sobota, 18 maja 2013

Plany

Przyznaję, że dzisiaj nie mam czasu: w południe przyjeżdżają nasi Przyjaciele z Warszawy, a dzisiaj już KONIECZNIE musimy pojechać na targ i kupić wreszcie sadzonki pomidorów i ogórków - no bo jak ogródek bez pomidorów i bez ogórków wygląda..? Jasne, że wygląda marnie...

Mam zatem wszystkiego pół godziny, żeby coś Państwu zapodać na sobotę. Mógłbym przejść się pod wiatę i cyknąć parę zdjęć - ale po co, skoro wczoraj były u nas trzy wyśmienite fotografki i zrobiły lepsze..?

Proszę bardzo: zdjęcie Oliwii Chmielewskiej




kolejnych zdjęć powinniście także szukać u Poli Gałczyńskiej.

Sesja tak sobie się udała. Przepraszam raz jeszcze - ale jakoś nie mogłem się zdobyć na pozowanie koni. Na to jeszcze przyjdzie czas: jak źrebięta będą trochę starsze, a wszystkie kobyle tyłki - zdrowe.

W efekcie, przez ponad dwie godziny, koniostan albo kwitł pod wiatą, albo snuł się mniej lub bardziej żwawym stępem, oganiając się od meszek i komarów. Dopiero gdy zapadł zmrok, zaczęło się coś dziać. Na przykład - Ostowar wybył poza ogrodzenie, po raz kolejny wystawiając na próbę Świętą Cierpliwość swojej - nadzwyczaj, co trzeba przyznać, cierpliwej - matki.

Tytułowe plany wyłuszczyłem z grubsza w komentarzach pod poprzednim postem - w odpowiedzi na pytanie Joanny.

Idąc na skróty - przekopiuję tutaj te odpowiedzi, bo domyślam się, że pewnie dla części z Państwa mogą być interesujące - a tak, łatwiej je będzie znaleźć:

Plany są takie, że Knedlik powinien zrobić dobrze wszystkim trzem małżowinom po raz drugi.

Powiem szczerze: to jest koncepcja, która urodziła się latem zeszłego roku głównie z przyczyn terapeutycznych. Otóż nasze zapasione i leniwe kobyły przez całe lata owszem lubiły seks (jak je zawiozłem do Czech...) - ale: bez konsekwencji.

Raz się udało, obecność Knedlik (no i cóż, że traktowanego jak worek treningowy..?) miała tu znaczenie nie tylko sprawcze, ale i - psychologiczne. Chodziło o to, żeby ciężarówki czuły się komfortowo (zawszeć to lepiej, gdy jest na kim frustracje wyładować, nieprawdaż..?) i żeby żadnej nie przyszło do głowy - zresorbować płodu, poronić czy inne głupoty wyczyniać.

Powtórka z rozrywki ma je - teoretycznie - "wciągnąć w rytm": żeby już zaźrebianie się i utrzymywanie ciąży aż do szczęśliwego rozwiązania stało się ich nawykiem - nawet i bez obecności Knedlika. Mam bowiem nadzieję, że jego wyjazdu, będąc znowu źrebne i przy źrebiętach - zbyt dramatycznie tym razem nie przeżyją.

Jeśli to się uda - w przyszłym roku będziemy już mieli większą swobodę manewru. To znaczy - będziemy je mogli inseminować. Na razie w grę wchodzą przede wszystkim nasi Przyjaciele z Estonii, którzy mają tu sporo do zaoferowania. Ale może - dogadamy się z Petrą i np. pobierzemy świeże nasienie od któregoś z jej bardziej utytułowanych ogierów..? Bez przyczepy to góra osiem godzin jazdy samochodem... Na to jest jeszcze czas.

Na razie się martwię, bo choć Osman Guli miała już dwie ruje, a Melesugun jedną - nie widziałem, żeby cokolwiek z tego wynikło, poza kolejną serią blizn na skórze ogiera. Inna sprawa, że przecież - widzieć nie musiałem...

Co do źrebiąt: wybór Knedlika na reproduktora nie był podyktowany jakimś zauroczeniem jego wielką karierą, bo żadnej kariery, jako żywo - gdy do nas przyjeżdżał, nie miał. W źrebięctwie uległ wypadkowi, więc ani nie startował w żadnych pokazach, ani nawet - nie jest jeszcze ujeżdżony, więc i o sporcie mowy być nie mogło.

Wybraliśmy go spośród dwójki kandydatów, których Petra mogła poświęcić na tak niebezpieczny dla ogiera eksperyment, kierując się rodowodem i eksterierem.

Oczywiście - zakochaliśmy się w nim nieprzytomnie, gdy tylko wysiadł z przyczepy - bo jakże takiego słodziaka, który w dodatku ma aż tyle powietrza pod brzuchem, nie kochać..?

Tymczasem w zeszłym roku jego brat został czempionem Europy (fakt, że wirtualnym - dlatego nic o tym aż do niedawna nie wiedzieliśmy, bo na skutek lenistwa Francuzów, normalnego czempionatu nie było, sędziowie ocenili przedstawione do konkursu konie zdalnie, na podstawie zdjęć i filmów).

No i - przyznaję - jak na razie jesteśmy zszokowani jakością uzyskanych źrebiąt. Tfu, tfu, tfu!

Wszystkie trzy są przede wszystkim bardzo mocne. Nie na darmo podawałem, przy opisie pierwszego porodu, kiedy Ostowar wstał, kiedy zaczął ssać, itd. To są dość ważne prognostyki na przyszłość. Nie znam tych danych w odniesieniu do pozostałej dwójki, ale w obu przypadkach - całość akcji porodowej i "po-porodowej", czyli wszystkiego tego, co kończy się obrazkiem źrebięcia ssącego matkę i dowodzącego swej pełnej sprawności fizjologicznej - zamknęło się w czasie krótszym od godziny.

Klaczka ma wszelkie dane na bardzo wysoką bonitację. Jest absolutnie typowa, będzie miała bardzo ciekawą maść - i wyrośnie na kalibrową (jak na achałtekińca), mocną kobyłę.

Ostowar to oczywiście "mistrz pierwszego planu", jak stwierdziły fotografujące go wczoraj dziewczyny - będzie z niego ogrzysko jak się patrzy.

Mijan na razie pozostaje w cieniu brata. Szybkością jednak i zwinnością, zdaje się go przewyższać. W najgorszym razie - powinien być doskonałym koniem użytkowym. Tym bardziej, że jest ciekawie i obficie malowany - a to się w Polsce podoba.

Petra jest bodaj w Taszkiencie, bez uzgodnienia z nią nic więcej powiedzieć nie jestem w stanie. Z całą pewnością, mamy co najmniej jednego odsadka płci męskiej na sprzedaż.

Klaczkę oczywiście bardzo chętnie bym zatrzymał, ale - zdziwiłbym się, gdyby Petra jej nie chciała. Jeśli zostaną ogierki, to w Boskiej Woli trzymać ich nie jestem w stanie. Z czysto technicznych względów. Jeśli się nie sprzedadzą od razu, będę miał dla jednego lub dwóch znajomych rajdowców bardzo ciekawą propozycję...

Tymczasem - tyłek Margire, który jeszcze wczoraj bardzo mnie martwił - zdaje się szybko poprawiać. Dalej są na nim krwawe smugi, ale nie mamy wątpliwości - bośmy to wczoraj widzieli - że są one skutkiem obcierania się o drzewo. Wiadomo - jak się goi, to swędzi...

Zmniejszyła się opuchlizna, a i wysięki są dużo mniej obfite. Jak wrócimy z targu umyjemy jej okolice sromu ciepłą wodą - i wtedy zdecydujemy, czy fatygować Pana Doktora z Warszawy, czy nie.

6 komentarzy:

  1. Umyjcie ja różowym roztworem nadmanganianu potasu, rozpuszczonego w letniej wodzie :)
    MK

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Od wczoraj rana stan wiadomego tyłka dość szybko się poprawia...

      Usuń
  2. Seks bez konsekwencji zdaje sie byc jakims znakiem czasu, skoro nawet koniowate dotyka...

    OdpowiedzUsuń
  3. Czy mogłabym prosić o podanie imion i rodziców Pana klaczy?

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Proszę bardzo:

      Osman Guli (Mihman - Opera)
      Melesugun (Serasker - Monogramma)
      Margire (Gazanch - Melemahmal)

      Usuń
    2. Dziękuję bardzo! Mam nadzieję, że dobrze oznaczyłam zdjęcia https://www.facebook.com/media/set/?set=a.217333491718489.47046.216784818440023&type=1

      Usuń

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...