czwartek, 30 maja 2013

Świąteczny poranek

rozpocząłem ok. 5.00 rano, kiedy już nie dało się dalej leżeć na łóżku i udawać, że się śpi - koćkodan bowiem, drychnący wcześniej przy moim lewym boku, oddał się porannej toalecie, od czego łóżko trzęsło się jak w febrze, a ja szybko byłem równie mokry, co jęzor koćkodana. No - z całą sympatią, ale tego się już wytrzymać nie dało...

Konie były daleko, przy ogrodzeniu od strony wsi. Poszedłem więc obejrzeć ogródek - czy tam co przypadkiem nowego nie wykiełkowało. I zajrzeć do hydroforni - czy już zalało wyłącznik, czy jeszcze nie.

Ledwo jednak doszedłem gdzieś w okolice cebuli (rozpaczliwie wołającej o wypielenie...) - a patrzę i widzę, że stado gęsiego, za czołową... Madeszir - truchta w moim kierunku..!

No to już dałem im owsika, skoro same przyszły. A dla Państwa mam dwie słit focie, których nie wkleiłem wczoraj na angielskim blogu:


Madeszir z matką


Ostowar

Hydrofornia wczoraj wyglądała w sposób następujący:


Tak właśnie wygląda podczas pracy nasza chińska pompa - bohaterka, która po dwóch latach rdzewienia (no przecież, że jej nie wydobyłem ze stanowiska roboczego wewnątrz tej perforowanej rury - z natury jestem bałaganiarzem, Lepsza Połowa, która jest pedantką - minimalistką, ma ze mną krzyż pański pod tym względem...) na sucho - ruszyła jak gdyby nigdy nic, gdy w tym roku okazała się wreszcie potrzebna...

Co ta pompa robi? Już pokazywałem, ale teraz mam lepsze ujęcie, bo już wczoraj wypielonych była większość krzaków, które wcześniej zasłaniały widok:


Dziś widok byłby jeszcze lepszy, bo wczoraj dopieliłem się do płotu (przy okazji demolując okazałe mrowisko, które kryło się pod trawą...).

Wodę z hydroforni wylewamy w tej chwili dwa razy dziennie - rano i wieczorem. Na szczęście wczorajsza wieczorna burza ledwo nas musnęła koniuszkiem chmury, opadu wiele nie było. Następny prognozują nam tu dopiero na jutro rano - zobaczymy jak to będzie w praktyce. Lepsza Połowa zaraz po obudzeniu stwierdziła, że dzisiaj będzie padać. I w rzeczy samej, prognoza dla stolicy naszego powiatu przewiduje 8,3 mm - więcej nawet, niż rzekomo miało było spaść u nas w poniedziałek. No, ale do Białobrzeg jednak kawałek mamy...

Jak na razie żadnych trwałych szkód nie ma. W ogródku zalało najniżej położoną porzeczkę:


To zielone wokół porzeczki, to w większości gorczyca. Ale chwasty oczywiście też, jak najbardziej...

Oraz połamało część nadmiernie wybujałych łodyg rabarbaru, z którym zresztą - na ogół nic nie robimy, bo za ładny, żeby go obrywać:


Powiem szczerze: nie przepracowuję się. Wczoraj wszystko co zrobiłem, to nowe ogrodzenie wokół naszego dawnego, "eksperymentalnego" ogródka pod Laskiem (w zasadzie trzeba by jeszcze zrobić też takowe wokół dawnego sadziku - ale tu mnie zniechęca fakt, że przy życiu pozostała góra połowa drzewek, a i te - chyba już zdziczały po wielokrotnym przygryzaniu i odrastaniu z powrotem...) i jakieś 3 godzinki popieliłem. Potem trzeba było zająć się przelewem z "KT", który nareszcie dotarł, a potem był zaległy "Haus" z poprzedniego dnia, którego nie oglądałem, a potem to się już zbierało na burzę...

Tak więc - nie przepracowuję się. Konno też nie jeżdżę, choć powoli trzeba by, przynajmniej matki starszych źrebiąt, z powrotem do pracy wdrażać.

Mimo to - tak mnie coś łamie w całej tylnej części pleców - od krzyża aż po uda - że już i wysiedzieć przed komputerem ciężko! Zali byłby to skutek owych co najwyżej kilku godzin pielenia dziennie..? Normalnie, jakby ktoś wziął kłonicę i mnie równo, raz przy razie, od góry do dołu zbił. Właśnie jak po długim i wyczerpującym marszu - albo po dzikiej wyprawie ze Zbyszkiem...

Tymczasem - jest co robić. Na rozlanie wciąż czekają dwa baniaki wina. Osman Guli i Melesugun trzeba by ostrugać kopyta (nie wspominając już o tylnych kopytach Knedla - bo przody to mu w zeszłym tygodniu jakoś tam oskrobałem, pewnie że wciąż za mało, ale lepszo to niż nic...). No i pielić można na okrągło:


No, tu wczoraj odnotowałem niejaki postęp. Skądinąd te poziomki (lewy dolny dół zdjęcia, małe bo świeżo sadzone...), które wypieliłem kilka dni temu - zarastają już z powrotem...

Większość z tych grządek zresztą, chyba aż do jesieni pozostanie pusta. Najtańsze sadzonki poziomek są na targu po złotówce, truskawki po 1,50 - 2 złote. Trochę przesada! Choć, swoją drogą, wczoraj znalazłem na Allegro i po 6 złotych + koszty wysyłki - i to też ktoś kupuje..?

Potrzebujemy jeszcze jakieś 15 poziomek i ok. 80 - 100 truskawek. Na szczęście, to nawet i lepiej sadzić jesienią...

Za to ręce mi drżą, jak popatrzę na ten kawał ogrodu:


Sodoma i Gomora, nieprawdaż..!?

Posadziłem w tym guanie dynię, kukurydzę i fasolę. Dynia wschodzi bardzo dobrze, kukurydzę też już widać - i parę sztuk fasoli, mimo wszystko, też wykiełkowało:


A jeszcze ze dwa razy tyle jest tego na tym polu między ogródkiem, a przepędem dla koni prowadzącym na Wielki Padok, gdzie przez większość zimy składowałem wywieziony spod wiaty nawóz... (za cholerę nie potrafię znaleźć wpisu, przy którym dawałem zdjęcia tego miejsca...)

Być może - choć nie jestem tego pewien - wreszcie pokazał się nad ziemią nowozelandzki szpinak od Wojtka:


Jakkolwiek, nie wiadomo dlaczego, nasze koćkodany z całego ogródka upodobały sobie właśnie ten kawałek - i regularnie go zanieczyszczają. Nie wiem, czy wykopywanie dołków pomaga nasionkom wzejść..?

Z całą pewnością za to, obok wschodzą inne "egzotyki":


To chyba kard..? Choć jakoś podejrzanie do pospolitego u nas ogórecznika podobny...

No cóż, przynajmniej irysyów z niczym pomylić się nie da:



Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...