wtorek, 28 maja 2013

Nieuniknione

Stało się wreszcie, co stać się musiało. Po prawie dobie opadów, chwilami wcale gwałtownych - półtorej godziny temu w Boskiej Woli zgasło światło.

Już jest z powrotem, skoro to piszę (genialny wniosek, nieprawdaż..? No niestety, właśnie przekonałem się wczoraj, że geniuszem wcale nie jestem... Na szczęście: wiedziałem to od dawna, bo też i zawsze było tak na matematyce, że z raz poznanej reguły umiałem zwykle korzystać zręcznie - ale wymyślać coś samemu od początku - to nie moja liga...).

Jeśli tak ma wyglądać cała ta "katastrofa globalnego ocieplenia" - to rzecz jest może przykra, może zaskakująca (stawiałem jednak na pustynnienie Polski - naszym koniom w to graj...), ale cóż: w Szkocji też ludzie żyją, nieprawdaż..?

Trawa rośnie jak głupia, roślinki różne wschodzą, rosną, kwitną - nawet świeżo nastawione baniaki z winem, mimo niewysokiej temperatury, przecież bulgoczą, tyle że wolniej (z czego wniosek, że lada moment mogę potrzebować... więcej baniaków! Bo jak się te do sierpnia nie zwolnią..?). Do własnego łyskacza z czasem też dojdziemy, to tylko kwestia zdobycia środków na inwestycję pt. "destylarka"!

Jeśli ta "pora deszczowa" skończy się na maju, połowie czerwca - będziemy mieli urodzaj, może nawet wielki. Jak potrwa dłużej, wielkie g...no z tego będzie, podobnie jak dwa lata temu.

Na razie najbardziej boję się o nasz komin. Już wieczorem zaczęła nim płynąć do chatki woda. Rozniósł się wszędzie zapach mokrej zaprawy. Jak tak dalej pójdzie, to się nam po prostu rozpuści. Palić strach, bo nie wiadomo czy nie popęka - nie palić drugi strach, bo nie wysycha...

Na jutro prognoza przewiduje dzień pogodny, a nawet słoneczny, po czym od czwartku - znowu deszcz, chwilami bardzo gwałtowny. Jutro zatem postaram się zrobić jakieś zdjęcia, bo potem pewnie znowu nie będzie warunków.

Jak i teraz, bo wciąż przykro nos za drzwi wystawić. Konie w większości pod wiatą, choć rano, gdy niosłe im śniadanie, były daleko na pastwisku. Ta tylko przykrość, że pod wiatę, choć im nawet część magazynową otworzyłem na stałe, żeby miały więcej miejsca, najczęściej "nie mieści się" najmłodsza klacz z  najmłodszą w stadzie córeczką. Przestałem już jednak je przestawiać. Kobyła ma łeb większy od mojego, niech ona się o dziecko martwi...

Wylewam w tej chwili wodę z hydroforni, bo już prawie do wyłącznika doszło - stąd zaraz, pewnie jeszcze przed publikacją posta, będę musiał wyskoczyć sprawdzić, czy już się wylało, czy jeszcze nie.

Pieniądze z "Końskiego Targu", podobno tydzień temu przelane, wciąż nie dotarły na moje konto. Wprawdzie nie umieramy bynajmniej z głodu - przypomniałem sobie, że i na miejscu mam od kogo pożyczyć - ale dobrze byłoby popłacić niektóre rachunki, które tylko przelewem daje się uregulować, bo już nie przysyłają papierowych przekazów pocztowych. Tym sposobem, za chwilę pewnie stracimy telewizję. Niby mała strata, osobliwie gdy nie ma prądu - ale co ja zrobię, gdy mojego "Housa" wieczorem nie obejrzę, a..? Już nie wspominając o ulubionych programach kulinarnych Lepszej Połowy...

Tymczasem, czekając aż prąd wróci, czytałem sobie z braku innych możliwości "Lalkę", wypożyczoną głównie dla Lepszej Połowy.


Przyznaję, że teraz, gdy niewiele lat mi brakuje do wieku głównego bohatera, o wiele trudniej jest mi się z nim utożsamiać niż kiedy miałem lat naście. Niby to logiczne - sam się sprzedał, to teraz, gdy go kryzys wieku średniego dopada, spodziewa się kupić sobie pannę, a tu, niestety: wtopa, chemii nie ma.

Wszystko to jest jednak jakieś takie naiwne, drażniące,  sztuczne - mimo że Prus używa okazji, aby z konwenansów trochę sobie podworować, to przecież i sama owa namiętność Wokulskiego do Izabelli czystą zdaje się być konwencją: on ją czci jak Matkę Boską na ołtarzu, zamiast na wyro za kudły zawlec - to i czemu się dziwić, że nic z tego nie wychodzi..? 

Być może takie wtórne zdziecinnienie to nic dziwnego w ramach "kryzysu wieku średniego". Może to nawet nieuniknione. Jak nasza przerwa w dostawie prądu. A może tylko - z konwenansów dworując, sam Prus w inne tylko popadł..?

Idę sprawdzić co tam z hydrofornią...

17 komentarzy:

  1. Dworujac sobie z jednej z form romantycznego podejscia do kobiet (wlasciwie dlaczego to ubostwianie kobiet kojarzy sie z romantyzmem a nie sielankowe "bara-bara" na lonie natury, tudziez na sianie...?!), nie bral przykladu z mistrzow romantycznych (wpomne tu jedynie Mickiewicza i Chopina), ktorzy romantyzmu uzywali jak wabiku na plec piekna... ?

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Bo się do tego jeszcze mieszczańska pruderia dołożyła widać...

      Usuń
  2. "Pan Tadeusz" - współczesnym Mickiewiczowi taki "harlekin"(czy jak się tam nazywa kiepskie, babskie romansidła) a nam teraz... Hym!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Zauważ różnicę między poziomem audytorium, dla którego "Pan Tadeusz" był harlekinem (podobnoż panny w tym czasie "Heglem mówiły", tak się zaczytywały modną filozofią - co zresztą, może i szkoda, bo na zdrowie na pewno nie wyszło...), a poziomem audytorium współczesnego, dla którego jest to jakaś starożytna, kompletnie niezrozumiała i z musu tylko oglądana (bo kto by czytał..?) ramota...

      Usuń
    2. Teraz rozumiem czemu moje latorosle czasami mowia o mnie "starozytny" ;) .
      Jak czlowiek latem, po ukonczeniu piatej klasy, "polknal" w tydzien (w sumie polykanie trwalo 2 dni i 2 noce, wczsniej meczylem sie cztyajac heksametr wersami a nie zdaniami :( , "Pana Tadeusza" a "Iliade" i "Odyseje" latem rok pozniej, to moze miec podejrzenie, ze jakis wplyw na czlowieka taka lektura wywrze... ;)

      Usuń
  3. Lubię "Lalkę". Nie ze względu na podejście Stacha do Izy, ale za wszystko inne. A daszku nad kominem wykonać się nie da?

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Najbardziej mi się podoba "Pamiętnik starego subiekta"...

      Daszek w pewnym sensie jest. Tyle że komin jest z takich betonowych kształtek, używanych do budowy wentylacji - a one mają porowatą strukturę i w tej chwili, zwłaszcza że z boku zacina, cały wodę chłonie.

      Znowuż, żeby komin z cegły zrobić, trzeba by pół chatki rozebrać - a taki sam jak mamy, trochę nawet gorzej wymurowany, przecież trzy lata przetrwał.

      Usuń
    2. @Jacek Kobus: Panie Jacku! W sprawie kominka - niekoniecznie najtansze rozwiazanie - w te ksztaltki wpuscic rure (o mozliwie najwiekszej srednicy) nierdzewna.

      Przylacze od Herculesa troche moze przyspozyc balaganu (trzeba najpierw wiecej rozkuc przewodu kominowego zeby moc wstawic kolanko (choc lepszy bylby trojnik z mozliwoscia odprowadzania popiolow z komina i mozliwoscia ich usuwania bez koniecznosci demontarzu rury od Herkulesa przy kazdy czyszczeniu komina...).

      Usuń
    3. No, życie studenckie, życie w baaardzo żółtej kamienicy... Umiał opisać wyjątkowo barwnie.

      Usuń
    4. @ Falco

      Ależ oczywiście, że sam przewód dymowy to nierdzewka idąca od Herculesa aż nad kalenicę dachu, w dodatku opatulon w specjalną okładzinę.

      Tyle, że samej rury, nawet opatulonej, nie da się przeprowadzić przez drewniany strop i dach, nie mówiąc już o tym, że na czymś się to zwyczajnie musi trzymać - wytrzymałość konstrukcyjna takiego przewodu z rurek jest praktycznie żadna, pierwszy wiatr by to zdmuchnął. I stąd owe kształtki od wentylacji, jako rozwiązanie najprostsze i - co bardzo ważne - najlżejsze.

      Cały komin stoi po prostu na podłodze...

      Usuń
    5. Musialem niestety jakis ze starszych wpisow przegapic :( Opatulina pelni zapewne funkcje izolacyjne (p.poz).

      Jak juz bedzie sucho (i komin przeschnie) to warto go unigruntem kilka razy przeciagnac (wzmocni to ksztaltki i uodporni na dzialanie pogody). Choc prawde mowiac, to najlepiej problem obejrzec byloby z bliska (wtedy bylbym pewien, ze diagnoza wlasciwa).

      Niech Was burze omijaja, Panie Jacku!

      Usuń
  4. A z czym konkretnie Pan się utożsamiał?
    Czekam na zdjęcia :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Jak to z czym..? Z cierpieniem Wokulskiego oczywiście...

      Usuń
    2. O to szkoda. Nie zazdroszczę. Myślałam, że z szybkim bogaceniem się, powiększaniem majątku i organizacją ;)

      Usuń
  5. "Lalka" to jedna z tych lektur szkolnych, której najpierw przeczytałem brykę (bo potrzebna była znajomość na lekcje j. polskiego), a po roku roku czy dwóch sięgnąłem już bez kija nad głową po nią sam z siebie.

    Wokulski to książkowy wręcz przykład :) tego jak działać się nie powinno, jeśli chce się zaciągnąć pannę "na warsztat" lub choćby przed ołtarz. Lepiej by pieniądze spożytkował będąc widywanym z pięknymi dziewkami sprzedajnymi niż fundując jakieś charytatywne przedsięwzięcia...

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Nawet mu to pani Meliton w oczy mówi - a ten i tak słuchać nie chce...

      To już Sienkiewiczowski Kmicic mniej jest "papierowym amantem" - bo przynajmniej wyznaje maksymę "proś - a nie dają - sam weź..."

      Usuń
  6. Ja czytałam wszystko, co mnie w ręce wpadło, lektury miałam zawsze rok wcześniej przeczytane... Ale Prusa to ja byłam tylko w stanie "Przedwiośnie" przeczytać... Tak samo z Sienkiewiczem, jeszcze na początku podstawówki, to jakoś wchodził, ale potem to już koszmar! Aż do Gombrowicza, Tyrmanda czy Herberta cierpiałam męki czytając tzw. "lektury". I ciągle żałuję, że Norwida prozy w lekturach niema!

    OdpowiedzUsuń

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...