wtorek, 21 maja 2013

Z pamiętnika bimbrownika, cz. 8 - wino "na winie"

czyli z tego, co się nawinie, gdy łazi człowiek z łubianką po polach i nieużytkach.

Konkretnie, w tym przypadku na pewno podstawą były dzikie gruszki - ulęgałki z dodatkiem słusznej porcji tarniny (ma się rozumieć też dzikiej...). O ile jednak dobrze pamiętam, co najmniej jedno jabłko (konkretnie - lekko nadpsuta szara reneta...) też do baniaczka trafiło.

No cóż - z całą pewnością musi się wyklarować:


Zajmie to kilka dni. Jeśli będę pamiętał - dam wtedy kolejne zdjęcie. Ale proszę mnie za słowo nie trzymać...

Jak widać, przy nalewaniu - pieni się. Zapach na razie jest głównie drożdżowy.

Co do smaku, to tym razem, wyjątkowo, wyszło nam słodkie, lubo z lekkim kwaskowym posmakiem gdzieś z tyłu języka. Jak dla mnie przyjemne. Lepszej Połowie kategorycznie nie smakuje.

Raczej dla niezmotoryzowanych, a przynajmniej - nie prowadzących samochodu gości - bo dość mocne.

Moje manipulacje szklanką na trawie, wzbudziły zainteresowanie czterołapych:


Wykonałem kilka prac ręcznych, rozsiałem na Wielkim Padoku resztę pozostałej nam lucerny, wypieliłem połowę kanałku odprowadzającego wodę z hydroforni i zagon mięty - i padłem: zbiera się na kolejną burzę.

Czekamy zatem na Miłego Gościa, wyglądając co i raz burzowych chmur...

1 komentarz:

  1. Ciekawa receptura byla podana w filmie "Wiosna Panie Sierzancie"....

    Co prawda nie mialem okazji, jej przetestowac ale kto wie ;) .

    Jesli mozecie, Panie Jacku, prosze o przeslanie troche sloneczka w moja strone (bo sie jesiena belgijska slota zaczela - nie baczac na kalendarz :(

    OdpowiedzUsuń

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...