wtorek, 16 kwietnia 2013

Wkraczamy na salony..?

Nie chwaliłem się, bo jakoś zapomniałem – a tymczasem, choć nie mam żadnego tekstu w kwietniowym numerze „KT“, to nie znaczy, że nie można mnie czytać w końskiej prasie. Można – w wiosennym numerze kwartalnika „Hodowca i Jeździec“.

Wczoraj zaś odebrałem telefon od samego naczelnego „Konia Polskiego“ – znakiem tego: czyżbyśmy wkraczali na salony..? Oczywistą oczywistością dla każdego, kto się wychował w małym, kociewskim miasteczku jest, że zawsze są „lepsi“ i „gorsi“ – i jedni i drudzy doskonale wiedzą, kto jest kto. Światek jeździecki jest niewiele większy od kociewskiego miasteczka – i takie same w nim panują reguły.



Więc: teraz chcą mnie publikować ci „lepsi“.

Tylko bym się cieszył (aczkolwiek – jak to zwykle bywa – „lepsi“ m.in. właśnie dlatego, że są „lepsi“ – zwykli mniej i później płacić: jak to będzie, przekonamy się w praktyce, ostatnio i „gorszym“ się pod tym względem bardzo popsuło…). Gdyby nie fakt, że od miesiąca cierpię na jakieś dziwne zatwardzenie intelektualne – i po prostu NIE MOGĘ nic sensownego napisać.

I „Hodowca i Jeździec“ i „Koń Polski“ – wzięły teksty, które pisałem bardzo dawno temu, mało już pamiętam i też – nie uważam, iżby były jakoś specjalnie błyskotliwe. Błyskotliwie to się rozpisywałem przez dwa miesiące na temat Skaryszewa, wegetarian i wariatów – ale to się, najoczywiściej, nie nadawało do publikacji w pożądnej gazecie (ani „lepszej“, ani „gorszej“). Ewentualnie w „NCz!“, jako piśmie z definicji polemicznym – no ale, ile może „tygodnik konserwatywno – liberalny“ pisać o koniach..? Toteż trafił tam tylko jeden z serwowanych tutaj Państwu tekstów (fakt, że akurat ten, który największe chyba oburzenie „Tarówek“ wywołał – co mnie podwójnie ucieszyło…).

Kiedy ten temat się skończył – zeszło ze mnie powietrze i czuję się jak sflaczała dętka. Nawet poprosiłem na moim ulubionym końskim forum o pomysły na nowy tekst. Pomysły są – a ja nie potrafię się do żadnego z nich zabrać. Pustka w głowie i panika na widok pustej strony edytora…

Z innej beczki: zalało nam wczoraj hydrofornię. Znakiem tego – jest szansa na urodzajny rok! Hydroforni nie zalewało nam przez prawie dwa lata – i przez dwa kolejne sezony praktycznie nie mieliśmy własnego siana. Gdy hydrofornię zalewało regularnie – siana było do oporu.

Przesąd..? Bynajmniej! Związek przyczynowo – skutkowy: hydrofornię zalewa, bo jest wysoki poziom wód gruntowych. A gdy jest wysoki poziom wód gruntowych – na naszych suchych, wzniesionych ponad wieś piaskach – rośnie trawa…

Najbardziej mnie zadziwiła nasza chińska pompka używana do wylewania wody z hydroforni. Choć po raz ostatni uruchamiałem ją bodaj w 2011 roku – zadziałała gładko i bez namysłu. Pomyślałby kto..?

A jutro mamy mieć kontrolę z ARiMR. W związku z rozliczeniem „Młodego Rolnika“. W sumie – to chyba nawet dobrze: o ile będzie to ostatni z długiego łańcucha czynności związanych z tym problemem. Lepiej mieć to wreszcie za sobą…

Nasze ciężarówki wciąż nie chcą się rozsypać. Kończy się za to ostatnia z belek siana, które użyczył mi Radek, druh mój serdeczny (na tzw. „krechę“…). Żyłem do tej pory przekonaniem, że jakby co – zawsze mogę się zwrócić do naszego zeszłorocznego dostawcy, pana Edwarda z Magnuszewa. Co prawda – bardzo od zeszłego roku podrożał, no ale – biorąc pod uwagę, że zużywamy jakieś 2 belki na 8 – 10 dni, a za miesiąc powinna już być trawa (nawozy zamówiłem, przyjadą pod koniec tygodnia) – to jakoś byśmy te 6, maksymalnie 8 belek – przeboleli.

Tymczasem: siurprajz..! Panu Edwardowi nawet dla własnych zwierząt zabraknie siana – jak twierdzi: po raz pierwszy w bez mała 30-letniej karierze rolnika… Takie to mamy „globalne ocieplenie“ w tym roku..!

No nic: podjadę i załaduję dzisiaj trochę siana w kostkach, które jeszcze jesienią oglądałem – nie takie dobre, jak pana Edwarda i nie takie dobre, jak Radka – ale w zamian postanowiliśmy popasać co jakiś czas naszych koniowatych „w ręku“ na naszej dawnej „Pustyni“, gdzie trawa, warstwą guana pędzona, JUŻ się zieleni (spróbuję to Państwu pokazać na zdjęciach zwłaszcza, że pogoda ładna – z tym, że może to być trudne technicznie: przydałby się ktoś trzeci z pomocną ręką, wszak tam ogrodzenie nie ma i trzeba będzie konie na lonżach i uwiązach prowadzić, a mamy je cztery, czyli – po jednym na każdą rękę – nic nadzwyczajnego, ale rąk do robienia zdjęć już brak…). Po niedzieli ogrodzimy im też – jak co roku – fragment Lasku Centralnego, gdzie będą mogły sobie pogryzać młode pędy i listki z drzew.

Sadzik skopany, choć zajęło mi to więcej czasu, niż planowałem – w niedzielę złamał mi się szpadel (kara Boska, nie może być inaczej…), więc skończyłem dopiero wczoraj. Dziś zostaje wymienić sizale w ogrodzeniach sadziku i dawnego, „eksperymentalnego“ ogródka – bo całkiem już zbutwiały. I można się brać za ogródek…

1 komentarz:

  1. Gratuluję i życzę przełamania twórczej niemocy.

    OdpowiedzUsuń

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...