wtorek, 9 kwietnia 2013

Szarża Lekkiej Brygady

Lepsza Połowa suponuje, że jednak nie w każdym gatunku samce są głupsze od samic. Jakkolwiek by to nie brzmiało - mam pewne wątpliwości...

Zaczęło się od głośnego tupotu kopyt pod chatką. Około 3.30. Godzinę wcześniej, obudzony przez koćkodana (zrezygnowałem z nastawiania budzika w telefonie - koćkodan budzi mnie skuteczniej i... ciszej!), byłem pod wiatą - więc od razu wykluczyłem poród, bo nic nie zapowiadało, że do takiego dojść tej nocy może.

Znakiem tego - ucieczka!

Kopnięty przez Lepszą Połowę, co prędzej nadziałem spodzień i ciepłą kurtkę. Tupot był istotnie głośniejszy niż poprzedniej nocy. Raz dlatego, że koniowie raczyli obejść chatkę dookoła, przechodząc nawet pod chroniącym drzwi wejściowe, niezbyt wysokim daszkiem:


A dwa - dlatego, że tym razem konie były dwa. Za Maleństwem podążył bowiem... Knedlik!

Wszystko przez to, że górna belka bramy zamykającej Padok Zimowy:


po tym jak wczoraj wjechałen tam z sianem (koleiny dobrze widać...) - nie została ponownie przywiązana do słupka, tylko była włożona w pętlę.

Smarkula wychodzi na zewnątrz w ten sposób, że przekłada nogi ponad dolną belką, a górną - podnosi szyją. Nie przywiązana belka wypadła przy tej operacji z pętli - i Knedlik miał łatwą drogę na wolność za swoją Najmłodszą Małżonką.

Zamknąłem najpierw bramę i przygotowałem sobie sznureczek, żeby potem, gdy konie już wrócą do Wyznaczonej Strefy Zamkniętej, przywiązać belkę - a tymczasem para oddaliła się, podążając ścieżką, którą odkopaliśmy w celu wywożenia guana:


Było co prawda ciemno (niebo zasnuły chmury, nawet nie widać było, czy to księżycowa noc, czy nie), a do tego - była paskudna mgła, którą silne światło naszej zewnętrznej lampy z trudem tylko przebijało.

Nie obawiałem się jednak, że konie oddalą się zbytnio. Nadtopiony za dnia śnieg zamarzł na beton. Można udawać elfa chodząc po jego powierzchni i nie zostawiając śladów:


ale nie dotyczy to przecież ponad półtonowych koni:


Przebijanie takiej lodowej skorupy musi być bardzo nieprzyjemne dla koronek i pęcin - konie zwykle robią co mogą, żeby po czymś takim nie chodzić.

Toteż, kiedy Knedlik zignorował koniec odśnieżonej ścieżki i powędrował (bardzo ładnym, wydatnym kłusem!) dalej przed siebie, dużo od niego rozsądniejsze Maleństwo najpierw zawahało się i zostało w tyle, a ostatecznie - widząc, że jej towarzysz zabiera się do obgryzania jałowca:


zawróciła i poszła grzecznie do domu, gdzie sama zaczekała, aż otworzę jej przejście. Koleżanki może są wredne (bo gonią ją od siana...) - ale przynajmniej: trzymają jakiś poziom intelektualny...

Niestety - nasza nocna przygoda dopiero się rozpoczynała. Knedlik może i chciał wrócić do swoich żon - tyle, że NIE UMIAŁ. Zamiast pójść do wejścia - biegał wzdłuż ogrodzenia, starając się przy tym pilnie, abym go przypadkiem nie złapał.

Zapędził się w pewnym momencie w ślepą uliczkę, prowadzącą poza ogródek, do przestrzeni już wypełnionej wcześniej kupam nawozu (tam, gdzie planuję założyć w przyszłości "orzesznik"). Wykazał się wielką odwagą, bo ani owe kupy (w których, gdy przebijał swoim ciężarem skorupę lodu, więzły mu nogi), ani nawet głęboki dół, otaczający teren z dwóch stron, do którego wpadł, obrywając za sobą spory spłacheć zlodziałego śniegu - nie zdołały go zatrzymać.

Powiedziałbym, że okazał się tak samo odważny jak głupi. Po prostu: "szarża Lekkiej Brygady"..! Mam nadzieję, że inteligencję jednak źrebięta odziedziczą po matkach...

Zawrócił jednak, bo nie był w stanie przedostać się przez gęste wierzbowe zarośla z jednej, a ogrodzenie przepędu z drugiej strony - i w przejściu go złapałem:


Złapałem, powisiałem chwilę na kantarze, na którym mnie niósł z rosnącą szybkością - i, możecie mnie nazwać tchórzem jak chcecie - puściłem.

Potem poganialiśmy się jeszcze trochę po Lasku Centralnym (kobyły patrzyły na to z coraz szerzej otwartymi oczami...) - aż wreszcie krzyknąłem do Lepszej Połowy, która w międzyczasie dołączyła do naszych śródnocnych rozrywek, żeby otworzyła wejście na Padok tak, jak do wjazdu samochodu - na oścież, odciągając obie belki na stronę.

Dopiero gdy ich nie było - Knedlik wkłusował pięknie do swoich małżonek.

Jak Wam się to podoba? Za Maleństwem przelazł przez belki, choć dolna wcale nie była opuszczona, a górna leżała na niej krzywo i musiał wysoko podnosić nogi. A gdy obie były położone na ziemi - bał się przez nie przejść - przeszedł dopiero, gdy ich nie było... No: tytan intelektu..!


W dodatku: wieloczynnościowy. Potrafi jednocześnie jeść, puszczać gazy i bawić się przyrodzeniem!

I pomyśleć, że jeszcze do niedawna to nasze Bubulątko wydawało mi się zaniżać średni iloraz inteligencji na Padoku:


A rano musiałem po raz kolejny wyremontować kabelek grzewczy, rozmrażający kran pod wiatą. Tym razem uj..ało się łączenie pomiędzy przewodem, a częścią grzewczą. Na szczęście - był to tylko głupio skonstruowany (bo sztywny - przez co kabel ukręcił się z jednej strony całkiem, a z drugiej - częściowo) łącznik, bez żadnych elementów elektronicznych w środku. Musiałem go wyciąć, wyrzucić i połączyć obie części kabla na okrętkę. Działa - ale jeśli ta zima potrwa jeszcze trochę...

3 komentarze:

  1. W tytule posta masz literówkę.

    A tak w ogóle to dawno, dawno temu byłem na obozie na którym uczyłem się jeździć konno. Tam miałem przyjemność dosiadania Protektora, który również wykazywał się wielofunkcyjnością, choć nie aż taką jak Knedli. Mój wierzchowiec kichał i puszczał gazy jednocześnie...

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Poprawiłem. Coś jest nie tak - coraz częściej mi się jakieś babole tafiają...

      Kiedy oczekiwałem mojego pierwszego końskiego porodu, miałem okazję nasłuchać się pewnej kobyły, która puszczała gazy i chrapała do taktu - i bardzo melodyjnie!

      Usuń
    2. My znowu mamy taką, która kłusując, bączy ale w rytmie. Poezja. Jak lokomotywa parowa.

      Usuń

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...