czwartek, 9 maja 2013

Do czego służą lekarze?

Pytanie z pozoru głupie. A nawet – obraźliwe. Jak to „do czego służą lekarze“..? Lekarze służą ludziom (niektórzy nawet – ludzkości: takich jednak trochę – strach…). Przysięga Hipokratesa, „służba zdrowia“ (znam doktora, który na ten termin reaguje alergicznie…), „ratowanie życia“ – takie rzeczy…

To jest, proszę Państwa – jednakowoż, niejakie nadużycie. W dotychczasowej historii medycyny, przez 99% czasu, jaki upłynął od jej powstania (a sądząc po śladach – udanej, bo kość się zrosła! – trepanacji na paleolitycznych czaszkach – absolutnie nieprawdą jest nazywać prostytucję „najstarszym zawodem świata“ – zawód lekarza – szamana jest z całą pewnością starszy…), głównym zadaniem lekarza było określenie, czy pacjent zaraz umrze – czy jednak, ewentualnie z pomocą takich lub innych zabiegów – da się go jeszcze tym razem odratować.



Zasadniczo, nic się i teraz pod tym względem nie zmieniło. Koniec końców – co wiele razy powtarzałem: KAŻDY kiedyś wreszcie umrze. Tyle tylko, że ludzie współcześni mają dziwną tendencję do traktowania śmierci jako skandalu. W świecie współczesnym umierać wręcz „nie wypada“. Cokolwiek by nie było przyczyną zgonu – zawsze niemal jest to traktowane jako „wypadek“, którego albo można było uniknąć, albo też – można było, dzięki medycynie, skutki jego naprawić.

Przyznam szczerze, że na miejscu lekarzy – chyba bym się zastanowił nad stworzeniem jakiejś „medialnej koalicji dla dobrej śmierci“ w celu zwalczania tej dziwnej postawy ludzi współczesnych. Postawa opisana akapit wcześniej – jest bowiem dla lekarzy śmiertelnie niebezpieczna i wpędza ich w nader nieprzyjemną sytuację.

Już nawet nie o to chodzi, że ktoś może mieć do lekarza mniej lub bardziej uzasadnione pretensje, gdy mu bliska osoba zemrze (różnie to bywa, rozpatrzymy to zresztą detalicznie poniżej…). Dużo groźniejszy jest fakt, że w praktyce nader trudno odróżnić obecnie „śmierć naturalną“ od „eutanazji“. Respiratory, pompy zastępujące serce – cała ta aparatura, stwarzając złudne niekiedy wrażenie, że pacjent wciąż żyje – doskonale maskują moment „naturalnej śmierci“. W połączeniu z psychicznym nastawieniem ogółu ludności, samych lekarzy NIE WYŁĄCZAJĄC – kwestia zaczyna się sprowadzać do tego, kiedy wreszcie – wyciągnąć z umownego kontaktu, umowną wtyczkę..?

Umowną, bo prawdą jest, że w bardzo wielu, jeśli nie – w niemal wszystkich przypadkach – lekarz może obecnie nie tylko określić, czy pacjent wkrótce umrze, czy jednak tym razem da się go jeszcze odratować – ale też: wydłużyć, nieraz bardzo znacznie, owo tak czy inaczej nieuchronne „wkrótce“. Wystarczy tylko zastosować stosowne procedury – lub też ich nie stosować.

Lekarz z posłańca przynoszącego wieści – którym był dawniej – w rosnącym stopniu staje się, a przynajmniej przybiera pozór – demiurga, który może coraz to dowolniej (w miarę, jak procedury medyczne ulegają komplikacji, coraz trudniejszym będąc do pojęcia przez laików…) pewnych ludzi „uśmiercać“, a innym „darować życie“. Jest to, oczywiście, tylko pozór. Ale teatrum szpitalne, wszystkie te lśniące chromem dekoracje wokół – znakomicie rolę tę uwiarygodniają.

Skoro Kaligula podobno zwariował uwierzywszy w swoją boskość – jak mają nie wariować lekarze, którym się tę boskość imputuje seryjnie, przemysłowo wręcz..?

Inna jeszcze sprawa, że rzeczywistość nasza szara i codzienna – daleka jest od wyidealizowanego obrazu, który znamy z jakże popularnych seriali medycznych w tv – i tak naprawdę, jak się komuś pechowo zapadnie na coś nietypowego i niekoniecznie znanego z rutyny – to ma wszelkie szanse umrzeć niezdiagnozowany. Nawet nie dlatego, że „medycyna“ jako nauka jest wobec jego przypadku bezradna – a raczej dlatego, że nikomu z jej adeptów, których ma szansę spotkać na początkowym etapie „kariery pacjenta“ – nie będzie się chciało tracić czasu i nerwów na poszukiwanie nietypowości i odstępstw od rutyny. Zajrzyjcie na blog koleżanki Tupai, jak chcecie ilustracji!

No ale – to akurat znowu – nic nowego. Przez wieki „dostęp do medycyny“, acz znacznie powszechniejszy, niż to przedstawia pozytywistyczna „literatura społeczna“, z „Jankiem Muzykantem“ na czele – był jednak stopniowalny. Jak chodzi o szeroki ogół ludności, to aż do czasów bardzo niedawnych, bo do końca wieku XIX – polegał on albo na „ludowych“ znachorach, położnych i szamanach – albo też: na dobroczynności „klas wyższych“. W ramach której już w starożytności przy świątyniach funkcjonowały przychodnie obsługujące każdego, kto tylko się zgłosił, miasta fundowały swoim mieszkańcom darmowe porady specjalnie w tym celu zatrudnionych lekarzy, a feudołowie (a zwłaszcza – feudałki…) opiekowali się chorymi poddanymi.

Owa „dobroczynność klas wyższych“ oznaczała czasami bardzo wysoki standard obsługi (jak w miejskim szpitalu w Brugii) – a czasami: tylko stwierdzenie, czy pacjent nadaje się do roboty czy nie.

Generalnie jednak, o „uporczywej walce o życie pacjenta“ mówić można było tylko w przypadku najmożniejszych. Niekoniecznie im owa „uporczywa walka“, polegająca na puszczaniu krwi i podawaniu wymiotnych dekoktów wychodziła na dobre – no, ale tak to już bywa: jak się jest „najmożniejszym“, trzeba ten krzyż nieść z całym dobrodziejstwem inwentarza, ludzkiej zawiści, niecierpliwości spadkobierców i właśnie – „troskliwości“ podopiecznych Eskulapa – nie wyłączając…

„Kathedralsocializmus“ Bismarcka na początku nie tak znowu wiele w tym obrazie zmienił. Lekarze opłacani przez obowiązkowe, powszechne „Kasy Chorych“ – dalej mieli głównie stwierdzać, czy pacjent może pracować czy nie – i, ewentualnie, ordynować mu proste, tanie środki ułatwiające powrót do pracy.

Już wcześniej, bo gdzieś tak od połowy XVIII wieku – trudniły się też państwa zwalczaniem epidemii. „Kordon“, który przed I rozbiorem rozciągnął wzdłuż granic swojego planowanego łupu król Pruski na terytorium Rzeplitej – miał był, jak rozgłaszano – zapobieg rozprzestrzenianiu się zarazy.

Prawdziwy przewrót nastąpił po II wojnie światowej. I więcej ma wspólnego z rozwojem samej medycyny, niż – z jej coraz powszechniejszych upaństwowieniem. Upaństwowienie medycyny, to oczywiście zło – o tyle, że stwarza szkodliwe ZŁUDZENIE, iż owa na samym wstępie omawiana, domniemana „nieśmiertelność“ – dostępna jest każdemu i zawsze. Oczywiście że nie jest – są pacjenci, których się leczy i są tacy, których się nie leczy. Normalnie – ci ostatni w ogóle by do lekarza nie trafili. Współcześnie – musi on brać ich odfiltrowanie na swoje sumienie, co mu na pewno – nie pomaga w pracy.

Generalnie jednak, jesteśmy jako cywilizacja tak zamożni, że czy przy państwowej, czy przy nie-państwowej medycynie – i tak niemal każdy, kogo naprawdę zaboli – drogę do lekarza znajdzie.

Znajdzie się zatem przynajmniej w przedsionku owego teatrum maskującego nieuchronność umierania. Zabronić tego ludziom nie sposób. Ale czy im to naprawdę na dobre wychodzi..? I czy jest sposób, aby przywrócić śmierć życiu – tj., na powrót przekonać ludzi, że umrą – wcześniej czy później..?

11 komentarzy:

  1. Nauczyłam się do lekarza chodzić tylko po L4. W większości przypadków leczę się sama. Po dwóch latach pełzania o kulach, gdzie każdy krok był torturą (niczym Mała Syrenka, gdy zyskała nogi zamiast rybiego ogona) nie wierzę już żadnemu konowałowi, czy łapiduchowi. Dwa lata diagnoz, jeżdżenia po "specjalistach" i wydawania kupy kasy na te wizyty i podróże niczego nie wyjaśniły, za to na każdym kroku albo mnie obrażano, że symuluję, albo wymyślano najgorsze choroby, jakie tylko mogły przyjść lekarzom do głowy. Miałam toczeń, raka kości, stwardnienie rozsiane, reumatyczne zapalenie stawów...
    Koniec końców okazało się, że męczył mnie najzwyklejszy przykurcz mięśni, który w ciągu 10 dni został bardzo pomniejszony dzięki masażom i akupresurze.
    Także moje zaufanie do instytucji karmiącej łapiduchów spadło diametralnie. Stwierdzam, że większość z nich składało przysięgę Hipokryta, nie Hipokratesa i ślubowało wierność mamonie.
    A śmierć jest "passe". Nie mamy z nią kontaktu, jest dla nas obca, bo jeśli ktoś umiera, to umiera z dala od domu w większości przypadków, w szpitalu (przy przyczynach naturalnych, szeroko pojętych) bądź w trasie, w wypadku komunikacyjnym. My widzimy tylko skutek: trumnę, kondukt pogrzebowy, cmentarz i grób na tym cmentarzu. Chyba że ktoś posiada zwierzęta żyjące krócej niż przeciętny człowiek, wtedy śmierć ich widzi i się z nią szybciej, czy wolniej oswaja. W tym wypadku też dużą rolę odgrywa wrażliwość i empatia. Wszak starego psa, czy kota można wykopać z domu i nie patrzeć, jak zdycha.
    Śmierć jest w czasach obecnych zakryta, oddalona i dlatego wydaje się być nieobecna, a kiedy się objawi - zaskoczeniem zwanym wypadkiem.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. @tatsu: Ludzie spychaja fakt i akt smierci poza nawias zycia, zapominajac, ze jest to jeden z koniecznych elementow w cyklu zycia.

      Czy to wynika z efektu nauczania KK, ze smierc, to kara za grzech pierworodny?!? Byc moze.

      Brakuje dzis nam kontaktu z natura (coraz wiecej osob, zachwyconych miejskim stylem zycia, przenosi sie do miasta i zyje "po miastowemu" czesto zapominajac o tym skad pochodza). Naturalny cykl zycia i smierci (widoczny wsrod roslin w cyklu rocznym) oraz zycia plynacego ze smierci czlonkow naszej grupy podstawowej (a czymze innym jest sytuacja kiedy ojciec zabija corki ulubionego kroliczka, czy tez (zadziej) prosiaczka lub byczka).

      Zapomnielismy juz madrosc naszych pradziadow w tym zakresie a przejawiajaca sie w symbolice Uroborosa i Drzewa Zycia.

      Usuń
  2. Krotka uwaga w kwestii "Panow Zycia i Smierci".

    Niestety "reforma" "sluzby zdrowia" wprowadzajaca na poczatek chore kasy a potem NFZ zmniejszyla mozliwosc skutecznego dzialania na rzecz zycia.

    Bo jak inaczej nazwac polroczne oczekiwanie na decyzje "specjalisty" z NFZ-tu dotyczace podjecia takiej a nie innej terapii antyrakowej (i wytlumacz wtedy pacjentowi ze zdjagnozowanym rakiem, jakie to szczescie jest, ze raka wykrylismy tak wczesnie :(

    OdpowiedzUsuń
  3. Jest jeszcze jedna rzecz o której nie wspomniano. Lekarze są delegatami koncernów farmaceutycznych. Mają przepisywać leki. Nie WYLECZYĆ ale LECZYĆ. Pomagać w sprzedaży.

    OdpowiedzUsuń
  4. ...przy okazji móc znaleźć inne, mogące dać się leczyć latami, schorzenie. I tak się nakręca ten przemysł.
    Ogólnie rzecz biorąc lekarze to ludzie- tak twierdzę- w większości pazerni na kasę, bez powołania, bez sumienia. Czasem napędem do leczenia i starań o zdrowie pacjenta jest u młodych konowałów chęć wypłynięcia. Rzadko zdarza się ktoś taki jak dr Wilczur :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. @Tupaja: No niestety taki model biznesowy mamy w roznych dzialach gospodarki i w roznych zawodach :(

      Dlatego popierajmy tych rzetelnych i uczciwych (niestety czasami wyglada to tak, ze sie wiecej /przynajmniej z pozoru/ jednostkowo zaplacic). Ale w ogolnym rozliczeniu jest to tansze i ... zdrowsze :)

      Usuń
  5. "Prawdziwy przewrót nastąpił po II wojnie światowej. I więcej ma wspólnego z rozwojem samej medycyny, niż – z jej coraz powszechniejszych upaństwowieniem. Upaństwowienie medycyny, to oczywiście zło – o tyle, że stwarza szkodliwe ZŁUDZENIE, iż owa na samym wstępie omawiana, domniemana „nieśmiertelność“ – dostępna jest każdemu i zawsze."

    Zaprzeczeniem tej tezy sa USA. Nigdy tam nie bylo panstwowej sluzby zdrowia, a symptomy opisane przez Ciebie wystepuja jeszcze czesciej i jaskrawiej niz w EU.
    Tu nie chodzi o panstwowosc. Zauwaz, ze w interesie prywatnej kliniki/szpitala/ubezpieczyciela jest znacznie bardziej oplacalnym trzymanie pacjenta w stanie beznadziejno/wegetatywnym czy ciezkochorobowym - bo w takim stanie cala pomoc, pobyt w szpitalu, leki etc. kosztuja majatek.

    W USA jak idziesz z byle g* do lekarza, to zaraz ci ordynuja tysiac pincet sto dziewincet roznych badan, wizyt, lekow etc. Za ktore oczywiscie placisz majatek, bo nawet jak jestes ubezpieczony to i tak musisz doplacac, poza tym masz deductible a w ogole ubezpieczenie malo co pokrywa (wszystko pokryte to maja tylko kongremeni :-\ ).
    A w takiej Norwegii, ktora jest upanstwowiona na maxa jak idziesz z dzieckiem do lekarza bo zaziebienie, to nawet antybiotykow nie daja, tylko zalecaja pic tran, zostac w domu zeby organizm sam zwalczyl drobnoustroje.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dlatego znachorzy lub Madre Kobiety (zwane tez babkami) prowadzili bardziej uczciwa forme uslug dla ludnosci.

      W sumie od nierzetelnie uprawiane znachorstwo szybko sie konczylo (bo zawsze w sasiedniej albo i w dalszej wsi byl inny znachor (babka), ktorzy leczyli skutecznie. I jak juz przypieto latke nierzetelnego (niekompetentnego) znachora, to grozilo takiemu "konowalowi" ostracyzmem spolecznym... . A to juz dosc uciazliwe na wsi jest... .

      W Irlandii przeziebienie (jak i grype) leczy sie hot whiskey. W Belgii odpoczynkiem, snem i przeciwbolowymi (lagodzenie bolow grypowych) a u mnie w domu grzanym piwem z koglem-moglem.

      Usuń
    2. @ futrzak

      A może by tak dla odmiany czytać tekst, który się komentuje, a nawet - cytuje..? Przecież wyraźnie piszę, że "przewrót" - WIĘCEJ ma wspólnego z samym rozwojem medycyny NIŻ z jej upaństwowieniem".

      A że uważam "upaństwowienie" za zło samo w sobie..? A to już insza inszość...

      Usuń
  6. Skoro lekarze opłacani są z naszych składek, to mają nas leczyć, a nie kombinować jak się nas pozbyć, bo to, bo tamto. I nie lekarze są od wyciągania wtyczki z kontaktu.
    Zgadzam się, że to środowisko zdegenerowane, nastawione na gromadzenie forsy choćby po trupach, a nie na wykonywanie swoich obowiązków. A im wyżej, tym gorzej.
    Pozdrawiam, życzę zdrowia i pogodnej refleksji o końcu naszego pielgrzymowania na ziemi.
    Michał Pluta

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Panie Michale,

      Jeśli lekarze będą "po prostu leczyć", nie zastanawiając się nad wyciąganiem wtyczek i selekcjonowaniem pacjentów - ich szpital nieuchronnie popadnie w długi i zbankrutuje. Taka jest nieubłagana logika systemu. Obiecano wszystkim to, czego dla wszystkich ewidentnie - nie wystarczy.

      Rozwiązaniem uczciwym ze strony odpowiedzialnych za to polityków byłoby przyznać, że po prostu - nie stać nas na leczenie "nieperspektywicznych" poddanych. Tego oczywiście nikt jawnie nie zrobi - ale bodźce ekonomiczne "wmontowane" w system, bardzo skutecznie zamieniają uwikłanych w ten proceder lekarzy w nowoczesne wersje doktora Mengele...

      Usuń

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...