środa, 22 maja 2013

Chów bezstajenny – żywienie koni

Wczorajsza rozmowa z Miłym Gościem, jak to między koniarzami bywa, zeszła na nowe trendy, perspektywy i kłopoty koniarskie. Między innymi – w żywieniu. Z czym i Miły Gość miał kłopoty, które go o mały włos życia osobistych koni nie kosztowały…

Prawie tydzień wytrzymałem nie fotografując naszej Najmłodszej - ale ile można..?

Żywienie koni nie jest sprawą łatwą ani małą. Po prostu – co jak co, ale układ pokarmowy konia, to się Panu Bogu nie udał. Można to też uznać za cenę nieuchronnego kompromisu pomiędzy rodzajem paliwa, jakim konie się napędzają (roślinność, na ogół podlejszego rodzaju, często zwłókniała, twarda…), a wymogiem ogólnej lekkości i zrywności tej „konstrukcji“.

W efekcie koń, żywiąc się ciężkostrawnym pokarmem roślinnym, zawierającym dużo włókien i celulozy – ma relatywnie niewielki żołądek, tak w dodatku połączony z przełykiem, że w praktyce cokolwiek tam wpadnie, wyjść może już tylko i wyłącznie drugim końcem, bo wrócić do góry nie da rady. Za żołądkiem też jest jeszcze kilka nader niebezpiecznych miejsc – zaczynając od tego uchyłka, gdzie z resztą układu łączy się jelito ślepe, najważniejszy bodaj organ trawienny konia, bo w nim bytuje gros okrzemków i innych żyjątek trawiących wielocukry i produkujących białka, a kończąc na śmiałych, godnych awangardowego architekta zawijasach, w jakie układa się końskie jelito grube, zwłaszcza w okolicach tzw. „krezki“, czyli zaczepu, którym całość podwieszona jest do kręgosłupa.

Istnieją tedy trzy główne niebezpieczeństwa w życiu konia, pochodzące od jego układu trawiennego.

Najpospolitsze z nich to tzw. „kolka“ (lokalnie, w stronach gdzieśmy teraz osiadli, zwana też „korkiem“…), czyli stan w którym z jakichś przyczyn pokarm przestaje się przesuwać w jelitach tak, jak powinien i ulega zablokowaniu.

Do kolki może dojść z bardzo wielu przeczyn. Zaczynając od zapchania światła jelita piaskiem lub robalami, poprzez różnego rodzaju kłopoty z burzliwie fermentującą lub ciężko zalegającą treścią jelitową, aż po alergie pokarmowe lub zaburzenia perystaltyki – co by wymienić tylko niektóre z nich.

Kolka nie leczona lub zbyt późno wykryta jest z zasady śmiertelna. Istnieją pewne „domowe“ sposoby radzenia sobie z kolką. Których jednak tutaj celowo nie podam. Z dwóch przyczyn. Po pierwsze – mamy bardzo małe doświadczenie w tej materii, bo żaden z naszych lub pensjonatowych koni, odkąd mieszkamy wszyscy w Boskiej Woli NIGDY nie kolkował (tfu, tfu, tfu…).

Po drugie – takie „domowe“ sposoby wymagają jednak odrobiny doświadczenia. Ten więc, kto to robił, to już wie. A kto nie robił, lepiej żeby na własnym, lub co gorsza, na cudzym koniu, z książki lub z internetu pierwszy raz nie praktykował, bo łatwo może dojść do nieszczęścia.

Podstawowa procedura w razie stwierdzenia kolki (jak stwierdzić kolkę? Objaw zewnętrzny: konia coś boli – kładzie się i wstaje, podaje uszy do tyłu, jakby wsłuchiwał się we własny zad, poci się, ogląda swoje boki no i, najważniejsze – nie defekuje. Dla sprawdzenia należy osłuchać koński brzuch – zwyczajnie, ucho do brzucha przytykając – jak nie ma szmerów, znaczy się – taśmociąg stanął…) to:
-       natychmiast wezwać weterynarza,
-       wziąć konia na uwiąz i aż do przyjazdu weterynarza oprowadzać konia (to MOŻE pomóc wznowić perystaltykę, zaś NA PEWNO pomaga – uspokoić zajętego oprowadzaniem właściciela lub opiekuna…),
-       jeśli jest taka możliwość – można też podać środki rozkurczowe.

Wiem, że czasami z przyjazdem weterynarza bywa kłopot. No trudno. Takie czasy. Dobrze jest mieć w zapasie kogoś z doświadczeniem, kto w razie najgorszej biedy – przynajmniej właściciela uspokoi, jeśli inaczej pomóc nie jest w stanie…

Drugie zagrożenie, też nierzadkie, nie ma tak gwałtownego przebiegu, ale jak się właśnie dowiedziałem, coraz to pospoliciej występuje w warszawskich pensjonatach. Jest to mianowicie stan, w którym koń dostaje (podobno..?) do oporu siana, musli, sieczki i czego tam jeszcze dają – a mimo to: chudnie.

To oczywiście może świadczyć o milionie różnych chorób i która zacz z tego miliona, tylko lekarz stwierdzić jest mocen. Przynajmniej mamy ten komfort, że od takiego chudnięcia na ogół nie umiera się w ciągu paru czy parunastu godzin, jak od kolki – więc można się z doktorem na dogodny termin wizyty spokojnie umówić.

Osobiście podejrzewam jednak dwie podstawowe przyczyny. I to jest w zasadzie GŁÓWNY powód, dla którego piszę ten tekst.

Po pierwsze – stale i systematycznie pogarsza się jakość siana w Polsce.

Najlepsze to w ogóle jest siano zbierane ręcznie – kostkowane lub (gorzej!) wałowane mechanicznie zawsze jest zapiaszczone. Coraz częściej też bywa zagrzybione. Co jest skutkiem m.in. tego, że coraz mniej stodół na wsi ma dach kryty strzechą lub gontem – taki dach oddycha, siano złożone pod nim lepiej traci resztki wody, nie zagrzewa się, gorsze są warunki do rozwoju pleśni i innych grzybów.

Najgorzej składuje się siano pod dachem blaszanym – a takich jest coraz więcej.

W dodatku, siana robi się w Polsce coraz mniej, bo i hodowli wszelkiego rodzaju zwierzyny (czy, jak to mawiają w kieleckiem: „gadziny“…) mniej z każdym rokiem, a robienie kiszonki zamiast siana, jest łatwiejsze – wiadomo zaś, że „organ nie używany, ulega atrofii“. W tym przypadku: zapomnieniu ulega sztuka robienia siana. W połączeniu z takimi anomaliami jak deszczowy lipiec – droga do katastrofy stoi otworem…

Siano takiej sobie jakości - ale przynajmniej: jest go bardzo dużo...

Po drugie – konie żyją w coraz to bardziej sterylnym środowisku.

A to jest bardzo niebezpieczne! Prawidłowe funkcjonowanie układu trawiennego konia zależy PRZEDE WSZYSTKIM od zdrowia i samopoczucia flory bytującej w jego jelitach (głównie w jelicie ślepym).

Częste używanie leków (antybiotyków przede wszystkim – choć nie tylko) w połączeniu ze sterylnym środowiskiem, z którego nie ma jak pobrać potrzebnych „na rozmnożenie“ organizmów – może doprowadzić do wyjałowienia układu trawiennego konia.

A to jest – choć nie w ciągu kilku czy kilkunastu godzin, rzecz jasna – mogiła.

Nie na darmo konie dzieli się na czyste i na szczęśliwe. W naturze koń ewentualne braki we własnej florze jelitowej uzupełnia, zjadając kał innych koni. Robili tak już obaj nasi chłopcy, a jakiś czas temu widziałem Knedlika, jak pałaszował kupkę. To jest całkowicie normalne i naturalne.

Ale – jeśli WSZYSTKIE konie w danej stajni mają tak samo jałowy układ pokarmowy..?

Trzecie zagrożenie wreszcie, o którym już wspominałem w poprzednim odcinku tego cyklu, to ryzyko gwałtownej fermentacji treści żołądkowej prowadzące do rozsadzenia żołądka i śmierci zwierzęcia.[1]

Nic się na to nie da poradzić – można jedynie zapobiegać. Zapobieganie polega na tym (jak już przecież pisałem…), żeby nie dopuszczać do sytuacji, w której koń rzuca się na dowolną karmę łapczywie, pochłaniając jej wielkie ilości.

No i tym sposobem, zbliżamy się do konkluzji. Czyli do odpowiedzi na pytanie – a cóż ma do tego wszystkiego „chów bezstajenny“ i co ja proponuję jako remedium na wzmienione powyżej zagrożenia..?

Uwaga, uwaga, proszę się skupić, bo padnie Bardzo Ważne Stwierdzenie: podstawowym warunkiem bezstajennego utrzymania konia jest zapewnienie mu stałego, nieograniczonego dostępu do paszy objętościowej.

Nasi "emeryci" na pastwisku, lato 2009

To znaczy – albo do siana (jakość tego siana, o ile tylko nie jest spleśniałe lub w inny sposób zagrzybione – jest sprawą mniej istotną niż jego stała, nieprzerwana dostępność – sprawdziliśmy to w praktyce…), albo do pastwiska.

Jeśli piszę, że dostęp do paszy objętościowej ma być i stały i, zarazem nieograniczony, to żadno z tych słów nie jest tu użyte metaforycznie, przenośnie czy też warunkowo. Ten dostęp po prostu taki właśnie ma być – nie żaden inny!

Dawno, dawno temu, kiedy byliśmy młodzi, a koniarstwo w Polsce dopiero raczkowało po komunistycznej amnezji, panowało wśród niektórych sportowców i trenerów dziwne przekonanie, że dowolny lub choćby tylko, w miarę obfity dostęp do siana czyni konie ociężałymi, limfatycznymi i niezdatnymi do użytku.

Jest to kolejny z serii przesądów nagiej małpy. Układ trawienny konia działa inaczej niż układ trawienny człowieka. Koń, dzięki wspomnianym już symbiotycznym organizmom bytującym w jego jelitach potafi z celulozy i innych wielocukrów, dla człowieka całkowicie niestrawnych, pozyskać komplet energii i białek, jakie są mu potrzebne.

Jeśli uzupełnia się paszę objętościową tzw. „paszą treściową“, czyli dawniej głównie ziarnem, a obecnie – różnymi wynalazkami – to NIE DLATEGO, żeby w ten sposób dostarczane było do organizmu konia coś, czego nie ma w „paszy objętościowej“, tylko DLATEGO, że użytkując konia pod siodłem lub w zaprzęgu, człowiek sztucznie skraca mu czas żerowania, zarazem zwiększając wydatek energii – i taki koń, może po prostu nie zdążyć przyswoić i strawić w ciągu doby dostatecznej ilości pokarmu „objętościowego“, żeby to zrównoważyło potrzeby energetyczne jego organizmu.

Podawanie paszy wysokoenergetycznej lub wysokobiałkowej, jak ziarno czy preparaty na bazie lucerny, ma uzasadnienie w przypadku zwierząt ciężko pracujących, którym potrzebne jest takie wspomaganie tak, jak ludzkiemu atlecie – proszki proteinowe i „energetyczne“ batony.

To jednak wcale NIE ZNACZY, że „pasza objętościowa“ jest jakimś „pustym wypełniaczem“, który nie służy niczemu innemu, niż tylko „zapchanie żołądka“. Owszem – temu też. U koni z jałowym układem pokarmowym – tylko temu. Co, jak widać, źle się dla nich kończy…

Nasze czteroletnie doświadczenie jednoznacznie wskazuje, że w polskim klimacie zdrowy koń, który cieszy się uzasadnioną sympatią mieszkańców swojego jelita ślepego, niezależnie od swojej rasy – przetrwa dowolne z realnie występujących mrozów i wichrów, jeśli tylko będzie miał nieograniczony dostęp do siana. Maksymalna dawka owsa, jaką podawaliśmy, to przy mrozach sięgających -30 stopni: czubata miarka półlitrowa trzy razy dziennie na achałtekinkę i trzy takie miarki trzy razy dziennie na dwoje naszych emerytów spożywających posiłek ze wspólnego korytka.

Bez komentarza...

Nieograniczony dostęp do siana lub do pastwiska ma także – choć tu już nie mam dowodów, a jedynie przypuszczenia – bardzo istotne znaczenie prozdrowotne.

Po pierwsze: konie są przez cały czas choć trochę syte, więc nie ma ryzyka, że na jakąkolwiek bądź karmę, rzucą się jak szalone, zbyt gwałtownie napełniając swoje żołądki. Stan ten wpływa też, jak sądzę, na ich ogólne uspokojenie.

Po drugie: mając stale nadmiar pokarmu do dyspozycji, konie nie muszą o niego walczyć – nawet ostatni w stadzie, wciąż dostaje tyle, ile mu potrzeba, a nie mniej.

Po trzecie: mając stale nadmiar pokarmu do dyspozycji, konie nie zjadają go „jak leci“, tylko wybierają te kąski, które szczególnie im smakują. W praktyce, jakoś tak dziwnie się składa, że są to akurat te kąski, które z jakiegoś powodu, były im dla zdrowia potrzebne.

Zdarzało nam się popadać w niejakie obawy (dyskutowaliśmy zresztą o tym ongiś z Zulusem…) na tle różnych, niekoniecznie obojętnych biochemicznie roślinek, które występują na naszych pastwiskach i są, jak najbardziej, zjadane przez konie. Jak to: kora dębu, bogata w garbnik, czeremcha z zawartością kwasu pruskiego, skrzyp polny, ogólnie trujący, itp.

Nigdy jednak, nic złego z tego nie wynikło. Ewentualnie stolec się koniom rozluźniał – widać, tego właśnie w danym momencie potrzebowały…

Tymczasem coś zaatakowało naszą świeżo wzeszłą i świeżo wyściółkowaną fasolę.
Czyżby dwa dni z deszczem wystarczyły, bo zrobiło się ZBYT wilgotno..?

W praktyce, w naszych warunkach, istnieje konieczność suplementacji minerałów, zwłaszcza soli i miedzi. Od tego jest lizawka – choć, oczywiście, nie tracę nadziei, że z czasem uda mi się poprawić skład naszej gleby pod tym względem.



[1] Jest więcej „odpokarmowych“ chorób konia niż tylko te trzy – ale przecież encyklopedii tutaj nie piszę…

10 komentarzy:

  1. Będę się kłócić ;) Kolka to stan objawowy a nie choroba sama w sobie ;)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Masz rację, ale od definiowania przyczyn tego stanu jest weterynarz. Właściciel ma objaw rozpoznać - i tyle...

      Usuń
  2. Ta odrobina edukacji, ktora Pan z taka pasja uprawia na tym blogu, moze powoli zacznie przemawiac do hodowcow koni i wplynie na ich lepsze zdrowie.

    Zamiescilem krotki fotoreportarzyk z bezstajennej hodowli w Belgii... . Vide: http://falcopergrinus.blogspot.be/2013/05/chow-bezstajenny-w-belgii-krotki.html

    Zycze wytrwalosci w Panskiej misji niesienia pod strzechy "kaganka oswiaty"!

    OdpowiedzUsuń
  3. Fasola nie przepada ani za ściółkowaniem, ani zwłaszcza za świeżym nawozem,a w tej słomie widzę też kupy. Po prostu "spaliło ją". Ja ściółkuję fasolę cieniutką warstwą siana albo ściętej trawy dopiero jak ma co najmniej 4 liście. Na koniach się nie znam, ale to, co Pan pisze wydaje się bardzo rozsądne. Pozdrowienia - Babulinka

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. A to bardzo być może! Z tym, że w zeszłym roku fasola na ściółkowanie zareagowała w sumie pozytywnie - a ponadto: udało się nam też poprzednio wyhodować fasolę na czystym nawozie...

      Usuń
  4. To juz jak edukowac to moze solidnie: KREZKA :), no i pierwotne rozszezenie zoladka tez jest kolką:)

    dodalabym jeszcze : "nie bezposredno kolkowe" latentne zapalenia przewodu pokarmowego.
    No i na koniec- na ogol Ci ktorzy twierdza ze ich kon ma siana w opor mysla o ilosciach rzedu 3-4 kg na dobe...
    MK

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dziękuję za poprawkę. Nie zauważyłem.

      Usuń
  5. Sposoby zbioru siana się zmieniają coraz częściej oprócz tradycyjny przetrząsaczy gwiazdowych stosowane są wytrząsające piasek z pokosu karuzelowe zarabiarki
    Bardziej zaczęto stosować to przy zbiorze siano- kiszonek ale przy zbiorze siana są przydatne ;)

    OdpowiedzUsuń
  6. Uwielbiam Twoje wpisy - długie, ale bardzo konkretne :)

    OdpowiedzUsuń

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...