimkolwiek kierunku. Mimo ogromnej dzietności swoich rodaków o korzeniach murzyńskich, tureckich, arabskich i wspaniałego dodatniego salda migracyjnego notują spadek ludności na poziomie 0.19%, czyli większy niż Polska.
      Jeszcze 20lat temu "kolorowi" Niemcy i kobiety w chustach stanowili wyjątek na ulicach miast, teraz są dosłownie wszędzie. IMO za kilkadziesiąt lat o Germanach będzie można mówić w kategoriach historycznych.

      Usuń
    3. No, jak się robi najgorszą pornografię na świecie - to co się dziwić, że zapału "do tych rzeczy" - brak..?

      :-)

      Usuń
    4. @Jacek Kobus:
      Popularność niemieckiej pornografii to skutek przyzwyczajenia- pierwsze, przewożone do PRLu siłą rzeczy musiało pochodzić z RFNu- Berlin Zachodni itp. Ludzie powyżej pewnego wieku, jak wiesz lepiej ode mnie, mają problemy ze zmianą nawyków.

      Kto, młodszy niż 40 lat, kupowałby porno, mając darmowe strony w internecie, o torrentach nie wspominając...? Podejrzewam zresztą, że to perspektywa odcięcia dostępu do nich tak zmobilizowała ludzi przeciwko ACTA.

      Usuń
  3. Szanowny Kolega tradycyjnie "idzie w zaparte" czyli robi wszystko z wyjatkiem racjonalnej argumentacji aby tylko postawic na swoim. Jest to postepowanie typowe dla naszego dzielnego ludu wiec sie nie dziwie. Ale musze zaznaczyc, ze narod to rasa, jezyk, tradycje i kultura a te dziela Germanow i Slowian. Owszem sa mieszanki rasowe, na ogol biedne jednostki, ktore albo wypieraja sie jednej grupy rasowej usilujac sie asymilowac w gruncie rzeczy obcym im i nie akceptujacym ich srodowisku albo tez wogole staja sie bezpanstwowcami ulegajac pokusie kosmopolityzmu.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Jeśli "mieszanki rasowe" są "biedne" - to za kogo Pan Profesor uważa na ten przykład miłościwie panującą królową Elżbietę II..? Dynastia "Windsor", a tak naprawdę "Saxen-Coburg-Gotha" ma w swoich genach praktycznie wszystkich władców całej Europy na przestrzeni ostatnich 1500 lat - z Karolem Wielkim, Wilhelmem Zdobywcą, ale także z węgierskimi Arpadami, Kazimierzem Jagiellończykiem włącznie - a do tego generała Hauke - Bossaka z powstania styczniowego i pewnie z parę tuzinów szkockich kamerdynerów...

      Bardzo mi przykro, ale tak ulubiona przez Pana Profesora "rasa" to konstrukt li i jedynie mentalny, o niewielkich lub ŻADNYCH denotacjach biologicznych. Zdecydowana większość ludzi na Ziemi to mieszańcy.

      Owszem - język, tradycje i kultura to inna sprawa, to jest pewien faktycznie zauważalny konkret.

      Tylko w takim razie - bezsensem jest pisać o "przeludnieniu", "walce o Lebensraum" - skoro nie wyżyna się do nogi ani nawet nie obraca w niewolników ludności podporządkowanej - tylko ją asymiluje kulturowo!

      Jak już odpowiedziałem Panu Piotrowi: socjobiologia NIC NIE MA WSPÓLNEGO ze złożoną materią stosunków polsko - niemieckich...

      Usuń
    2. Czytałem, że "czyści" (tzn. bez dolewek krwi rasy białej) czarnoskórzy mają niemal wyłącznie w swojej krwi geny homo sapiens, sapiens, natomiast biali krzyżowali się również z neandertalczkami.

      Usuń
    3. Także z Denisowianami i być może również z innymi hominidami, o których na razie nic nie wiemy.

      Usuń
  4. zgadzam się z Jackiem - większość to mieszańce, i z biologicznego punktu widzenia - nie ma to, zdaje się, większego znaczenia, o ile nie stanowi, hmmm, podwalin ideologii nacjonalistycznych, powiedzmy.

    "Owszem - język, tradycje i kultura to inna sprawa, to jest pewien faktycznie zauważalny konkret."
    tu leży sedno. i, odnosząc się do tego właśnie aspektu - z Jackiem zgodzić się nie mogę. w 966r. może i nie istniał byt o nazwie "naród polski", ale w 2013 dla bytu "naród polski" oczywistym jest kulturowe dziedzictwo, tożsamość, poczucie kontynuacji historycznej - wywodzące się od roku 966, i do niego nawiązujące. naprawdę nieistotne, że
    przedstawiciele obu tych czasokresów nawet by się nie dogadali. ośmielę się podejrzewać, że "naród niemiecki" ma podobnie.

    "Tylko w takim razie - bezsensem jest pisać o "przeludnieniu", "walce o Lebensraum" - skoro nie wyżyna się do nogi ani nawet nie obraca w niewolników ludności podporządkowanej - tylko ją asymiluje kulturowo!"
    wyżynanie jest nieekonomiczne i nieefektywne. asymilacja kulturowa jest tańsza, trwalsza, wydajniejsza. stanowi solidną bazę i spoiwo społeczne do urządzania zagarniętych terytoriów na wzór i podobieństwo matrycy - o ile terytoriów tych starczy dla jednych i drugich.

    naturalną konkluzją z mojej strony, jednak, jest ta o niemieckich tendencjach mrugania okiem na wschód.

    a tak na marginesie. nie jestem germanofobem. ale Niemców obserwowałam wielokrotnie, na wielu płaszczyznach życia, i najbardziej uderzającą ich cechą - jest totalny brak poszanowania innych kultur, obyczajów, standardów zachowania. nawet jeśli znajdują się w gościach - całe ich działanie odbierane jest (być może podświadomie) jako próba zawłaszczenia i podporządkowania sobie przestrzeni, zachowań, poglądów. i fakt, że niemieckie panienki 60+ chcą podać do trybunału europejskiego straż miejską ze Świnoujścia za zwrócenie im uwagi, że ukazują swe wdzięki na publicznej plaży w Polsce, co nie do końca podoba się innym użytkownikom miejsca publicznego - jest akurat jednym z mniej rażących przykładów...
    Joanna

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Wszystko to prawda. Chcę tylko zwrócić uwagę na fakt, że LOGICZNIE niemożliwym jest utożsamianie "walki o Lebensraum" z "kulturową asymiliacją". Albo - albo. Albo potrzebna jest goła ziemia bez mieszkańców, żeby ją zaludnić i ulżyć sobie w biedzie przeludnienia - albo są potrzebni nowi "nosiciele kultury", którzy jednakowoż, zarazem są też nowymi gębami do wyżywienia i rzekomo panujące przeludnienie - tylko powiększają!

      Zwróć poza tym uwagę, że nowoczesnego zjednoczenia Niemiec dokonały Prusy.

      Prusy, które w roku 1795 miały jako swoich poddanych w jakichś 2/3 - Polaków.

      A jeśli liczyć nie tylko "stan aktualny na rok 1795", ale też i całe "dziedzictwo krwi", to w państwie pruskim germańskie było kilka, może kilkanaście procent populacji - reszta to zgermanizowani potomkowie Słowian i Bałtów.

      Prusy zjednoczyły Niemcy i Prusy sprawowały i - w pewnym sensie - WCIĄŻ SPRAWUJĄ (bo u Niemców jednak nie doszło do takiego zerwania ciągłości, jak u nas...) kulturowe przywództwo nad narodem niemieckim.

      A w takim razie, zachodzi pytanie, czy owa ekspansywność, arogancja i zapatrzenie w siebie - TO SĄ ABY NA PEWNO CECHY GERMAŃSKIE..?

      Usuń
    2. właściwie zgadzam się z powyższą argumentacją

      Usuń
  5. Jedyny fakt to to, że pomimo zalewu obcych kulturowo Muzułmanów, Niemcy wciąż są potęgą... Niemców się nie boję, Muzułmanów tak. Cała reszta to tylko filozofowanie. Niemcy to nasi sąsiedzi, kiedy zaczniemy ten fakt tolerować, uznawać i wykorzystywać?!!!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Muzułmanów tym bardziej nie ma się co bać. Jeszcze troszeczkę, a "demokratyczne" rządy Zachodu przestaną panować nad swoimi "kibolami" - i zaczną się regularne pogromy wyznawców Allaha...

      Usuń
    2. Już to widzę jak niemiecka, belgijska lub francuska młodzież robi pogrom zorganizowanym społecznościom islamskim.
      "A masz ty nie tolerancyjny i nieekologiczny muzułmanie, a masz!"

      Usuń
    3. Spokojnie, samych kibiców Herty Berlin wystarczy, żeby stolicę Niemiec w kilka dni "oczyścić rasowo". Gdzie indziej będzie tak samo. Pewnie, że ofiary padną po obu stronach - ale, gdyby nie bardzo stanowcze działanie brytyjskiej policji, to mam wrażenie, że Wyspy już teraz spływałyby krwią muzułmanów...

      Usuń
  6. "Chcę tylko zwrócić uwagę na fakt, że LOGICZNIE niemożliwym jest utożsamianie "walki o Lebensraum" z "kulturową asymiliacją". Albo - albo. Albo potrzebna jest goła ziemia bez mieszkańców, żeby ją zaludnić i ulżyć sobie w biedzie przeludnienia - albo są potrzebni nowi "nosiciele kultury", którzy jednakowoż, zarazem są też nowymi gębami do wyżywienia i rzekomo panujące przeludnienie - tylko powiększają!"

    nie zgodzę się, gdyż liczby nie kłamią. przyjmijmy najprostszy i najbardziej oczywisty przelicznik tj. liczbę osób/km kw. niech to będą aktualne wartości. jeśli w Niemczech zagęszczenie ludności wynosi 230 os/km kw., a w Polsce 125/km kw. załóżmy, dla równego rachunku, że aby wyrównać proporcje należy przesiedlić na ziemie polskie ok. 50 os. z km.kw. Niemiec., czyli (zaniżając) 1/4 populacji. to OGROMNY, niewyobrażalny wskaźnik "chłonności" nowych terytoriów. w żaden sposób nie opłaca się wyżynać takiej masy ludności na zagarnianych terenach dysponujących takim potencjałem. Koszty tej operacji znacznie przewyższają korzyści płynące z uzyskania "gołej ziemi". ponadto autochtoni stanowią cenną siłę roboczą i nabywczą. w dodatku nabywczą pod każdym względem - nie tylko jako odbiorcy dóbr, ale także jako odbiorcy wzorców kulturowych, obyczajowych, politycznych, językowych - składających się na "germanizację", o której sam Jacku pisałeś. tym sposobem nie dość, że mają nowe ziemie, to jeszcze przestaje ich obchodzić kwestia "dziedzictwa krwi". wobec faktu zgermanizowania otoczenia nie ma ona najmniejszego znaczenia, ponieważ tkanka życia społeczno-politycznego jest afirmowana tylko poprzez wartości pożądane, zinternacjonalizowane - wspólne dla wszystkich.
    zatem sorki batorki - ale zostaję przy swoim :)

    ps. jak u Was z deszczami? u mnie leje i wszystko stoi "we wodzie" jak mawiała babcia...

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Rozumowanie byłoby poprawne, gdyby... były na to jakieś dowody źródłowe..!

      To znaczy - gdyby były dowody na istnienie jakiegoś "Generalplan Ost" tak dawno temu...

      Tymczasem: spora część, a być może nawet i większość osadników, którzy przybyli z Niemiec na (szeroko rozumiane) ziemie polskie przed połową XVIII wieku - spolonizowała się. Wzmocnili zatem "potencjał" Polski, a nie Niemiec.

      W rzeczy samej, o germanizacji najpierw Połabia, a potem dorzecza Odry i Prus Wschodnich zdecydowały te dwa czynniki, o których piszę w tekście: reformacja (Połabie) i uwłaszczenie (reszta).

      Ani jeden, ani drugi - nie były z założenia "planami antypolskimi" - a przynajmniej: nie ma na to dowodów. Tak się po prostu stało.

      Usuń
    2. Deszcze w normie. Da się przeżyć.

      Usuń
  7. "Rozumowanie byłoby poprawne, gdyby... były na to jakieś dowody źródłowe..!

    To znaczy - gdyby były dowody na istnienie jakiegoś "Generalplan Ost" tak dawno temu..."

    Przyznaje ze to najwieksza slabosc tego toku myslenia.przynaje ale jednoczesnie sadze ze nie az tak wielka jak Pana sadzi-jesli (jednak)przyjmiemy socjobiologiczny punkt widzenia to zaden plan nie jest potrzebny-lwy zabijaja male hieny(a bywa ze i duze)w ramach "walki o terytoria lowieckie" i nie potrzebuja do tego zadnego planu.Rasy/czy szczegolnie zas narody to choc glownie konstrukt ideologiczny(tu sie zgodze)to jednak efekt KONCOWY jest taki sam jakby bylyb konstruktami biologicznymi.Kiedys zrobiono badania na temat postrzegania bolu u innych osob-generalnie biali uwazali ze cierpiacy Murzyn cierpi mniej niz cierpiacy bialy(zaznaczano odpowiedzi na skali porownujac nastepujace PO SOBIE sytuacje)-zreszta czarni mieli takie same skryzwienie tylko w druga strone-zreszta Anglicy uwazli ze Franzuz cierpi mnie niz Anglik a Francuzi ze to Anglik jest wlasnie mniej cierpiacy ale to TYLKO wtedy gdy znali NARODOWOSC cierpiacego(jesli mieli podana bledna informacje to podazali za nia).Oczywscie to efekt opisanej przez Pana dehumanmizacji przeciwnika-ale coz z tego-to po prostu zjawisko obiektywnie istniejace i masowe.A swiadczy to o jednym-narody i rasy ISTNIEJA nawet jesli 90% tego istnienia ma miejsce tylko w swiecie idei.

    Piotr34

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Operuje Pan abstrakcjami najwyższego szczebla i analogiami, których wartość instruktywna może być wątpliwa.

      Oczywiście nie neguję istnienia czegoś takiego jak "poczucie narodowe", "solidarność narodowa" - inna rzecz, że badanie genezy tegoż poczucia może być bardzo ciekawe i chyba raczej prowadzi do dość zaskakujących wniosków, o czym może - kiedy indziej.

      Pytanie - czy my MUSIMY uciekać się do tak wydestylowanych z życia i mięsa abstrakcji i tak ryzykownych analogii - a o reformacji i uwłaszczeniu, jako historycznych konkretach - rozmawiać NIE MOŻEMY..?

      Innymi słowy - kwestionuję zasadnośćsocjobiologii jako perspektywy badawczej coś nam mówiącej o relacjach polsko - niemieckich.

      Zamiast tego, wolałbym rozmawiać o historii konkretnej.

      Czynnikami "narodowotwórczymi" dawniej były: reformacja, a potem uwłaszczenie chłopów.

      Wynik sumaryczny działania tych dwóch procesów, nader dla żywiołu słowiańskiego niekorzystny, został zrewidowany masowymi przesiedleniami po II wojnie światowej - z tym, że masa ludzi, którzy się w ciągu poprzednich pięciu wieków na skutek działania procesów wcześniejszych zgermanizowali, tak czy inaczej była już dla polskości stracona - ludzie ci wyjechali, efektywnie powiększając potencjał Niemiec (do czego doszła jeszcze komuna, upupiająca nas w wielu wymiarach).

      Płynie stąd, moim zdaniem, istotna lekcja na przyszłość - NIE WYSTARCZY ulegać sugestywnej anaolgii do lwów i hien - trzeba zwracać uwagę na KONKRETNE zjawiska "tworzące tożsamość".

      Współcześnie, ciągle jeszcze, najważniejszym czynnikiem "narodowotwórczym" jest telewizja. Pytanie - czy to się może zmienić w przyszłości i jakie będą tej zmiany skutki..?

      Usuń
    2. Panie Jacku, dosc duza czesc Serboluzyczan zachowala swoja tozsamosc kulturowo-jezykowa mimo uwlaszczenia i reformacji. Dopiero ostatnie zjednoczenie Niemiec (a wlasciwie wchloniecie NRD przez RFN) znacznie zagrozilo ich tozsamosci (nawet o wiele bardziej niz dzialania Bismarcka i Hitlera razem wziete...).

      Usuń

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...