niedziela, 12 maja 2013

Burzysko

Krakałem, krakałem – i wykrakałem. Dopadło nas burzysko wczoraj wieczorem. Burzysko jak ta lala! Ze wszystkimi atrakcjami: błyskawice, (jakby kto fleszem zdjęcia robił…), gromy, wody – w kilka minut – po kostki, a gdzieniegdzie – po kolana.

Galancie (jak tu mawiają…) burzysko! I uparte: po pierwszej fali przyszła chwilka odprężenia (wybiegłem wtedy sprawdzić co z końmi, zwłaszcza że Knedlik rżał rozpaczliwie – ale o tym niżej…), ale pół godzinki później – zaczęło się na nowo. I tak kilka razy, długo w noc. Jak długo – nie wiem, bo zasnąłem i dobrze spałem.

Teraz pochmurno, wilgotno, za to – oddycha się lepiej. Położyło nam lucernę w ogródku i trochę krzaczorów – ale nie wygląda to na jakieś trwałe uszkodzenia. Zdecydowaną większość z tego, co przywieźliśmy wczoraj z targu (cebula, bób, kukurydza, lucerna, pory, zioła) – zasadziliśmy, względnie zasialiśmy – na czas. Została tylko większość lucerny (postanowiłem dosiać jej, skoro tak ładnie rośnie…), przeznaczona na uzupełnienie luk w pastwiskowej darni tam, gdzie ją nam dziki poryły. Zobaczymy, co się z tym da zrobić, choć pewnie – na razie: stoi w tych wykrotach woda…

Natomiast, nieprawdą jest, że w czasie deszczu dzieci się nudzą..!



Chciałem biec do koni (jak raz tuż przed samym początkiem burzyska stado raczyło udać się na zieloną trawkę – ignorując fakt, że zapodałem im kolację pół godziny wcześniej i nęciłem sianem do pozostania pod wiatą… co miałem robić? Przywiązać je tam..?) jak tylko zaczęło lać (do końca nie wiem, czy to były krople tak wielkie, że aż się chatka trzęsła, jakby kto kamienie na dach rzucał – czy jednak grad: gradzin, choć wypatrywałem jak mogłem – nie zobaczyłem: mało co zresztą było widać…).

Był to jednak pomysł zdecydowanie nierozsądny – i tak nic by to nie dało.

Skoro jednak tylko czoło burzy przeszło – wdziałem kurtkę przeciwdeszczową Lepszej Połowy i gumofilce – i skoczyłem. Knedlik biegał wzdłuż ogrodzenia rżąc rozpaczliwie. Kobył – ani śladu.

Zgodnie z przećwiczoną wielekroć procedurą, zacząłem od lokalizacji dziury w ogrodzeniu. Nie ma sensu łapać koni po to, żeby zaraz potem – znowu wylazły w kierunku bliżej nieokreślonym!

Dziura w postaci jednego druta wyciągniętego z naciągu i jednego (dolnego…) przerwanego – znalazła się łatwo, w pobliżu miejsca, gdzie po raz ostatni widziałem stado przed burzyskiem.

Znakiem tego – najprawdopodobniej: któryś z maluchów wpadł w panikę (w końcu to była ich pierwsza w życiu burza...), a są jeszcze na tyle małe, że sunąc nisko przy ziemi i nie podnosząc głowy, spokojnie mogą przejść pod dolnym drutem. Matka poszła za nim – i tak stado zniknęło z horyzontu…

Naprawiłem prowizorycznie uszkodzenia i – zgodnie z drugim punktem przećwiczonej wielekroć procedury – ruszyłem od miejsca przerwania bariery w poszukiwaniu śladów. Mogłem ich sobie szukać..!

Po prawdzie, to do tej pory jeszcze nigdy czegoś takiego, co w książkach o Indianach opisują, czyli – zacierania śladów przez deszcz TAK SZYBKO – jeszcze nie widziałem.

Koń na miękkim piasku zostawia naprawdę głębokie odciski kopyt. Żeby zniknęły, potrzeba czasu. Tymczasem: oprócz tego, że i tak mało widać – to w zasadzie widać tylko jednolitą powierzchnię wody. I gładki piasek. Drogą, na której kończy się nasza działka i na której zwykle łatwo udawało mi się określić kierunek, w którym stado raczyło pobiec, bo szczery tam piasek, a rzadko coś jeździ – płynie wartki strumień. No fajnie!

Na szczęście – strach trwał krótko. Ledwo bowiem zdecydowałem, że w tych okolicznościach przyrody lepiej wrócić do chatki i zaopatrzyć się w komórkę, latarkę i uwiąz, bo zanosi się na dłuższą wyprawę – a Szacowne Matki z przychówkiem oraz (upośledzona biegowo z racji ciążącego jej brzuszydła…) Ciotka Margire – same się znalazły. Całkiem niedaleko – przy przepędzie prowadzącym na Wielki Padok.

Znalazł je też Knedlik. Który, niewiele myśląc, w pięknym stylu przesadził bramę zamykającą przepęd od srony Padoku Zimowego. To jest jakieś 1,5 metra. Co to dla niego, nieprawdaż..? Całe stado, w komplecie, pogalopowało sobie na Wielki Padok.

Uznałem to za komplement dla naszej trawy. Tym niemniej, wobec wyraźnie zbliżającego się nawrotu burzyska – wolałem nie zostawiać ich pod linią wysokiego napięcia. Niby nie ma lepszego piorunochronu – ale: jak się akurat u nas urwie..?

Z pomocą Lepszej Połowy, która tymczasem zorientowała się, że musimy być blisko – dość łatwo wprowadziliśmy je do środka. Jak zwykle, problem sprawiał Knedlik, który 1,5 metra za swoimi żonami przeskoczy – ale już leżącej na ziemi belki – dobrowolnie nie przejdzie.

Wziąłem kombinerki i klucz i poprawiłem ogrodzenie na ile się dało. Uważam, że nasz drut w plastikowej otulinie – sprawdził się podczas tego zdarzenia. Gdyby to było ogrodzenie drewniane – pewnie bez szycia ran by się nie obyło. A tak – nie wiem nawet, która właściwie te druty przerwała, bo na żadnej – śladu nie ma.

Z kolei taśmy, nawet takie od pastucha elektrycznego – zawsze mogą się owinąć wokół nogi – i też nieszczęście gotowe. Naprawdę: dobry mieliśmy pomysł z tym drutem!

Tyle, że muszę naprawić lub założyć nowy naciąg (chyba mam jeszcze jeden w zapasie..?) – tego po ciemku i w deszczu już mi się nie udało zrobić.

Ogólnie, przygoda była intensywna, trochę strachu się najadłem, nowe zjawisko poznałem – ale sądzę, że teraz chłopaki – pajęczaki już byle hałasu się nie przestraszą. Wychodziliśmy zresztą potem na zmianę jeszcze kilka razy: czy lało, czy nie lało, czy błyskało, czy nie błyskało – nikt nie myślał nawet, chronić się pod wiatę. Chłopaki bawiły się ze sobą, lub ze swoim ojcem (Knedliczek jest coraz pocieszniejszy w tej roli), matki i (upośledzona biegowo z racji brzuszydła) ciotka – żarły trawę, jakby to jakieś zawody w jedzeniu na czas były – wszyscy wydawali się mieć spory fun. Pewnie dlatego, że przed burzydłem – pochowały się wszystkie owadziska i spokój był pod tym względem.

Sądząc po stanie koryta z wodą i siana leżącego pod wiatą – przyszły tam dopiero teraz, gdy im wydałem śniadanie, a tak, to przez całą noc były na pastwisku.

Muszę dodawać, że nikt nawet nie kichnął..?

Kot zewnętrzny też gdzieś się skutecznie zabunkrował, bo na śniadanie suchutka przyszła. A kiedy ostatni raz ją widziałem – idąc do koni nocą – szły dokądś we dwie z żabą, która wypełzła spod wiaty…

Za to, taka refleksja mnie naszła, jak rano otworzyłem prognozę pogody, ewidentnie nasze burzysko ignorującą:




Prognoza pogody jest jak „historia alternatywna“ – zbyt logiczna i zbyt uproszczona w stosunku do rzeczywistości. Zwykle owo „uproszczenie“ objawia się tym, że prognoza przewiduje zjawiska ekstremalne, które w rzeczywistości – nie zachodzą. A to dlatego, że mechanizmów działających jak inhibitory takich ekstremów – jest w przyrodzie zdecydowanie więcej, niż mechanizmów które je wzmagają (ta teza nie wymaga dowodu, stąd jest truizmem: nie byłoby życia na Ziemi, gdyby było inaczej…).

Zwykle zatem, gdy prognoza przewiduje np. „20 mm opadów“ – należy oczekiwać góra 2 mm. No – może 4, czy 5.

Tym razem, zupełnie wyjątkowo (o ile dobrze pamiętam, to chyba pierwszy taki przypadek, odkąd tu mieszkamy i odkąd sprawdzamy te 2, 3 razy dziennie – prognozę…) – zdarzyło się odwrotnie.

Ot – ciekawostka! Ciekawe jednak, jak to będzie naprawdę z PRZEWIDYWANYMI intensywnymi opadami tej nocy..?

5 komentarzy:

  1. Przy tylu zmiennych przewidywanie pgody nadal przypomina wrozenie z fusow lub ewentualnie rosyjska ruletke... . Najlepszym do tychczas "wynalazkiem" jest lamanie w kosciach (oraz tradycyjny barometr sprzezony z higrometrem). Tylko, ze dzieki nim mozna przepowiadac pogode krotkoterminowo... .

    Odnosnie lekow Knedlika zwiazanych z lezacymi na ziemi belkami, moze to jakis konski przesad albo cos...?!? Jak pamietam kobylka mojego dziadka sama nie przeszla przez lezace na ziemi holoble...

    OdpowiedzUsuń
  2. To kijową pogodynkę posiadacie. Moja się sprawdza co do joty. I z wielkością opadów, i z jakością/prawdziwością prognoz. Nie jestem pewna, czy obejmie swoimi przepowiedniami też i Boską Wolę, ale można spróbować: http://www.pogoda.ekologia.pl/
    Dobrze, że koniska się znalazły całe i zdrowe :)

    OdpowiedzUsuń
  3. To myślę, że na niedobór siana w tym roku (o ile będzie wszystko OK ze zbiorem) nie będziesz narzekał?

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Już teraz trawa jest taka, jak w zeszłym roku na sianokosy...

      Usuń
  4. Niezłe emocje, całkiem mi nie obce ;-) Pogoda też nie obca, właśnie tu się rozpadało. A miało być znośnie.

    Chyba mnie czeka zarwana noc, wygląda na to że Kamphora ma chęć się oźrebić...

    OdpowiedzUsuń

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...