czwartek, 16 maja 2013

Trudna Noc Mamy Pajęczycy

Wolałbym już w te końskie "pokrewieństwa" nie wchodzić. Bo jeśli Margire, pospolicie zwana "Maleństwem" (bo przez wiele lat była naszą najmłodszą...), ma być moją "córuchną", a jej wciąż jeszcze bezimienna (ale przymiarki trwają...) córeczka "wnusią" - a jednocześnie, wiemy dobrze, że ta sama Margire jest także znana - przez wzgląd na wielekroć udowodnione sprawstwo kierownicze rozlicznych ucieczek i innych psot - jako "Małe Złe", "Wierna Sługa Szatana" , a nawet "Ukochana Córka Szatana": to kim, w takim razie, ja jestem..?

No dobra, to było podchwytliwe pytanie...

"Wnusia" w rzeczy samej wygląda pluszowo:


i, choć ma ledwo dobę z małym kawałkiem, już ją chłopaki zaczepiają:


Co, zresztą jest częścią problemu. Problem, tak w ogóle i w szczególe, ma na imię Melesugun: nasza alfa wczoraj kilkakrotnie (z tego, co zauważyliśmy) atakowała najnowszy przychówek - atakowała ostro, zębami, gryząc ją i przewracając.

Jasnym było, że trzeba w tej sytuacji przy koniach dyżurować. Gdy byłem u nich przed snem, około 21.00, Margire z córką były zapędzone na najbardziej jałowy, piaszczysty kawał Padoku Zimowego - i mała leżała tam na piasku pod płotem.

Lepsza Połowa około 22.00 widziała zbliżony widok.

Budzik miałem nastawiony na północ, ale pół godziny wcześniej obudził mnie koszmarny sen: widziałem, we śnie, jak Margire strzeże zwłok swojej córki, padłej na skutek obrażeń odniesionych wcześniej w ciągu dnia...

Akurat kompletnie się to nie sprawdziło, bo gdy zapaliłem światła: Mała stała przy płocie i wyglądała o wiele lepiej niż za dnia (nocą jest o wiele przyjemniej: nie tak gorąco, owady nie dokuczają, powietrze rześkie i pachnące...). Za to - nie najlepiej wyglądała jej matka. Która, po prostu, nie bardzo miała co jeść.

Przez ponad godzinę próbowałem jakoś tak zrobić, żeby stado pozostało na pastwisku - a Margire mogła się przenieść pod wiatę, lub chociaż w jej pobliże (urządziliśmy już po pierwszym wyźrebieniu taki prowizoryczny paśnik z ciągnikowej opony, na zewnątrz wiaty - właśnie po to, aby napięcia na tle dostępu do siana, potencjalnie groźne dla źrebiąt, bezpiecznie rozładować).

Nic z tego! Ilekroć tylko podprowadziłem ją bliżej wiaty - Melesugun wracała galopem. Ewidentnie nie po to, aby przytulić serdecznie nowy przychówek...

Owszem - można zamknąć bramę między Padokiem Zimowym, a Pierwszym Padokiem. Co z tego jednak, gdy oba starsze źrebięta już się nauczyły przechodzić pod ogrodzeniem - a bardzo je do siostrzyczki ciągnie i co raz to jeden, to drugi - próbował ją wciągnąć do swoich zabaw..? W tych warunkach zamknięcie bramy mogło oznaczać tylko i wyłącznie - szybką destrukcję całego ogrodzenia.

Nie chciałem gwałtem przeprowadzać Margire na pastwisko sądząc, że w tym szaleństwie jest metoda: niewątpliwie piasek będzie nad ranem o wiele cieplejszym podłożem dla nowo narodzonego maleństwa, niż mokra trawa. Bałem się zresztą, że tam się historia powtórzy.

Koniec końców, musiałem dać za wygraną. Margire z Małą zostały na piaszczystej "plaży" w górnej części Padoku Zimowego - a reszta stada: na pastwisku. Taka konfiguracja wydawała się przynajmniej bezpieczna dla źrebięcia.

Kolejną kampanię zaplanowałem na poranek uznając, że światło dnia, a w razie potrzeby, także i pomoc Lepszej Połowy - pomogą rozegrać tę bitwę lepiej.

Już nie ustawiałem budzika i tak spodziewając się, że wstanę skoro świt. Rzeczywiście - poderwało mnie o wpół do piątej.

Jakież jednak było moje zdziwienie, gdy sylwetkę Margire (bardzo charakterystyczną - ma najjaśniejszą maść ze wszystkich naszych koni...) ujrzałem daleko, daleko na horyzoncie... Zdecydowanie: poza WSZELKIM ogrodzeniem.

No cóż: "Małe Złe" (a młoda będzie "Jeszcze Mniejszym Złym" - co Lepsza Połowa już wczoraj stwierdziła...).

Przynajmniej rozwiązał się problem, o którym oczywiście też z niepokojem myślałem: jak tu kobyłę po całonocnym poście na mokrą trawę bez szwanku wypuścić..? Sama się wypuściła - jej problem!

Sprowadziłem Obie Złe, Małe i Mniejsze z powrotem na jałową i stromą ścieżkę cnoty. Oczywiście - jak tylko pojawiły się na Padoku Zimowym, stado przyprowadzone przez nafukaną Melesugun - już tam było.

Co było zrobić? Musiałem przynajmniej naprawić uszkodzony płot, a nie mogłem tego zrobić jednocześnie pilnując, czy alfa nie pogryzie "wnusi"...

Przeprowadziłem zatem matkę z córką na pastwisko. Stado, o dziwo, zostało przy wiacie.

Naprawiłem płot. Połaziłem z kąta w kąt. Obejrzałem roślinki w ogródku (topinambur chyba pierwszy pojawił się nad glebą...). Nic się nie działo. No to dałem im wcześniejsze (o jakieś trzy kwadranse) śniadanie.

Stado po śniadaniu przemieściło się zgodnie na pastwisko. Dalej: nic się nie działo!

Nic a nic z tego nie rozumiem, przyznaję. Wziąłem jednak z domu aparat (Lepsza Połowa, zaniepokojona moją długą już nieobecnością, właśnie brała się za podważanie haczyka, który zamyka od zewnątrz drzwi chatki...) - i porobiłem im trochę zdjęć:


Chłopaki - pajęczaki. Po nieśmiałości Mijana - niewiele zostało...



Nie ma to jak wskoczyć na brata


albo na mamę...


Młody Technik majstruje przy ogrodzeniu


A tu, proszę, dowód na to, że ZAŁOŻYŁEM wczoraj kantar Knedlikowi. Zajęło mi to, tym razem - tylko trzy godziny. Trend zatem jest pozytywny, a gdyby się utrzymał - jeszcze dwa razy i założę mu go "ot tak"...

Przy okazji tego zakładania kantara, zaobserwowałem zjawisko, od którego - serca nam obojgu, z Lepszą Połową, urosły! Otóż - w pewnym momencie udało mi się założyć mu na szyję uwiąz. Z tym, że nie zdołałem go zapiąć, nim mi się wyrwał (starannie przy tym pilnując, żeby mi przypadkiem krzywdy nie zrobić: Knedlik nie jest ani krnąbrny, ani złośliwy - on po prostu woli chodzić nago...).

Gdy skoczył, uwiąz przesunął mu się w okolice kłębu. Akurat tam, gdzie zwykle zakłada się siodło. I zwisał swobodnie z grzbietu. I tak zwisał sobie. I zwisał. A Knedlik kłusował. I kłusował...

Z wrażenia - zapomniałem go łapać przez chwilę. To jest właśnie taki koń, na którego grzbiecie można sobie spać w czasie marszu.

Gdyby nie wlazł w krzaki, o które uwiąz się w końcu zaczepił i spadł - to by tak pewnie kłusował z tym swobodnie zwisającym uwiązem na grzbiecie aż do teraz.

Doszliśmy potem do wniosku, że właściwie - to nam bardzo żal ludzi, którzy jeżdżą konno, ale nie na achałtekińcach...


Nasza pluszowa "wnusia" raz jeszcze...


"Matka - Polka" (choć z pochodzenia Rosjanka...), czyli Osman Guli, szerzej znana jako "Buba" - do której lgną wszystkie źrebięta bez wyjątku.

Ona jest taką świetną matką dlatego że nie myśli. Kto nie myśli - nie popełnia błędów. Instynkty są nieomylne...


Żeby nie było: Mijan, widoczny po prawej, chwilkę wcześniej, najbezczelniej na świecie, usiłował się dobrać do cycka nieswojej mamie...


Taki jestem piękny..!


a "szkódny"... (jak to mawiają miejscowi...)


Nikt mnie nie głaszcze, to się chociaż gałęzią podrapię...


Matka z córką.

Oczywiście, poza problemem, który ma na imię Melesugun, pozostaje też kwestia tego, jak wygląda tyłek Margire. No - wygląda tak, jak wyglądać powinien po tym, gdy najmniejsza ze stada kobyła rodzi największe w roczniku źrebię:


Widoczne otarcia naskórka (w środku jest ich więcej: Margire, na której w klinice dr Golonki praktykanci uczyli się mierzyć koniom temperaturę, spokojnie daje sobie rozewrzeć srom i zajrzeć do środka - nawet teraz...), opuchlizna na prawym pośladku poniżej sromu, od czasu do czasu wciąż niewielkie krwawienia - i obfite upławy barwy ciemnobrunatnej...

Zdaniem Pana Doktora, którego konsultowałem w tej sprawie już wczoraj: tak właśnie być powinno i na razie - nie ma powodów do niepokoju.

Kobyła ma apetyt, nie wykazuje takiego behawioru, który kazałby sądzić, że coś ją boli (nie odstawia uszu do tyłu, nie poci się, nie kręci niespokojnie, nie kładzie i nie wstaje bez powodu - wieczorem się starannie wytarzała i tyle...). Znalazłem w kącie Padoku Zimowego, akurat tam, gdzie ogrodzenie zostało przerwane - kupkę nieco nietypowego, rdzawobrunatnego koloru. Skądinąd: gdyby doszło do perforacji - to już byśmy o tym wiedzieli po ponad dobie...

Tak opisuję to wszystko głównie po to, żeby siebie samego uspokoić. No bo przecież - trzęsę się ze strachu, to chyba jasne, nie..?

10 komentarzy:

  1. Przepiekne zdjecia rodzinne :)

    Mam propozycje na pseudonim artystyczny Szanownego Dziadka: Luci-Fer (prosze o zachowanie tej pisowni ;) (biorac pod uwage dzialalnosc na blogu oraz nocne oswiecanie koniowatych, bedzie jak najbardziej uzasadnione).

    Dla mniej rozgarnietych mala wskazowka - ten pseudonim ma wiecej wspolnego z Eärendilem niz z Morgothem...

    OdpowiedzUsuń
  2. Pięknie Wam się powiększyła rodzina. Gratuluję Dziadkowi ślicznej wnusi. Niech wszyscy zdrowi będą!

    OdpowiedzUsuń
  3. Cudne cudeńka, gratulacje dla Mamy i dla Was :-)))) i oby zdrowo się chowały.....

    OdpowiedzUsuń
  4. No Dziadku Jacku, tylko pogratulować. I spokoju życzyć. To zrozumiałe że się denerwujesz, ale patrząć z zewnątrz to macie tam sielankową końską minispołeczność, naprawdę to rzadkość. Jest li jeszcze gdzieś takie achałtekińskie stadko chowane luzem razem z reproduktorem? Jeśli nie, to chyba na Was trzeba kiedyś jakąś tv nasłać czy chociaż w prasie opisać. Spokoju, i uregulowania stosuneczków między babami.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. No właśnie doszliśmy do wniosku,że między Atlantykiem a Uralem - nie ma. W USA jedna kobieta, którą zresztą Lepsza Połowa poznała w Aszchabadzie, też tak achałtekińce hoduje.

      Tylko musi się ta tv pośpieszyć - bo jak Knedlik zrobi swoje, tym razem już nieodwołalnie - musi wracać do domu...

      Usuń
  5. Odpowiedzi
    1. Reklamą w prasie sam mogę się zająć...

      Usuń
    2. No to leci do nich list. Zobaczymy.

      Usuń
  6. Po pierwsze gratuluję kolejnego szczęśliwego porodu i życzę aby relacje w stadzie się ułożyły na dobre.

    A po drugie życzę spokoju, proszę spojrzeć na Knedlika, wszak to ojciec i brać z niego przykład. Myślę, że choć Knedlik jest odpowiedzialny za całe to zamieszanie to znacznie mniej się od Pana przejmuje. Bo ufa w matczyne instynkty swoich "żon".

    Pozdrawiam :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Oj, nie widział Pan Knedlika w czasie porodów! Był przerażony, spocony, zziajany i wyczerpany o wiele gorzej od każdej z położnic... Długo potem musiał odpoczywać.

      Usuń

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...