niedziela, 19 maja 2013

Topinambur, wino z czarnego bzu i skutki sympozjonu

Pora wracać do rzeczywistości po burzliwym okresie wyźrebień. Zapuściliśmy się przez ten czas kompletnie. Na ten przykład - kompletnie nie wiem, co się dzieje z naszym łączem internetowym. Jeszcze kilka dni temu sączyło się jak krew z nosa pod pretekstem, że skończył się miesięczny limit. A gdzieś tak od piątku - szaleje! Czasem nawet ponad 100 kb/s pokazuje - i nie tylko pokazuje, ale i działa tak szybko, jak nigdy dotąd.

Zdaje się, że w tzw. "międzyczasie" - skończyła się nam umowa z Erą. Warto by się było przejechać do Warki i pogadać na ten temat... Co prawda - niezbyt wierzę, żeby mieli w ofercie modem, który zarazem będzie współpracował z procesorem Motoroli w naszym archaicznym kompie - i nie będzie powodował wywalania się całego systemu (ostatnio nasz stary Huwawei zrobił się pod tym względem nie do zniesienia...) - ale zapytać przecież mogę, czyż nie..?

Dziś też nie będzie, podobnie jak wczoraj, żadnego poważnego i problemowego wpisu. Właśnie skończyłem pisać artykuł dla "KT" i - wybaczcie Państwo: nie dam rady.

Stado polazło sobie na pastwisko, nie chce mi się w tym upale za nimi łazić - nowe zdjęcia z piątkowej sesji będą się zresztą zapewne sukcesywnie ukazywać na stronach, które podawałem wczoraj, a oprócz tego - w stosownym wątku forum Re-volta.pl.

Srom Margire, który już wczoraj wyglądał o wiele lepiej - goi się teraz w oczach. Zeszła już prawie cała opuchlizna, wysięku prawie nie ma - w przeciwieństwie do wczorajszego poranka, nie ma nawet czego myć.

Najmłodsza z matek wciąż trzyma się nieco na uboczu, ale wczoraj wieczorem na ten przykład - źrebięta ganiały się już we trójkę...

Z czystym sumieniem zatem - daję Państwu zdjęcie kiełkującego w naszym ogródku topinambura:


Z czystym też sumieniem oddaliśmy się wczoraj przyjemnościom sympozjonu z bardzo dawno (bo ponad rok) nie widzianymi Przyjaciółmi z Warszawy.

W toku sympozjonu, jak to zwykle przy dobrej zabawie bywa, całkiem niespodziewanie skończyła się nam butelka wcześniej przygotowanego i schłodzonego wina z jabłek Zulusa z dziką różą i tarniną (tak jest - ta sama, którą też Państwu na zdjęciu pokazywałem - dziewczynom w piątek chyba jednak nie smakowało, bo ledwo usta umoczyły...).

Sięgnąłem zatem po ukryte na strychu zapasy. No i przeżyliśmy bardzo miłe zaskoczenie!

Odstałe już ponad pół roku wino z owoców czarnego bzu - prawdziwy rarytas. Smak nie do porównania bogatszy niż tuż po rozlaniu. Moc wzrosła, choć pojęcia nie mam, jak to w ogóle możliwe.

Bardzo przyjemnie się nam to wino spożywało. Tak przyjemnie, że trzeba było napocząć i trzecią butelkę - wina z jarzębiny. Od której pewnie zaczniemy dzisiejszy z kolei sympozjon, z naszymi sąsiadami i przyjaciółmi zza torów, którzy mają do nas wpaść popołudniu.

Niestety - nie wszystkie skutki sympozjonu były tak miłe i przyjemne. Co prawda - żadnego "day after effect", nic z tych rzeczy - rześki jestem i zdrowy na ciele i umyśle jak dawno się nie czułem.

Za to - byłem podobno tej nocy brutalny. Dla naszego koćkodana. Który - podobnie jak kilka tygodni temu - wylądował za drzwiami chatki.

Tym razem jednak, nie na długo. Ledwo przymknąłem znużone powieki, rozkoszując się ciszą i dodatkową powierzchnią spalną - gdy z tyłu, za chatką rozległo się dramatyczne miauczenie, przypominające, oczywiście, płacz dziecka.

Nie! To nie był lisek który, znudzony obchodzeniem okolicznych kurników, postanowił urozmaicić sobie dietę kociną. Ani nawet nie któryś z wałęsających się po okolicy psów.

To był mały, czarny kotek, który próbował podłączyć się do stada złożonego z naszych obu tłustych kocic - i zwiał w ciemność, gdy mnie zobaczył...

Cóż było zrobić..? Koćkodan wrócił do chatki. I jeszcze kilka razy tej nocy postawił mnie na równe nogi. Mszcząc się w ten sposób za to, że bezczelnie spraszamy sobie gości podczas gdy, jak powszechnie wiadomo, cała nasza uwaga i wysiłek, powinien być poświęcony - koćkodanowi...

W tej chwili odpoczywa:


A w nocy już coś dla nas wymyśli! Przecież nie może pozostać zbrodnia bez kary...

7 komentarzy:

  1. Jadacie topinambur? U nas jest plaga z tymi bulwami. Ja lubię, mąż nie cierpi rośliny w ogrodzie. A ona jest wszędzie i zawsze, i nie można jej wytrzebić choć trochę. Owce lubią bulwy na przednówku, ja kwiaty późną jesienią, a bulwy zawsze. Pozdrawiam

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dopierośmy pierwszy raz wsadzili, kiedy niby było jeść..?

      Usuń
    2. Myślałam, że może wcześniej próbowaliście.

      Usuń
  2. a czy ten topinambur się w ogóle trawi? bo o ile wiem to w większości blonnik nietrawiony przez czlowieka

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Nie wiem jak dla człowieka, ale jako pasza dla zwierząt był na zajęciach z paszoznawstwa gorąco polecany...

      Usuń
    2. Dla czlowieka tez dobry... Tylko trzeba bulwy specjalnie traktowac, bo inaczej moga zaszkodzic.

      Nie jestem 100% pewien ale chyba P. Wojciech Majda cos na ten temat kiedys pisal w swoim blogu o roslinach uzytkowych...

      Usuń
  3. Bulwy jadam od kilku lat, kwiatów nie próbowałem, można je jeść? Bilety jadam na surowo lub smażone łatki bądź frytki, najlepiej popijać kefirem. Bakterie rozloza inuline z bulw dopiero w jelicie grubym, więc gazy będą przeogromne.

    OdpowiedzUsuń

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...