niedziela, 5 maja 2013

Chów bezstajenny – integracja stada

Jednym z najważniejszych zastosowań stajni, jest możliwość izolacji konia, który sprawia kłopoty. W chowie bezstajennym pojedynczego konia trzymać nie sposób (a przynajmniej – byłoby to wyjątkowo perfidną torturą dla zwierzaka…).[1] A to oznacza, że z konieczności – trzeba konie pozostające w chowie bezstajennym łączyć w grupy.

Oczywiście – czystym przypadkiem jest, że akurat u nas, grupa taka może być tylko jedna. Docelowo to się ma zmienić (docelowo, to ja mam nawet pozwolenie na budowę pięknej, murowanej stajni…) – ale wymaga jeszcze całych lat praktykowania „budownictwa płotowego“.

Wilhelm Blendinger w swoim iście kobylastym „Wstępie do psychologii konia“ twierdzi, że końskie sympatie i antypatie zasadzają się na podobieństwie: podobne konie trzymają się razem.

Coś w tym jest – albo, tak się nam tylko wydaje: mam nadzieję, że Państwo coś ze swoich obserwacji, co by tę tezę potwierdzało lub jej zaprzeczało – dodacie.

W każdym razie, kiedy nasze achałtekinki stały w SK Krasne – raczej trzymały się razem, we czwórkę (Melemahmal, jej córka Margire, Melesugun i Osman Guli) – choć miały też swoje przyjaciółki wśród tamtejszych folblutek.


 Melemahmal z Margire jeszcze "przy cycku" w stadzie matek (jak najbardziej "stajennym") w Zagościńcu

Kiedy Osman Guli przez kilka dni, czekając na transport do Krasnego, stała pod Wołominem – widok łaciatego konia (takiego mogła wcześniej nigdy nie widzieć…) – zdawał się wprawiać ją w zdziwienie graniczące z paniką.

Nasza padła już emerytka, Dalia wlkp, była parą z (też padłym) Glusiem młp przez wiele, wiele lat – jedli z jednego korytka, paśli się zwykle razem, razem pili z wanny, a ona, jako przewodniczka stada – osłaniała staruszka przed złośliwościami młodzieży.

Nasze stado podczas wspólnej kąpieli słonecznej w 2009 roku

Pierwsze ucieczki, których doświadczyliśmy w Boskiej Woli zimą 2009/2010 – były najprawdopodobniej skutkiem walki o władzę w stadzie. Melesugun, która razem z Margire i Osman Guli była tu kilka dni wcześniej niż emeryci i przez te kilka dni posmakowała władzy – usiłowała, gdy bardziej doświadczona Dalia dokonała jej detronizacji – wyprowadzić swoje koleżanki i znaleźć im nową „przestrzeń życiową“.

Z czasem, jakoś się ułożyła kohabitacja między paniami – choć, żeby mieć pewność, iż stado pójdzie tam, gdzie ja tego chcę, musiałem łapać Dalię (alfę) i Melesugun (wice-alfę). Za Dalią szedł Gluś (i czasami któraś z tekinek, ale nie zawsze), za Melesugun – obowiązkowo: Buba i Maleństwo.

Prawdziwym testem dla spoistości naszego bezstajennego stada, było otwarcie przez nas pensjonatu dla koni, w roku 2011. Pierwsi pensjonariusze, dwa wałachy – arabek Frontier i kuc feliński Melon – zintegrowały się dość łatwo. Pierwszy zakochał się na zabój w Margire, drugi w Dalii (pod brzuchem mógłby jej przejść…) – szybko zostały dopuszczone do konfidencyi.

Dopiero cztery konie pani Beaty – tak, to było prawdziwe wyzwanie..!


Jednak po około tygodniu – „Przybysze“ poczuli się pewniej, zaczęli zaglądać pod wiatę. Wkrótce – opanowali ją na wyłączność, wyganiając pozostałych członków stada gdy tylko przyszła im na to ochota.

W zasadzie, do pełnej integracji stada nie doszło do samego końca. Jedyna w gronie „Przybyszów“ klacz – nigdy nie uznała autorytetu dotychczasowej alfy. Od czego, m.in. (a także na skutek gwałtownego wzrostu liczby pasożytów, czegośmy nie przewidzieli…) – Dalia wlkp, straciwszy pierwej swego długoletniego przyjaciela, Glusia, który padł po prostu ze starości – wzięła i zachorowała tak dotkliwie, że już się nam jej nie udało wyleczyć (brak jej było woli życia w ostatnich miesiącach…).

Wałachy – zachowywały się nader anarchistycznie. Łapanie tych koni, gdy stado nawiało – było prawdziwą męką. Już nie było prostej recepty: złap Dalię wlkp – a reszta pójdzie za tobą! Trafiało mi się w efekcie i po 7 koni na jednym uwiązie prowadzić. A i to nie gwarantowało wcale, że pozostałe 5 pójdzie w tym samym kierunku…

Dobrze chociaż, że się między sobą nie biły, więc takie prowadzania były w ogóle możliwe. Potwornie nas to jednak wymęczyło. Sądzę, że gdybym ponownie wspomniał o możliwości przyjęcia jakichś koni w pensjonat – Lepsza Połowa przyłożyłaby mi zaraz patelnią. Jak nie widłami!

W tej chwili w naszym stadzie trwa proces „socjalizacji“ przychówku – obie mamy konskwentnie i dość ostro trzymają na dystans zarówno swoich synów, jak i ich ojca. Ale… właśnie przed chwilą zajrzałem pod wiatę: tylko Margire (wciąż w dwupaku) nie mieści się pod dachem, cała reszta – zgodnie i bez tarć zażywa drzemki.

Jakie stąd mogą wynikać nauki dla Państwa, gdybyście także chcieli chować swoje konie bezstajennie..?

Zwykle, w „klasycznym“ chowie koni, nowo przybyłego lub nowo przybyłe konie, zamyka się na 2 – 3 dni w stajni (oczywiście – nie w pojedynkę!), żeby, jak to się mówi „przeszły zapachem“. Potem – wypuszcza się je na krótko i pod ścisłą kontrolą, przez co proces wzajemnego zapoznawania się rozłożony jest na raty i w miarę bezpieczny.


[1] Skądinąd, np. pozostawianie konia samego w stajni, gdy nie widzi innych koni – też do zachowań przyjaznych i pożądanych bynajmniej nie należy. Tyle tylko, że niekoniecznie (to zależy od solidności boksu…) powoduje od razu szkody materialne…

4 komentarze:

  1. już rozumiem dlaczego zrezygnowałeś z pensjonatu

    OdpowiedzUsuń
  2. Czy myslisz, ze z czasem stado zlozone z roznych koni wyklarowaloby hierarchie, czy czesto zwichniete wychowaniem w samotnosci nie sa w stanie zintegrowac sie z calym stadem?

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Różnie bywa. Jak z ludźmi. Najczęściej konie się koniec końców do siebie dopasowują. Ale - bywają wyjątki...

      Usuń
    2. U nas jest taka jedna, trzymana była przez poprzednich właścicieli w stajni, i jeszcze wiązana. Aspołeczna jednostka. A jest już u nas już 5 lat. Potomstwo lepiej się sprawuje w stadzie, ale też gorzej niż konie które wychowały się w tabunie.

      Usuń

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...