środa, 29 maja 2013

W świecie Elojów i Morloków

Jak Państwo doskonale wiecie – nie jestem entuzjastą postępu. W żadnej kategorii zresztą: niezależnie od tego, czy miałby to być tzw. „postęp moralny“, „postęp społeczny“, czy też – „postęp techniczny“.

Ilekroć jakiś zakuty konserwatysta wieszczył, że od tych, panie dzieju, lokomotyw parowych, to tylko krowy przestaną mleko dawać, a na świat przyjdzie Sodoma, Gomora, czy inna Apokalipsa – wszyscy się śmiali w kułak z głupiego dziada, a tymczasem – koniec końców: czyż naprawdę nie dostrzegacie, że te straszliwe przepowiednie sprawdziły się, sprawdzają i wygląda na to, że będą się sprawdzać na naszych oczach..?

Krowy ostatnimi czasy faktycznie już nie dają mleka, tylko jakąś dziwną breję, intensywnie woniejącą stęchłą kiszonką o smaku który, bez fabrycznej obróbki – dla nas przynajmniej jest nie do przyjęcia. Wiem, bo ilekroć dostajemy od Radka, druha mego serdecznego, butelkę mleka, co czasem się zdarza – muszą ją wypijać nasze koty. Ewentualnie można z tego zrobić budyń albo kaszę manną. Ale też – tylko przez pierwszą dobę lub dwie. Potem się nie zsiada, tylko jakoś tak kisi – zupełnie jak nie mleko, nie wiadomo, co z tym zrobić…

Sodomy, Gomory czy innej Apokalipsy – zaiste: nie brak na tym świecie..!

Bardzo być może, że tajemniczy „e-learning“, którego tak wielkim entuzjastą jest bloger „Ultima Thule“ z „Nowego Ekranu“ to faktycznie rewolucja w edukacji.

Pozwolicie jednak Państwo, że pozostanę sceptykiem. Tak samo jak wobec „drukarek 3D“, które mają nam zastąpić Radkowe krowy wraz z przetwarzającą ich mleko mleczarnią (tu akurat działa ta od serków z francuską wersją słowa „Prezydent“ w tytule – tak podaję, co by ani o kryptoreklamę, ani o czarny pijar nie zostać posądzonym…) i barem mlecznym na końcu. Tak samo jak wobec nowych samochodów…

Przede wszystkim dlatego, że nie wyobrażam sobie jak na razie możliwości zapewnienia takiej edukacji w ramach MEN – dla szerszej publiczności. „Tablet dla każdego ucznia“ to fajne hasło i pewien przyszywany Kaszub o rozbieganych oczach psychotycznego kłamcy już co najmniej raz go użył.

Tyle tylko, że:
-       kontrakt na dostawę owych tabletów, jak się go już wreszcie po ochnastu unieważnieniach i odwołaniach uda przepchnąć przez młyn „zamówień publicznych“ i tak okaże się na koniec dnia jednym wielkim przekrętem: 30% dostarczonych urządzeń w ogóle nie odpali, 30% zepsuje się w ciągu pierwszego miesiąca i przez pozostały czas eksploatacji już nie wyjdzie z serwisu, a pozostałych – w żaden sposób nie uda się spiąć w sensownie działającą sieć…
-       jeśli nawet, po wielu, wielu latach walki z samym tylko sprzętem i oprogramowaniem, coś (nie wiadomo co…) zacznie wreszcie działać – z całym szacunkiem dla wybitnych wyjątków, które zwłaszcza na „Nowym Ekranie“ poznałem – wyobrażacie sobie te dinozaury z komunistycznego ZNP uczące inaczej, niż do tej pory..?
-       na powyższe i tak nie ma, nie będzie i nie wygląda na to, aby kiedykolwiek mogła być – kasa!

Oczywiście, można zbyć moje uwagi wzruszeniem ramion. Czyż dupowołowatość peryferyjnego „rządu“ jakiejś tam „Generalnej Guberni“ – jest w stanie powstrzymać Nieuchronny Postęp..?

Ano jest.

Po pierwsze – „bliższa ciału koszula“. Co mnie obchodzą jakieś światowe wzloty i wyżyny postępu, z których dla mnie osobiście i dla moich sąsiadów z Boskiej Woli, Dąbrówek i Brzozówki – NIC nie wynika..?

Najbliższą szkołę podstawową, w Augustowie, już od kilku lat planowano zamknąć – nawet o tym kiedyś pisałem. Uporczywie krążyła pogłoska, że w pozostałym budynku ma zostać ulokowany ośrodek odwykowy dla narkomanów. Nawet, nie powiem, podjąłem działania przygotowawcze: zbudowałem szklarnię. No bo skoro pojawia się rynek na pewne produkty roślinne – to dlaczego ja nie miałbym ich klientom dostarczyć..?

Nic z tego nie wyszło, w szklarni rośnie sobie sałata zamiast… innego ziela. Sałata przynajmniej – smaczna.



Po drugie – z samej tylko „zasady kopernikańskiej“ wynika, że peryferyjny „rząd“ jakiejś tam „Generalnej Guberni“ – nie może być zjawiskiej unikalnym na skalę światową, wyjątkowym i nigdzie indziej nie spotykanym. Razem ze swoją dupowołowatością – winien raczej stanowić zjawisko typowe. A skoro tak, to nasuwa się robocza hipoteza, że – wszędzie jest podobnie i wszędzie też – aplikacja owego „Nieuchronnego Postępu“ – tak samo będzie kulawa, nieudolna i przeciwskuteczna.

Jeśli pojawią się jakieś wyjątki – to będą to albo bardzo drogie, elitarne szkoły (do żadnej takiej szkoły z pewnością nikt spośród moich sąsiadów swoich dzieci nie pośle…), albo też – szkoły w jakimś bardzo małym i obrzydliwie bogatym Lichtensteinie czy innym Bahrajnie.

Teoretycznie to wygląda jak normalny „cykl życia produktu“. Produkt innowacyjny na początku jest bardzo drogi (i niekoniecznie najsprawniejszy…) – trafia zatem tylko do nielicznych i raczej na zasadzie snobizmu niż użyteczności. Dopiero z czasem tanieje, powszednieje i na samym końcu – ląduje na giełdzie w Słomczynie. Albo i w szkole podstawowej w Augustowie, gdzie zresztą już i dziś podziału na klasy według wieku na ten przykład – nie przestrzega się, bo dzieci jest zbyt mało. Matematyki zatem, uczą się wszystkie razem…

Teoretycznie tak to wygląda. Ale w praktyce..?

W praktyce nie ma takiego produktu, którego pełne entuzjazmu wobec Idei Postępu i Oświecenia gosudarstwo nie zdołałoby albo spieprzyć, albo skutki jego obrócić w przeciwieństwo Wzniosłych Zamiarów.

Medycyna współczesna święci triumf za triumfem. Ale co z tego niby mają moi sąsiedzi z Boskiej Woli, Dąbrówek, Brzozówki..?

Dopóki owe triumfy współczesnej medycyny sprowadzały się do aplikacji  najprostszych możliwych środków, które trudno było zepsuć (jak poprawa higieny, szczepienia, potem – penicylina), owszem – nie można powiedzieć – skutek był masowy i odczuwalny.

Wygląda jednak na to, że wszystko, co można było tak prostymi środkami osiągnąć – zostało już osiągnięte. A środków nie-prostych, dla wszystkich nie wystarczy. Przynajmniej – nie pod państwowym zarządem. Do czego to prowadzi, niedawno opisywałem

Powszechna edukacja od samego początku aż po dziś dzień była i jest przede wszystkim: NARZĘDZIEM INDOKTRYNACJI. Jaka taka sprawdza się wciąż bez pudła: Państwo co prawda czasem narzekacie, że poziom nauczania spada, że młodzież coraz mniej potrafi i coraz mniej jest samodzielna.

Who cares..? Jakby o nauczanie chodziło w publicznych szkołach…

Ważne, że młodzież kończąca szkoły z roku na rok jest coraz bardziej „otwarta“ i „postępowa“ – ten zabieg, mam wrażenie, udaje się doskonale mimo cięć, ograniczeń, redukcji i „przejściowych trudności“.

Gdyby ów „e-learning“ poprawiał skuteczność indoktrynacji – no, to może przodujące gosudarstwa rozważyłyby zainwestowanie w tę nowinkę na poważnie. Skoro jednak ma tylko przyspieszać i wspomagać uczenie się i pomagać w rozwoju umiejętności twórczych – dlaczego ktokolwiek, poza osobami, które na to stać i które przywiązują do tego wagę – miałby weń inwestować..?

W odniesieniu do otaczającej nas rzeczywistości, uprawnione jest formułowanie trzech następujących hipotez:
-       Hipoteza (1): to wszystko jest naprawdę i na serio. Rządy faktycznie troszczą się o swoich obywateli i przyszłość całego świata, partie polityczne na serio różnią się poglądami na dobro wspólne (o które to dobro li i jedynie zabiegają…), nie ma żadnych spisków, konspiracji, ukrytych elit, telewizja nie kłamie, a rozbiegane oczka Donalda Tuska to wyłącznie skutek przemęczenia pracą nad siły dla dobra obywateli.
-       Hipoteza (2): hipokryzja, kłamstwo, prywata i wygórowane ambicje to zwykłe ludzkie przywary, które o wiele łatwiej ujawnić będąc przy władzy niż pieląc grządki w Boskiej Woli. Politycy i biurokraci realizują przede wszystkim swoje prywatne interesy tak, jak im to podpowiada ich ograniczony ogląd świata. Partie walczą o władzę, a idei używają raczej jako narzędzi mobilizacji poparcia, niż celów samych sobie. Może się zdarzyć, że rządy i urzędy będą spiskować przeciw swoim poddanym – jeśli narzuci im to dobrze uzasadniony lub chociaż dobrze wyglądający interes własny albo presja z zewnątrz. Co widzimy dowodnie na przykładzie żarówek, walki z globalnym ociepleniem, czy kary śmierci.
-       Hipoteza (3): cała rzeczywistość, którą przedstawiają nam media to tylko i wyłącznie teatralna dekoracja, w której nie ma nawet śladu prawdy. Rzeczywista władza spoczywa zupełnie gdzie indziej, niż pokazują to telewizyjne kamery, w  ukryciu, a jej zamiarów można się domyślać wyłącznie na podstawie skrzętnie przez władze oficjalne ukrywanych symptomów (przy czym, takim symptomem może być cokolwiek – od latających talerzy, przez proroctwa i objawienia, aż po kolor krawata Tomasza Lisa czy kształt letniej ramówki programowej tvn…).

Jeśli opowiadam się na ogół za Hipotezą (2) to nie dlatego, że „prawda leży pośrodku“, tylko z przyczyn metodycznych, które już co najmniej raz wyłuszczyłem – opowiadając Państwu o skutkach pewnych mocno promowanych regulacji w temacie końskim.

Takie ma zdanie o "obrońcach zwierząt" nasz Knedliczek. Więcej zdjęć z dzisiejszej porannej sesji, jak tylko zdołam je obrobić - wrzucę na angielskiego bloga.

Jest to jedyna hipoteza, która nie używa „wielkich kwantyfikatorów“ – słowek „zawsze“, „wszyscy“, „wszędzie“, „bez wyjątku“.

Niestety, jest to hipoteza, która zarazem czyni interpretację otaczającej nas rzeczywistości, choćby w przedmiocie szans aplikacji owego „e-learningu“, który dziś nas zajmuje – zadaniem skrajnie trudnym.

Zwolennik Hipotezy (1), pospolicie zwany „lemingiem“ orzekłby po prostu: fajna sprawa, skoro rząd troszczy się o dobro obywateli, a Strategia Lizbońska (czy jak to się tam nazywa…) przewiduje wzrost innowacyjności i inwestycje w zasoby ludzkie, to Unia Europejska da nam granty i wprowadzimy to jako pierwsi w Europie na skalę powszechną..!

Zwolennik Hipotezy (3), pospolicie zwany „oszołomem“, zaczął by się zastanawiać, co się za tym NAPRAWDĘ kryje – i czyim agentem jest bloger „Ultima Thule“..?

Jak widać powyżej, ja za to, zwróciłem Państwu uwagę, że:
-       będąc rozwiązaniem „postępowym“ i „innowacyjnym“, doskonale nadaje się „e-learning“ do roli hasła wyborczego – co źle wróży jakiejkolwiek praktycznej aplikacji, bo tak to już po prostu jest z hasłami wyborczymi,
-       jako rozwiązanie (przynajmniej w fazie początkowej) kapitałochłonne, jest to doskonałe pole do kręcenia lodów – i dużo szybciej kilka willi w Konstancinie się pobuduje, niż jakiekolwiek działające systemy do „e-learningu“ trafią do szkół,

Niechcianym, nieoczekiwanym, ale za to bardzo prawdopodobnym skutkiem praktycznej aplikacji „e-learningu“ (podobnie jak wielu innych, nie mniej „postępowych“ rozwiązań w medycynie, organizacji pracy, telekomunikacji czy edukacji) może być za to pogłębienie się podziału ludzkości na zaawansowaną czołówkę i wlokące się baaaardzo daleko za ogonem tego peletonu: Boską Wolę, Dąbrówki czy Brzozówkę…

Nie twierdzę wcale, że to źle. Nie twierdzę też, że to dobrze. Będzie po prostu – inaczej.

Choć może – upowszechnienie się wśród światowych elit takich technik, które ich „elitarność“ uczynią bardziej widoczną – przywróciłoby jakiś rodzaj równowagi temu skołatanemu światu..?

To już naprawdę ostatnia refleksja na dzisiaj – ale tak mi się nasunęło a propos „Lalki“, o której wspominałem wczoraj: Wokulski, chcąc (cóż z tego, że nieudolnie?) zbliżyć się do Izabelli odkrył, że nie zna nikogo, kto mógłby jej go przedstawić.

Wiedział jednak, w jakim towarzystwie się obraca i znał reguły determinujące dostęp do tego „wyższego świata“ – zrobił zatem majątek i użył go, aby „wejść na salony“.

Nie mam takiego problemu jak Wokulski, ani nawet takich ambicji – ale Dalibóg, gdybym stawiał sobie zadanie „wejścia na warszawskie salony“ (już pomińmy litościwym milczeniem salony nowojorskie…) – pojęcia nie mam, od czego w ogóle powinienem zacząć..?

A to dlatego, że w świecie „uniwersalnie demokratycznym“, elitarność zdaje się być czymś wstydliwym – elity współczesne raczej się ukrywają niż puszą swoją pozycją przed oniemiałym z wrażenia tłumem (co łatwo wytłumaczyć panującą ideologią i warunkami życia, ale co też – nie ma co kryć – daje nieustanną pożywkę zwolennikom Hipotezy (3)…).

No, ale IQ wyższego o kilkadziesiąt punktów od przeciętnej, wiedzy przy której pada nawet Wikipedia i może jakiegoś zgrabnego neurowszczepu w mózgu – już się tak łatwo nie ukryje…[1]


[1] Swoją drogą, sprzedaję Państwu w cenie kosztu pomysł na zrobienie kariery. Skoro nie wiadomo, KTO tak naprawdę należy do „prawdziwej elity“ – cóż prostszego, niż się za takiego podać i czerpać z wytworzonej tym sposobem opinii osobiste korzyści..?

Owe nobliwie wyglądające w świetle kamer zgromadzenia różnych „Bilderbergów“, „Davosów“ i innych „elitarnych klubów“ – to może być, w rzeczy samej, właśnie tego rodzaju przekręt: ludzie ci zajeżdżają limuzynami do wypasionego hotelu otoczonego kordonem policji. Przed wejściem pozują do zbiorowej fotki, po czym starannie wypraszają dziennikarzy i zamykają za sobą drzwi. Co robią w środku – nie wiadomo.

Być może: nic nie robią..? To znaczy – nic istotnego. Plotkują, zabawiają się z sekretarkami czy hostessami (albo z sekretarzami – co kto lubi…), popijają drinki. A potem, z mądrymi minami – wychodzą. I są, dzięki owej zbiorowej fotce, na kolejny rok – ustawieni w życiu. No bo kto by nie chciał mieć w swojej radzie nadzorczej kogoś z tak (ho, ho!) elitarnego klubu, kto może nawet (na pewnym poziomie nie wypada przyznawać się do takich obsesji, ale co tam kto myśli w cichości serca, tego przecież – jeszcze! – nie wiadomo…) wie, co planuje sam Rząd Światowy..? Kto odważy się takiemu odmówić posady..? Doradcy chociażby, jak nie ministra…

Tak sobie pomyślałem – no bo jaki prawdziwy „Rząd Światowy“ zadawałby się z takimi oczywistymi durniami jak Olechowski, Rosati czy Rostowski..?

19 komentarzy:

  1. Nikt w oświatę inwestować nie będzie poza absolutne minimum, chociażby z tego względu, że wydanie państwowych pieniędzy na szkoły zmniejszy dawkę paszy w żłobie dla tych, którzy mają doń dostęp. Przy okazji, nikomu nie są potrzebni wykształceni obywatele, bo też dla takich nie ma i nie będzie pracy między Odrą a Bugiem. Jednak z drugiej strony należy przetrzymać pod opieką stosownych instytucji dzieci i młodzież, chociażby po to by wtłoczyć im do głów właściwy światopogląd. Jak zauważyłam, od jakiegoś czasu wytłumaczono młodym, że nie tylko obowiązkowe jest gimnazjum i szkoły średnie do 18 lat, ale również, że NALEŻĄ im się studia wyższe. Idą więc na studia miernoty, takie, co parę lat temu nawet o tym by nie pomyślały. Niektórzy psioczą, że muszą się uczyć, niektórzy jeszcze za nie płacą, wierząc, że inwestują w swoją przyszłość. Często się mówi, że przetrzymanie młodych na studiach zmniejsza bezrobocie, dlatego też starsi muszą dłużej pracować. Na dobrą sprawę wiele osób około sześćdziesiątki przestaje pracować wydajnie, zaczynają się też najróżniejsze choroby. Lepiej byłoby na ich miejsce postawić młodszych. Młodzi, albo studiują - utrzymują ich rodzice, albo biorą zasiłki dla bezrobotnych. Jest jednak różnica - dla ludzi - czy zasiłek bierze starsza pani, która w życiu dorobiła się już mieszkania i ma mniejsze potrzeby życia codziennego (mniej ubrań, mniej sprzętów, mniej życia towarzyskiego), czy młodzieniec lub panna, która dopiero musi znaleźć sobie dach nad głową. Dlaczego więc przetrzymujemy starszych w pracy nie dając młodym szans na dorobek? Tak nieśmiało się nasuwa: bo trzeba przeczekać wiek innowacyjny, przetrzymać młodych, aż przestanie im się chcieć wymyślać sposoby na życie, przeszkolić na okoliczność niemożności i wkręcania w tryby machiny socjalu. Nauczyć, że "się nie da" i pokazać jaka jest kolejność dziobania. Potem już "wykształcony" dorosły człowiek czuje się tak bezsilny wobec trybów administracji, urzędów, polityki, przepisów, że na pewno nie będzie się buntował wobec zastanej rzeczywistości. Nie sprawi problemów. Jak wół prowadzony na rzeź.
    Skoro pozbyliśmy się, lub pozbywamy ostatnich dużych, państwowych zakładów pracy, a naród jeść musi, będziemy rzemieślnikami unii - jak kiedyś Cyganie bielący miedziane garnki, będziemy jeździć i tanio naprawiać dziurawe dachy, cieknące krany, tapetować ściany, budować domy i zbierać ogórki lub truskawki. A w kraju zostaną nieliczni hodujący kolejne pokolenie młodych, którzy i tak za pracą wyjadą na zachód, bo iluż w końcu urzędników mogą wchłonąć miejscowe urzędy? Wystarczą krewni i znajomi królika.

    OdpowiedzUsuń
  2. @Archanioły i Ludzie. E tam, tak źle nie bedzie. Damy radę :) S_S

    OdpowiedzUsuń
  3. O ile dzisiejsze państwa są tworami wrogimi porządnym ludziom (głównie za sprawą opodatkowania i regulowania, czego się da, uniemożliwiając tym samym podjęcie legalnej pracy wielu ludziom), o tyle sam POSTĘP jest rzeczą z reguły dobrą. Wyjątki są, owszem - ale czy to jest wówczas postęp?, czy raczej - regres?

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. "Medycyna współczesna święci triumf za triumfem. Ale co z tego niby mają moi sąsiedzi z Boskiej Woli, Dąbrówek, Brzozówki..?"

      Uwierz: JEST życie POZA Boską Wolą.
      W Polsce niedawno z powodzeniem przeszczepiono człowiekowi twarz.

      Usuń
    2. No, a do tego staniały lokomotywy, a Donald Tusk napił się w moim imieniu szampana.

      Sorry, ale takie ekscytowanie się jakimś pojedynczym sukcesem to jest dokładnie to samo, co robił Gomułka (tłumaczę jak krowie na rowie, bo jesteś za młoda, żeby wiedzieć...), uzasadniając że "w Polsce ludowej ludziom żyje się lepiej", bo wprawdzie chleb zdrożał, a mięsa nie ma, ale za to - staniały lokomotywy...

      Powiedz o tym przeszczepie twarzy koleżance blogerce Tupai, którą boli noga. Albo mojemu sąsiadowi M., którego ojcie umarł na cukrzycę, bo go NIE LECZONO (jako, że był "nieperspektywicznym" pacjentem...). Na pewno bardzo ich to podniesie na duchu...

      Usuń
    3. Kira, jednym z motorów (bardzo znaczącym)Postępu jest wojna i przemysł zbrojeniowy + skutki dla środowiska naturalnego. Więc lepiej się tak bardzo tym nie zachwycaj. Jeśli chodzi o medycynę, to ta nowoczesna jest raczej poza zasięgiem zwykłych ludzi.

      Usuń
    4. Nie chrzańcie. KIEDYŚ! Kiedyś stanieje. I polepszy się - mam nadzieję. Ja w każdym razie za nic bym nie chciała nie mieć żadnego wyboru i musieć się leczyć t y l k o metodami sprzed 200 lat. Na razie nawet ktoś taki jak ja - ma wybór.


      Nie popieram każdego "postępu". I nie za wszelką cenę. Ale uogólnienia typu "kiedyś było lepiej" śmieszą mnie.

      A po równo nie będzie nigdy.

      Usuń
    5. No masz wybór. Możesz się leczyć metodami sprzed 50 lat (bo takie mniej więcej są powszechnie dostępne...) - albo... nie leczyć.

      Z krzepiącą świadomością, że komuś tam gdzieś przeszczepiono twarz, a ktoś inny, na ten przykład - biega na protezach lepiej niż na nogach.

      Jeśli Ciebie taka "krzepiąca świadomość" faktycznie krzepi, to gratuluję dobrego samopoczucia...

      Usuń
    6. Kiedy pomyślę, że byłabym dzisiaj bez kilkunastu zębów, to wierz mi - krzepi.

      Usuń
    7. Już Jerzy Waszyngton miał sztuczną szczękę (i dlatego ma na portretach tak zawziętą minę - zaciskał szczęki, bo się bał, że mu proteza wyskoczy - na sprężynce była...).

      W ogóle, to ludzie sobie z problemamy denstystycznymi radzili od tysiącleci - tylko, że już zapomnieliśmy, jak to można zrobić inaczej...

      Usuń
    8. Sorry, ale narzekanie na postęp w Internecie to dla mnie szczyt... powiedzmy, że - hipokryzji. Papieru toaletowego też używać nie musisz. Nie mówiąc o samochodzie.

      Usuń
    9. A to koniecznie trzeba pałać miłością do papieru toaletowego, żeby go używać, skoro jest..?

      Usuń
    10. Jaka miłość??? Po prostu doceń.

      Usuń
    11. Mam się więc cieszyć, że piszę za darmo w internecie, choć jeszcze paręnaście lat temu dostawałbym, za te same teksty, przynajmniej wierszówkę w jakiej redakcji..?

      Sorry, ale to by była dopiero perwersja..!

      Usuń
    12. Wolałbyś nie umieć pisać wcale? Bo gęsie pióro to TEŻ postęp.

      Usuń
    13. Wiesz, mnie, w przeciwieństwie do sporej większości udzielających się w internecie wcześniej drukowano i płacono mi za to pieniądze - to się nawet i teraz czasem zdarza, lubo coraz rzadziej - dalej zatem nie rozumiem, z czego mam się cieszyć..?

      Że upowszechnienie internetu niszczy moje "miejsce pracy"..?

      Oświetlenie elektryczne to niewątpliwy postęp - ale czy producent świec miał z tego powodu tańczyć z radości na ulicy..?

      Usuń
    14. Jedni się cieszą, inni - smucą. I co z tego? Ty nie zarabiasz, zarabia ktoś inny. Dopisywanie ideologii do swoich osobistych niepowodzeń to żadna nowość, ale po Tobie spodziewałam się czegoś więcej. Co prawda jestem przyzwyczajona, że świat kończy się dla Ciebie na czubku Twojego nosa, ale często Twoje analizy rzeczywistości (zwłaszcza działalności państwa) były nadzwyczaj trafne.

      Usuń
  4. O urzędach i ich technicyzacji miałem wyrobione zdanie. Utwierdziło mnie w tym jedno zdarzenie. Firma, w której pracowałem (rok 2009) wygrała przetarg na dostawę dla ZUS. Przedmiotem zamówienia były..... dyskietki. TAK, DYSKIETKI. FDD 3,5".

    OdpowiedzUsuń

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...