sobota, 6 kwietnia 2013

Samsara, czyli nudy na pudy

Pada, nie pada, znów pada (teraz właśnie pada) – monotonia tego co za oknem ociera się już o deprywację sensoryczną. Jak ktoś nie wie, jak taki eksperyment (NAPRAWDĘ przeprowadzany i NAPRAWDĘ prowadzący do – chwilowego przynajmniej – rozpadu osobowości – co nie pozostaje bez związku z głównym tematem tego wpisu…) wygląda – niech sobie zajrzy do opowiadania pt. „Odruch warunkowy“ w tomie „Opowieści o pilocie Pirxie“ Mistrza Lema. Zresztą, inne opowiadanie z tego samego tomu, „Patrol“ – też ma wiele z tym zagadnieniem wspólnego…

Owszem, spotkałem dzika. Co już opisałem na forum. Ale – spotkanie było krótkie i nie spowodowało ani wzbogacenia naszej spiżarni, ani rozproszenia tej porażającej montonii otaczającej nas ze wszystkich stron, ponurej, śnieżnej bieli i ołowianego nieba.

Pisałem tedy, żeby nie zwariować. Choć Lepsza Połowa stanowczo odradzała mi publikację twierdząc – zapewne nie bez racji – że piszę coraz gorzej i coraz mniej w tym co piszę sensu. O tyle łatwo było jej rady posłuchać, że – choć prąd nam włączyli nim jeszcze nawet zdążyłem wrócić z biblioteki (wygląda na to, że musieli tylko odłączyć linię, nad którą prowadzą prace…) – to przecież: książki przywiozłem. I na zdecydowaną większość wczorajszego dnia, utknąłem w „Grze o Tron“. Czytadło. Od 200-tnej strony nie sposób się nie domyślić, jakie będzie zakończenie. Ale wciąga…




Otóż – nie ma sensu.

Dlaczego nie ma sensu, to można tłumaczyć raz bardzo krótko i treściwie, a innym razem – bardzo długo, naokoło i skomplikowanie.

Odpowiedź krótka i treściwa jest taka, że:

  1. Pomaganie bliźniemu bez jego wiedzy, co prawda pozwala uniknąć pewnych paradoksów, o których kiedyś pisałem (i nie zostałem zrozumiany, bynajmniej nie przez Kirę…), tj. – faktu, że choć lubimy zwykle tych, którym pomogliśmy (inaczej: nie dlatego komuś pomagamy, że go lubimy, tylko dlatego kogoś lubimy, bo mu pomagamy…), to fenomen ten NIE DZIAŁA (statystycznie rzecz biorąc) w drugą stronę (statystycznie, tj. CZASEM może zadziałać – a tylko, nie należy tego zakładać[1]) – więc, pomaganie z założenia anonimowe, przynajmniej tego przykrego absmaku, gdy obdarowany nie okazuje wdzięczności, z pewnością uniknąć pozwala. Tylko – CO WŁAŚCIWIE – ma z tego pomagający..? W dzisiejszych czasach – ma STRATĘ.
  2. Nie sposób zapewnić bezpieczeństwa anonimowym pomocnikom. Poziom nieufności do obcych jest tak wielki, że kto by TERAZ chciał komuś po kryjmu drew narąbać (jak to ongiś harcerze praktykowali pod nieobecność gospodarza) – prędzej znajdzie się w kajdankach, niż doczeka się uznania…
  3. Jest to, najoczywiściej sprzeczne z tzw. Zeitgeist, czyli po naszemu – „duchem czasu“.

Na tym etapie osoby niecierpliwe („niedoczekane“ – jak mawiał mój Świętej Pamięci Dziadek) mogą lekturę tego eseju zakończyć.

Przechodzimy do tłumaczenia długiego i dookólnego.

Kto po cichu pomaga bliźniemu swemu tak, żeby nawet ów bliźni nie wiedział, kto mu pomógł – ten zachowuje się wedle przykazania mojej Świętej Pamięci Babci, czyli „siedzi w kącie“. Efektywnie – szkodząc sobie. Choćby w ten sposób, że przegra z takimi, którzy potrafią swój czyn marketingowo sprzedać – i prędzej niż później, sam będzie potrzebował pomocy.

Kiedy rok z okładem temu sprzedawałem myjki parowe – trafiłem razem z moim psychopatycznym szefem do pewnej willi w Helenowie. Niestety – nie sposób było tam naszej myjki podłączyć do prądu, bo kontakt zwisał ze ściany na gołym przewodzie… Niewiele myśląc, poprosiłem gospodynię o śrubokręt i naprawiłem kilkoma ruchami zaistniały problem.

"Przystojnego elektryka" nie znalazłem. Hydraulik może być - Drogie Panie..?

Mój psychopatyczny szef natychmiast kazał mi siadać i nie odzywać się, a sam poprowadził pokaz. A gdy wyszliśmy – obsobaczył mnie z góry na dół i z powrotem: jak śmiałem – naprawiać ten kontakt PO CICHU? Przecież – należało to zrobić z teatralną przesadą, solennie, obowiązkowo dopiero wtedy, gdy wszyscy domownicy zgromadzą się, zobaczą i docenią przysługę, którą im się oferuje. Tak, żeby wzbudzić w nich jakieś zaczątkowe poczucie wdzięczności (i winy…), które może ewentualnie do kupna prowadzić…[2]

To by było na tyle jak chodzi o punkt pierwszy. Punkt drugi wielkich objaśnień nie wymaga. Pozostaje ów demoniczny Zeitgeist. W ostatnich dwóch tekstach próbowałem Państwa wprowadzić w pewne szczegóły owego „dawnego“ myślenia, które możemy nazwać „wspólnotowym“ – w sprawy małżeńskie dokładnie.

Sądząc po miernej liczbie komentarzy – niezbyt mi się to udało. Zapewne Lepsza Połowa ma rację i nie jestem w formie…

Akcja „niewidzialna ręka“ to kwintesencja „dawnego“, „wspólnotowego“ myślenia. I stąd – dziś, gdy obowiązuje nas rozpasany indywidualizm – nie widzę najmniejszych szans na jej reaktywację. Nawet, gdyby miał to być przejaw czysto indywidualnych, osobistych przekonań.

Dla wybrednych Pań: klasyka!

Młodszym z Państwa przypomnę, o co chodzi. Cała idea akcji „niewidzialna ręka“ wzięła się z powieści Arkadego Gajdara „Timur i jego drużyna“. Państwo już jej nie czytali, bo po słusznym upadku niesłusznego systemu, całkiem słusznie wycofano ją z kanonu lektur szkolnych. Streszczam zatem: tytułowy Timur to pionier (takie sowieckie hitlerjugend), który w czasie tzw. „Wielkiej Wojny Ojczyźnianej“ potajemnie organizuje pomoc dla rodzin walczących na froncie żołnierzy. Aby jego podwładni wiedzieli, w których domach mają po cichu, nie zwracając uwagi mieszkańców, drwa rąbać, wodę nosić i tego typu usługi wykonywać – domy żołnierzy oznacza na płotach odciskiem umazanej w farbie ręki. Stąd – „niewidzialna ręka“.

Komunistyczne harcerstwo przyjęło od sowieckich pionierów ten model. W latach 70-tych uległ on niejakiej pacyfikacji, tudzież cywilizacji – i już nie chodziło o wspieranie „ludowej ojczyzny“, tylko o rzeczy proste, ogólnoludzkie i zrozumiałe: staruszkę przez ulicę przeprowadzić, posprzątać komuś, zakupy donieść, miejsce w kolejce utrzymać… A nie! Oficjalnie przecież kolejek nie było! Poza tym, do „niewidzialnej ręki“ kwalifikowały się tylko takie dobre uczynki, których sprawca mógł pozostać anonimowy – więc i przeprowadzanie przez ulicę odpada…

Ale – fajne to było, nie da się ukryć…

No – było, nie ma i już nie będzie. Dlaczego?

Nasza Wierna Czytelniczka, Komentatorka i Blogerka Kira twierdzi co jakiś czas, że „narodów nie ma“, „wspólnot nie ma“, a „są tylko pojedynczy ludzie“.

Twierdzę przez cały czas coś dokładnie odwrotnego: „pojedynczy ludzie“ nie istnieją – istnieją TYLKO grupy, wspólnoty, narody.

Czy Kira ma rację? Przecież – na ulicy spotykamy właśnie „pojedynczych ludzi“: i nie ma „grupy ludzkiej“, która by się z czegoś innego, niż owi „pojedynczy ludzie“ – składała.

To jest bardzo powierzchowny punkt widzenia. Byłby słuszny, gdyby człowiek był mrówką. Mrówki (śledzie, tuńczyki – i sporo innych tzw. „zwierząt niższych“) tym się charakteryzują, że ich zachowanie jest – wedle naszego najlepszego stanu wiedzy – w 100% zdeterminowane przez wrodzone instynkty. Są to „automaty całkowicie zaprogramowane“, niezdolne do wykazywania inicjatywy czy innowacyjności.

Tak działa automat. W tym przypadku biologiczny. Ale współczesna, zdominowana przez gosudarstwa cywilizacja - w taki sam automat zmienia też i ludzi...

Jednak „zwierzęta wyższe“, oprócz wrodzonych (a więc „zaszczepionych, zaszytych w ich ciałach“) instynktów, wykazują także zachowania zindywidualizowane, potrafią zmieniać schemat postępowania (chociażby jak owe głodem przyciśnięte dziki, które nie czekały do zmierzchu, by poszukać żerowiska…), uczyć się, czasami – przekazywać swoje doświadczenia innym osobnikom (co jest zaczątkiem tego, co u człowieka – staje się kulturą).

Aby całkowicie zrozumieć mrówkę – nie potrzebujemy niczego, oprócz pojedynczej mrówki. Ogromne mrowisko, które mrówki tworzą – to tylko prosta suma bezalternatywnych instynktów, zaszytych w kodzie genetycznym każdej, pojedynczej mrówki. Że, jak na razie, aby zrozumieć zachowanie mrówek, musimy także obserwować całe mrowiska – to tylko kwestia naszej niezręczności: nie umiemy bowiem tak dobrze „czytać“ kodu genetycznego, by móc przyporządkować jego sekwencje konkretnym zachowaniom mrówek.

Próba zrozumienia ludzkiej cywilizacji drogą badania pojedynczego osobnika do niczego nas nie zaprowadzi. Ba! Ludzkie dziecko odizolowane od społeczeństwa – jak owe „dzieci lasu“, wychowane wśród zwierząt – nic zgoła badaczowi nie powie, bo nie będzie umiało mówić. Nic też mądrego się z ludzkiego DNA o możliwych zachowaniach i postępkach ludzi nie wywiemy. Podobno – tak twierdzą tzw. „działacze gejowscy“ – da się z DNA wywnioskować preferencje seksualne. O ile mi jednak wiadomo – NIGDY nie zostało to udowodnione: jest to sprawa politycznej poprawności, gdzie dziedziczność takich zachowań przyjmuje się na wiarę, bo tego chcą grupy ludzi, znajdujących w takich, lub innych perwersjach szczególne upodobanie…

Jednostka ludzka istnieje TYLKO w kontekście społeczności, do której należy. Jest to fundament mojego sprzeciwu wobec libertarianizmu – na ten przykład.

Libertarianie (i większość „klasycznych“ liberałów) przyjmują istnienie takiego hipotetycznego bytu jak „ja“. Owo hipotetyczne „ja“ – „chce“, „dąży“, „zawiera umowę (społeczną)“.

Jest to bzdura! Aby w ogóle mogła zaistnieć ludzka osobowość – jakakolwiek – najpierw potrzebne jest społeczeństwo, które tę osobowość tworzy. Bez społeczeństwa – osobowość nie powstanie. Długotrwała izolacja od innych ludzi – dokładnie tak samo jak wspomniana na wstępie deprywacja sensoryczna, czyli brak dopływu bodźców zmysłowych – prowadzi do rozpadu osobowości i szaleństwa. Tak więc – to grupa jest pierwotna, zaś pojedyncze „ja“ mogą istnieć tylko o tyle i tylko tak długo, póki grupa na to pozwala.

W ostatnich wpisach próbowałem Państwu pokazać, DLACZEGO ludzie dawniej zawierali małżeństwa. Robili to, ponieważ tego od nich oczekiwała grupa, do której należeli: ród, klan, wspólnota sąsiedzka.

Zapewne, większości z Was wydaje się to straszliwą tyranią i uciemiężeniem. I tak rzeczywiście jest – odkąd, gdzieś tak na przełomie XVIII i XIX wieku powstała romantyczna koncepcja „ja“. I odkąd ideologia dodatnio wartościująca hodowanie takiego „ja“ i uleganie jego kaprysom – gdzieś tak w połowie wieku XX – zatriumfowała w naszej kulturze.

Słusznie Państwo dostrzegacie w tym momencie, że stadne hołdowanie ideologii anty-stadnego indywidualizmu, czy wręcz nonkonformizmu (znanego także jako „histerstwo“…) to niejaka sprzeczność. Ale cóż – na tym właśnie polega urok człowieczeństwa! Mrówka w aporię popaść nie może, boż nie będzie się spierać z własnym ciałem. Człowiek, którego zachowanie determinowane jest głównie poprzez kulturę – jak najbardziej zdolny jest do wyznawania, a nawet do praktycznego realizowania wytycznych jak najoczywiściej wewnętrznie sprzecznych.

Jednak, owa swoboda popadania w wewnętrzne sprzeczności NIE JEST NIEOGRANICZONA. Jakkolwiek bowiem, tzw. „teoria cywilizacji“ Feliksa Konecznego wymaga koniecznie przemyślenia od początku na nowo (profesor Koneczny dysponował nader ograniczonymi, a najczęściej bałamutnymi informacjami, zwłaszcza o historii „innych cywilizacji“ – i ta część jego dorobku, czyli jakieś 95% całości, ma obecnie wartość UJEMNĄ), na co się zresztą nie zanosi, bo wśród „intelektualnych tuzów“ naszej prawicy (która, jako jedyna, spuścizną Konecznego w ogóle się interesuje…), to ja nie widzę nikogo, kto byłby w ogóle zdolny pojąć, o co mi chodzi – to niewątpliwie, miał autor „O wielości cywilizacji“ w tym rację, że nader trudno jest „być pożytecznie cywilizowanym na dwa sposoby“.

Im więcej sprzeczności – tym mniejsza skuteczność działania. To, że indywidualizm jest dzisiaj tak łatwy – to tylko skutek bezprecedensowego dobrobytu materialnego, który znacznie wymagania odnośnie społecznego morale (zdolności grup ludzkich do efektywnego, wspólnego działania) obniżył.[3] Istnieje jednak próg, poniżej którego koherencja grupy ludzkiej już zejść nie może – bez szkody dla integralności osobowości ludzi, którzy tę grupę stanowią.

Nie znamy tego progu. Jest on jednak nieustannie testowany przez całe hordy marketingowców, pijarowców, specjalistów od przekazu podprogowego, nawiedzonych szarlatanów, świadków Jehowy i całą polską klasę polityczną in corpore: każdy z nich próbuje „ciągnąć“ grupę w sobie wygodnym kierunku. Niektórym się udaje. Innym nie. Ci, którym się nie udaje – ciągną w kierunku, w którym grupa pójść nie może, bo jest to NADMIERNIE JUŻ SPRZECZNE z panującym w niej konformizmem.

Łatwo poznać, że naruszeniu ulega właśnie ów „najświętszy z świętych“ dogmat – po tym, jaka piana toczy się z ust np. tzw. „obrońców zwierząt“. Irracjonalna gwałtowność ich reakcji dowodzi, że zagrożona była – w przypadku przyjęcia przedstawionej grupie propozycji – integralność tworzonych przez tę grupę osobowości.

Innymi słowy: głosić może każdy, co mu ślina na język przyniesie. Ale też nikt się nie powinien dziwić, gdy za poglądy, które głosi, oberwie po czuprynie – bo to naturalna i całkowicie oczywista reakcja zagrożonej grupy jest.[4]

Sądzę, że kto by – wbrew obowiązującemu konformizmowi „indywidualizmu i nonkonformizmu“ – głosił tak skrajnie „kolektywistyczny“ pomysł jak „akcja niewidzialnej ręki“ – prędzej po czuprynie oberwie, niż kogokolwiek przekona.

Ilustracja "z epoki"...

Że to wszystko jest naprawdę dziwne i paradoksalne? No cóż: już Gautama Budda ostrzegał – „ja“ to tylko złudzenie, samsara. Tylko ten, kto potrafi się tego złudzenia wyzbyć – dostąpi nirwany…



[1] I dlatego kiepskim psychologiem jest ten, kto tak obwiesza nasze drogi, obory i wodociągi tablicami dziękczynnymi ku czci Brukseli – jest PEWNYM, że Polacy widząc tyle dowodów wielkiej dobroczynności „Świętej Unii Europejskiej“ – Brukselę w końcu znienawidzą…
[2] To jest niuans. LEKKIE poczucie wdzięczności i związane z tym poczucie winy (nikt nie lubi być dłużny) – motywuje, by dług jak najszybciej i z nawiązką wyrównać. Przesada w tym zakresie – prowadzi zaś do reakcji odwrotnej. Dlatego staruszkom na „sprzedażowych wycieczkach“ oferuje się raczej średnio – niski standard. Ugoszczeni kawiorem i szampanem – NIC NIE KUPIĄ. Bo im będzie wstyd… I dlatego też – niejaki Filip Piękny, król Francji posyłał na stosy po kolei Żydów, Lombardczyków i Templariuszy – wszystkim był winien fortunę wielekroć przekraczającą jego królewski majątek…
[3] Pani Ewa z Kresowej Zagrody pisze czasem o „cyborgizacji“. O ile w przypadku „bytów ludzkich poszczególnych“, to jest jednak, jak na razie, swoista „science fiction“ – o tyle z całą pewnością możemy stwierdzić, iż gdzieś w okolicach I wojny światowej doszło do „mechanizacji“, czy też „cyborgizacji“ SPOŁECZEŃSTWA. Te bowiem więzi i mechanizmy, które ongiś wymagały pozornie spontanicznego współdziałania napędzanych kodami kulturowymi ludzi – obecnie zastępuje w rosnącym stopniu administracyjny nakaz i prawo.Tylko dzięki temu możliwy jest indywidualizm i „nonkonformizm“ – bo konieczne dla działania cywilizacji współdziałanie WYMUSZA coraz to potężniejsze gosudarstwo, coraz to mniej polegając na inicjatywie oddolnej…
[4] Kira na pewno się zapyta JAK „istnieją grupy“ – skoro widzi na ulicy tylko pojedynczych ludzi. Ano – WŁAŚNIE TAK. Przekonanego „Tarowca“, atak na „Tarę“ niemal fizycznie boli – bycie „Tarowcem“ jest bowiem podstawą jego osobowości, rozpad grupy, do której należy, rozbiłby w gruzy jego własną tożsamość. Tyle tu jest swobody wyboru, co u mrówki – a tylko ŹRÓDŁO DETERMINIZMU jest inne!

24 komentarze:

  1. Małe uszczegółowienie: domy żołnierzy były oznaczane namalowaniem czerwonej gwiazdki na płocie. Gdy żołnierz zginął na froncie, drużynowy, tytułowy Timur, dorysowywał do gwiazdki czarną obwódkę, co oznaczało, że dom był pod szczególną opieką.
    Czytałem to za wczesnego jaruzelskiego. Jakoś się przylepiło do mózgu...

    OdpowiedzUsuń
  2. "Histerstwo" zamiast "Hipsterstwa": nawet jeśli to pomyłka, to świetnie określającą tą postawę życiową. A co do "niewidzialnej ręki": nie dałoby się zrobić, bo w harcerstwie często teraz brakuje ludzi żeby pracować nad inicjatywami czysto "wewnętrznymi", harcerskimi. Z jednej strony nie jest atrakcyjne dla młodzieży, a z drugiej strony ci którzy już w harcerstwie są, nie za bardzo im się chce... Poza tym i do ZHP dotarła zmora współczesnego świata, czyli nastawienie na "pijar".

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Niezamierzona pomyłka. Ale, w sumie - nie chce mi się poprawiać...

      Usuń
  3. "Sądząc po miernej liczbie komentarzy – niezbyt mi się to udało. Zapewne Lepsza Połowa ma rację i nie jestem w formie…"
    A to zawsze trzeba komentować po przeczytaniu? To jestem kilkadziesiąt komentarzy w plecy.

    Jednak wracając "do ad remu" - dzisiejsza wspólnota, a precyzyjniej chyba społeczeństwo, za filar konformizmu uznaje indywidualizm. Jest to oczywiście wewnętrznie sprzeczne, ale jest to fakt. Wystarczy rzut oka na reklamy: nowy telefon, dzięki któremu możesz wyrażać swoje ja robiąc fotki i pokazując je innym, portale społecznościowe na których możesz komentować, blogi na których możesz pisać i tak dalej. Założenie, że KAŻDY ma na tyle ciekawe "ja" że powinien je eksponować komentarzami, tekstami, zdjęciami, filmami, replikami itp. jest całkowicie dominujące. Z drugiej strony kiedy ktoś poddaje się otwarcie dominacji grupy - na przykład biorąc śluby i zostając mnichem - spotkać się może chyba tylko z szyderstwem. I to właśnie jest ucieczka od tej schizofrenicznej sytuacji. Kpina, szydera, żart jako narzędzie radzenia sobie z rzeczywistością to powszechnie akceptowalny sposób bycia, przynajmniej wśród ludzi w moim wieku. Nikt i nic nie jest na serio. Nie użalam się tutaj bynajmniej tylko podkreślam jak to wygląda. Tylko nieliczni rzucają się w objęcia grupy i bawią się - bo mają chyba świadomość umowności tego wszystkiego - w politykę jako członkowie organizacji narodowych czy lewicowych, w walkę o (w tym także o prawa zwierząt) i tak dalej.

    Bazując na moim warszawskim doświadczeniu powiedziałbym, że ogół dzieli się na przysłowiowe słoiki - materialistycznych konsumentów cieszących się nowym odcinkiem z Netflixa po powrocie o 21 z pracy - różnorakich ludzi z ideolo na wierzchu, którzy odrzucają szeroko rozumianą konsumpcję na rzecz tej czy innej idei, wielkie rzesze szyderczej młodzi która czuje rozdźwięk między glamourem swoich wyobrażeń i bolesną rzeczywistością... i chyba tyle :)

    Jeśli czytał Pan ostatni zbiór tekstów Dukaja, to wie Pan, że nas wszystkich zje Proteusz. I cóż poradzić?

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Nie czytałem. W naszej bibliotece gminnej Dukaja nie mają. "Nie czyta się"...

      Usuń
    2. Tu jest fragment "Linii oporu" do której się odniosłem: http://esensja.pl/ksiazka/prezentacje/tekst.html?id=10565

      Ze 20 stron co najmniej i za darmo - i jak tu nie lubić internetów?

      Usuń
    3. A jeśli się Panu nie chce czytać, to przeklejam czyjś komentarz (do podobnych wniosków przeszedłem po lekturze):

      "Powiem tyle: "Linię oporu" trzeba przeczytać od samego początku, nie analizować stylizacji językowej, tylko ją zaakceptować - przyjąć sposób myślenia ludzi żyjących w opisywanych czasach i rzeczywistości.

      Sposób, w jaki napisane jest to opowiadanie/powieść, ma na celu pokazanie zmian, jakie nastąpiły w sposobie myślenia ludzi, którzy przenieśli się do "miasta" z "gnoju". "Poszli w łbach grzebać i we łbach mają nasrane," jak to ujął dziadek głównego bohatera, wciąż mieszkający w "gnoju".

      Wpływ przeniesienia się do "miasta" jest podobny tego, jaki wywarła na obecnym pokoleniu rewolucja internetowa, tyle że podniesiony do n-tej potęgi. Coś na kształt etapu przejściowego między AV z "Czarnych oceanów" a Plateau z "Perfekcyjnej niedoskonałości". Do tego dochodzi dążenie cen w gospodarce do zera i posiadanie pracy będące luksusem. Życie mieszkańców "miasta" to właśnie chaotyczna papka doświadczeń zmysłowych, która wyłania się ze stylizacji językowej. Życie ludzkie straciło sens, stało się bezkształtną masą, ponieważ to, co czyni nas ludźmi, to właśnie nasze ograniczenia, a życie "proteusza" pozbawione jest jakichkolwiek ograniczeń - może się on dowolnie kształtować, tracąc w ten sposób własną tożsamość.

      Dlatego właśnie jeden z bohaterów (nie jestem pewien który) stwierdza, że "szlaje"/"plaje" są bardziej rzeczywiste od prawdziwego życia. Wspomniana stylizacja jest konieczna, by pokazać ogromną przepaść między zwykłym życiem (bezkształtną papką, gdzie rozmowy sprowadzają się do myślotoku) a "szlają"/"plają", która jest nieskończenie bardziej prawdziwa, namacalna. W tym celu Dukaj wtrąca miejscami rozdziały, których akcja rozgrywa się w "szlai"."

      Usuń
    4. Jestem zbyt zmęczony, żeby cokolwiek z tego zrozumieć.

      Ale obiecuję jutro przeczytać ponownie.

      Usuń
    5. Dyplomatycznie odpowiem w ten sposób: ja nawet lubię Dukaja. To znaczy - "Lód" lubię i cenię.

      Ale - pomijając językowe unowocześnienie, a nawet próbę przewidzenia, wyprzedzenia czy kreowania trendów w tej materii - co tu niby jest nowego względem Lema "fantomatyki"..?

      Usuń
    6. Po pierwsze to tylko fragment, po drugie ja sam nie przeczytałem jeszcze całego Lema a po trzecie - nowe czy nie, ważne czy prawdziwe. Czy filozofowie po antyku są gorsi w jakiś sposób bo stoją na ramionach gigantów? Chyba nie :>

      Usuń
    7. Zgadzam się, że pewnie trzeba by przeczytać całość. No cóż - kiedyś będzie po temu okazja...

      Usuń
  4. Mroczno. Ale dzięki za (chyba jednak) mechanika samochodowego. A ten drugi przystojniak ( że się pochwalę swoją niewiedzą) to kto?

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Podpisany był "plombier". Ale - kij mu w oko. To przecież i tak model, tacy chłopcy smarem się nie brudzą...

      Tożsamości klasyka NA RAZIE nie zdradzę. Jestem pewien, że do rana ktoś zgadnie. Podpowiem tylko, że podobno dzień zaczynał od szklaneczki burbona - i... a nie! Druga podpowiedź dla koniarza byłaby już nazbyt oczywista...

      Usuń
    2. Myślałam, że to John Wayne...

      Usuń
  5. Dziś Niewidzialna Ręka byłaby oskarżona o niewłaściwe porąbanie drew, albo o zrobienie porządków w niewłaściwej porze, o naruszenie dóbr osobistych i takie tam... Zdziczeliśmy.
    Czy klasycznie podano młodziutkiego Johna Wayne'a?
    Pozdrawiam.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Wiedziałam, że skądś mi ten z czapką powinien być znajomy. No, a co z drugą podpowiedzią, drugą szklaneczką burbona częstował swego szlachetnego rumaka, czy jak?

      Usuń
    2. Zwykłem, gdy mi się trafiał szczypior na pierwszą lekcję jazdy upominać go srogo, by nigdy nie próbował zsiadać z konia jak John Wayne...

      Usuń
  6. " utknąłem w „Grze o Tron“. Czytadło. Od 200-tnej strony nie sposób się nie domyślić, jakie będzie zakończenie. Ale wciąga"

    Ja akurat utknąłem w serialu - czy na owej 200-tnej klaruje się wątek genetyczny? Serial nie pozwala mieć co do niego wątpliwości w zasadzie od pierwszego odcinka, zadbali o charakteryzację. Widać tu zresztą niedostatki fantastyki zachodniej na tle polskiej, w Wiedźminie w takiej sytuacji któraś postać wygłosiłaby wykład o prawach Mendla.

    Ciekawie było być w harcerstwie w latach dziewięćdziesiątych: praktyka już się zmieniła, ale wciąż walały się po harcówce publikacje teoretyczne z czasów, gdy "były nas miliony".

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Zgodnie z zasadą, że "jeśli na ścianie wisi strzelba - to na pewno w ostatnim akcie wystrzeli..."

      Spodziewam się też Smoków i Innych...

      Usuń
  7. Ależ uprościłeś moje poglądy. Oczywiście, że istnieją grupy. Ale POTENCJAŁ, jaki ma JEDNOSTKA, pozwala na niewyobrażalne - ku mojemu zdziwieniu niektórzy tak je określają - zmiany w prawie, obyczajowości, mentalności większości, etc. Zmiany dokonują się właśnie poprzez jednostki. A że te jednostki bez społeczeństwa byłyby czymś bardziej bezradnym niż glista? I mam na myśli nie przeżycie, bo (teoretycznie) można jakoś samemu wegetować, ale rozwój emocjonalny i intelektualny.

    Ja też jestem w 95% procentach produktem innych. Ale popatrz: jakoś nie czuję wspólnoty z większością moich bliźnich. I nie ma w tym żadnego paradoksu. :)

    Pomaganie ma sens: wystarczy, że widzi go pomagający. ;) Ale jednak powinien w i e d z i e ć , czego naprawdę potrzeba temu, kogo chce swoją pomocą obdarzyć.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Mrówka w samotności nie jest dobrym obiektem do obserwacji. Potencjał ma rój, nie pojedynczy osobnik. Podczas gdy obserwacja człowieka (ale już ukształtowanego!) ma największy sens, kiedy jest on sam (lub myśli, iż jest sam). Ewentualnie - kiedy tak działa wśród bliźnich, jak by się nie bał ich opinii.

      Usuń

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...