poniedziałek, 29 kwietnia 2013

Wojaże na kacu

Chłopak z fantazją jestem, konie można ze mną kraść - toteż, gdy wczoraj wieczorkiem, akurat gdy w ramach pochrzcinowego "afterku", uzewnętrzniwszy pierwej Państwu, co mi od rana leżało na wątpiach, klinowałem sobie leciuteńkiego kacyka puszkową Warką (w "Pierdonce" i tak nic lepszego akurat nie było - i z sobotniego czteropaku, akurat jedna pusiunia mi została do niedzieli wieczór...) zadzwonił M. i zapytał: a może byśmy tak o wpół do piątej rano pojechali na targ w Przytyku..? - zgodziłem się bez zastanowienia.

Tylko zapowiedziałem Lepszej Połowie, że sama musi dać koniowatym śniadanie - i nastawiłem sobie budzik w komórce na czwartą.

I tak wstałem wcześniej: koćkodan znowu miał jakąś dziwną fazę szaleństw - i trzeba go było wyrzucić na zewnątrz, co oczywiście skończyło się próbami przegryzienia drzwi lub stłuczenia szyby w oknie - spać się w tych hałasach z całą pewnością nie dało...

Do Przytyku dotarliśmy kwadrans na szóstą, błądząc tylko trochę i dopiero na miejscu (bośmy nie wiedzieli, gdzie tam jest plac targowy). Jak się okazało - za późno, bo cielaki, o które głównie M. chodziło, zdążyły się wyprzedać wcześniej:

zostało raptem kilka sztuk, w tym może ze dwa małe, jeszcze w sumie przy cycku będące:

Trochę więcej było świń (nie prosiaków właśnie, tylko świń - takich pod 100 kg i więcej: M. był zdziwiony, że takie w Przytyku się sprzedają...) - ale i te już raczej odjeżdżały z placu:


Zostały ze dwie alejki ze zbożem i paszami oraz pół alejki drobiu:


choć dwie, bardzo obszerne rampy dobitnie wskazywały, że miejsce dawniej było bardziej uczęszczane:


Punkt 6.00 opuściliśmy plac targowy - z pustymi rękami. I co dalej?

No tak - zatankować trzeba. Tuż przed placem stacja benzynowa z ceną ropy na pionowym panelu reklamowym nader atrakcyjną: 5,20 za litr!

Tyle tylko, że od wewnętrznej strony tego samego panelu - i, niestety, także na dystrybutorze - już nie jest tak rewelacyjnie: 5,34...

Ale cóż zrobić? M. stawiał...

Jedziemy do domu, ale po drodze jest rondo i drogowskaz... na Wyśmierzyce! Od razu przypomniał się nam Maniek Strupek. I - czemu nie..? Skoro już tak blisko jesteśmy?

Zajechaliśmy do Wyśmierzyc (błądząc tylko raz: przy wjeździe na krajową 48-kę, nie było informacji, w którą stronę jechać,  to pojechaliśmy, ma się rozumieć, w stronę przeciwną tej prawidłowej...). Okazało się prawdą, że pana Marian Strupka KAŻDY w tym "najmniejszym mieście w Polsce" zna. Trocheśmy co prawda i tak pobłądzili, a to przez własną nieuwagę - ale koniec końców: nie mogliśmy do celu nie trafić!

Cóż, kiedy pan Marian ma na sprzedaż tylko ogierka? Wysłał nas do swojego sąsiada, kilka domów dalej. Tam, owszem, jest źróbka, ale - na razie, jej właściciel jeszcze się nie zdecydował do końca, czy ją sprzedaje.

Co innego, gdybyśmy mu babę przywieźli bo, jak powiada, sam tu siedzi i już mu się ckni.

Tak, że Drogie Czytelniczki - w wieku około lat 50, byle gorące - jest niepowtarzalna okazja na romans, a może i, kto wie - dozgonny związek..?

Pan - co nas dopiero po wyjeździe zdziwiło, w końcu obaj jesteśmy na kacu i mało spostrzegawczy - i wygadany i wesoły i ogarnięty, gospodarz dobry, widać, że w kaszę sobie dmuchać nie da. Aż nas zdziwiło, że do tej pory sam sobie żadnej babeczki nie przygruchał - na pierwszym weselu powinien jakąś na siano rzucić.

Ale - może po prostu lokalny rynek matrymonialny taki przebrany, że i na siano rzucać nie ma kogo..? W takim razie, powinniśmy chyba wysłać pana na Żoliborz...

Ale - M. tak, czy inaczej, ową źróbkę mając na oku, bo fajna - postanowił, gdy już kacyk przejdzie - z sąsiadkami pogadać...

Mimo braku baby na podorędziu, wyszliśmy z tej wizyty z ogromną liczbą informacji. I o wspólnotowym pastwisku w Wyśmierzycach, o którym będę chciał wkrótce napisać. I o źróbkach i cielaczkach. Tylko nie w Wyśmierzycach, a... pod Warką! Gdzie sympatyczny ten gospodarz zwykł się zaopatrywać.

Konkretnie, to zwykł się zaopatrywać tutaj:










O farmie pana Janusza też chętnie napiszę. Jak już się wyśpię i "odkacuję".

A w tej chwili czekamy na pana doktora. Melesugun raczyła dostać białego wysięku ze sromu - trzeba wypłukać macicę.

2 komentarze:

  1. a na kaca nie lepsza woda z ogóra? woda po kapuscie kiszonej + wiadro zimnej, no powiedzmy chłodnej wody, na łeb

    potem jakies białko (jajecznica) i mocna kawa

    ja jeśli nie mam wody z ogóra - zapodam wielkiego, grejfrutowego oshee z żabki za niecale 2 zł i stawia na nogi lepiej niż browar

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Doświadczenie uczy, że muszę po prostu przechorować.

      Na szczęście - nie zdarza mi się to częściej niż 2 - 3 razy w roku...

      Usuń

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...