środa, 3 kwietnia 2013

Prawdziwa historia Kopciuszka

Za oknem monotonnie sypie śnieg. Co jakiś czas chodzimy na zmianę pod wiatę podlać koniowatym wody (na szczęście – kran już od ponad doby nie zamarza) albo podrzucić siana. Poza tym – nie ma KOMPLETNIE NIC do roboty. Chętnie bym się upił, ale nie mam czym…

W tej sytuacji, w związku z niesłusznym zwąpieniem koleżanki – blogerki Agniechy w realność Kopciuszka – zadałem sobie odrobinę trudu i posługując się:
- „Historią życia prywatnego“ tom. 2, „Od Europy feudalnej do renesansu“
- „Historią Bizancjum“ Kazimierza Zakrzewskiego,
- anglojęzyczną Wikipedią
zrekonstruowałem prawdziwą historię tej archetypicznej postaci.

Co jest najważniejszym elementem tej bajki? Oczywiście fakt, że dziewczyna biedna, kuchenny kocmołuch, sierota pogardzana przez macochę i jej wredne, paskudne córki – spotyka księcia, który cudownym sposobem odmienia jej los. W czym niebagatelną rolę odgrywa Dobra Wróżka oraz zagubiony pantofelek (i stąd asocjacja z porannym wpisem o szpilkach…).

ja tam nic nie wiem, ale to zdjęcie było podpisane "Kopciuszek"...

Tylko – Drogie Czytelniczki – zanim zrosicie swoje jedwabne chusteczki nadobnymi ślozami, pozwólcie na małe wyjaśnienia. Tak ładnie to wygląda tylko w tych nowoczesnych, disneyowskich, uładzonych wersjach klasycznej przecież bajki. Nie tyle zakłamujących, co – pomijających milczeniem kontekst sytuacyjny.

A kontekst sytuacyjny jest taki, że książę (w innych wersjach – jego Szanowni Rodzice) wydaje bal, na który zaproszone są córki lokalnych notabli po to, aby WYBRAĆ SOBIE ŻONĘ.

Cóż to jest takiego..? Ano zwyczaj, określany w języku angielskim jako „bride show“, w polskim wykładany zwykle jako „konkurs piękności“. Zwyczaj, jak najbardziej – autentyczny, rzeczywiście praktykowany czasem w Bizancjum i w Rosji.

Po raz pierwszy wybrała w ten sposób żonę dla swojego, 17-letniego podówczas syna, Konstantyna VI cesarzowa Irena – w roku 788. Tyle wiemy. Są historycy, którzy twierdzą, że sama Irena – w ten właśnie sposób została małżonką cesarza Leona IV już w roku 769.

Solid cesarzowej Ireny. Która, jako jedyna w dziejach Bizancjum kobieta - pretendowała do samodzielnych rządów. Dzięki czemu, nie uznający jej tytułu do władzy papież: mógł koronować Karola Wielkiego na nowego Augusta Zachodu...

Legendy zaś – przypisują wynalazek tego „konkursu piękności“ Pulcherii, starszej siostrze cesarza Teodozjusza II, która miała była – wedle pewnych interpretacji – tak wybrać dla niego na żonę piękną i mądrą Athenais.

Athenais to rzeczywiście – prawdziwy Kopciuszek wśród cesarzowych. Wcale bym się nie zdziwił, gdyby to właśnie jej historia była pierwowzorem znanej bajki.

Athenais, urodzona około roku 400, była ukochaną córką Leontinusa, wykładowcy retoryki w antiocheńskiej Akademii, podówczas – jednej z najsłynniejszych w cywilizowanym świecie. Przy tym: człowieka zamożnego, który swojej rodzinie potrafił zapewnić najwyższy dostępny wówczas komfort, z obszerną, pełną ksiąg i służby rezydencją na czele. Miała dwóch braci. Kiedy umarła ich matka, w roku 412 – Athenais, którą od maleńkości cechowała wybitna pamięć i nieprzeciętne zdolności, została uczennicą i najbliższym powiernikiem swojego ojca – zarządzając też rodzinną rezydencją i pełniąc honory pani domu.

Niestety, Leontinus umarł w 420 roku, pozostawiając cały majątek synom – Athenais otrzymała tylko 100 monet i ezofową przepowiednię w testamencie ojca, że to zupełnie wystarczy, aby wypełniło się jej przeznaczenie – najwspanialsze, jakiego może dostąpić kobieta.

Bracia natychmiast wygnali siostrę z domu. Zatrzymała się u ciotki. Ciotka (pierwowzór Dobrej Wróżki…), poradziła jej szukać sprawiedliwości w Konstantynopolu.

Młody cesarz Teodozjusz II skończył właśnie 20 lat i poprosił swoją siostrę Pulcherię, by znalazła mu odpowiednią towarzyszkę życia. Ponieważ Athenais antyszambrowała w pałacu za swoją sprawą, te dwie panie – po prostu: musiały się ze sobą spotkać. Pulcheria była pod tak głębokim wrażeniem urody i inteligencji młodej petentki, że od razu pobiegła do brata z radosną wieścią, że – znalazała mu żonę.

W ten sposób: testament Leontinusa wypełnił się co do joty. Istotnie bowiem – ów uwłaczający legat 100 monet, jako powód wyjazdu do Konstantynopola, zupełnie wystarczył do tego, aby jego ukochana córka została cesarzową.

Źli bracia na wieść o wyniesieniu siostry – wzięli co prędzej nogi za pas pewni, że teraz czeka ich hańbiąca i bolesna śmierć. Athenais, którą właśnie pośpiesznie ochrzczono i odtąd znana była jako cesarzowa Aelia Eudocja – nie tylko jednak, nie próbowała się mścić na rodzeństwie, ale wręcz odwrotnie – załatwiła braciom intratne i zaszczytne urzędy.

Cesarzowa Aelia Eudocja

Czyż nie jest to piękna opowieść?

No nie do końca. Co prawda, NIE MOŻNA WYKLUCZYĆ, że Athenais tak samo zakochała się od pierwszego wrażenia w młodym Teodozjuszu, jak on w niej (koniec końców – władza to silny afrodyzjak, nasz etatowy ekspert w „tych sprawach“ mógłby coś na ten temat na pewno powiedzieć…).

Generalnie jednak – nie o to w tego rodzaju cesarskich zalotach chodziło. Powinniśmy pamiętać, że jeszcze całkiem niedawno – miłość między małżonkami wcale nie uchodziła za KONIECZNY WARUNEK szczęśliwego małżeństwa!

Małżeństwo to była sprawa bytowa. Kościół wymagał wprawdzie, aby młodzi wyrazili swoją zgodną wolę – ale też: nie miał nic przeciwko temu, aby ich rodziny tę wolę do zgody taką lub inną perswazją doprowadziły (niejedna święta swój wieniec niebieski – oślim zaiste sprzeciwem wobec mądrości ojca i matki w tej akurat sprawie – zdobyła…).

Małżeństwo to była sprawa bytowa – nie tylko dla panny młodej czy pana młodego, ale także – dla obu w ten sposób wchodzących w koligację rodzin. Czego właśnie los braci Athenais – jest najlepszym dowodem. Jeśli nie zakochała się w Teodozjuszu, to: poświęciła się nie dla kogo innego – jak właśnie – dla swoich (wyrodnych!) braci, którzy jej poświęceniu zawdzięczali własne wyniesienie…

Małżeństwo to była sprawa bytowa. I jako taka – należała do kategorii spraw codziennych, praktycznych i rzeczywistych. Jak jedzenie, picie, spanie – jak śmierć. Każdy musi jeść, pić, spać. Każdy umrze. I każdy musi się ożenić lub wyjść za mąż – bo tego wymaga życiowa konieczność.

Natomiast miłość? Miłość to sprawa odświętna, niecodzienna, boska (albo demoniczna…). Miłość może się przytrafić – ale gwarancji na to, przecież – nikt nie da. Jeśli miłość pojawi się w małżeństwie – jest to znak łaski boskiej. Jeśli poza małżeństwem – no cóż: i tak bywa – i wcale to małżeństwu, samo w sobie, szkodzić jeszcze nie musi…

Czekać z małżeństwem na miłość – to jak czekać z jedzeniem na Gordona Ramseya. Owszem: są tacy – których stać. Ale przecież – wielu ich chyba nie ma..?

Taki był sposób myślenia o małżeństwie i miłości – jeszcze całkiem niedawno. Dla Was, Drodzy Czytelnicy, pewnie to dziwne. A może nawet – skandaliczne. Zapewniam Was: jeszcze naszym pradziadom – skandalicznym wydawało się „małżeństwo z miłości“…

„Konkursy piękności“ to był raczej niezwykły sposób aranżowania małżeństw. Nawet w Bizancjum – zdarzały się wyjątkowo. Częściej cesarze (a bywało, że – cesarzowe…) dobierali sobie małżonki kierując się polityczną i dynastyczną rachubą.

Charakterystyczne jest, że już zachodnioeuropejskie średniowiecze dostrzegło pewną niepokojącą asymetryczność „konkursu piękności“. Oto w Roman du comte de Poitiers cesarz w obecności trzydziestu młodych panien wydaje polecenie, by każda została obnażona i była tak naga, jak wówczas gdy opuszczała łono swoje matki, po czym dodaje: To nie prośba, lecz rozkaz![1]

Zauważcie – że nie przyszło mu do głowy samemu się obnażyć, żeby i one nie kupowały kota w worku.[2]

tak sobie "konkurs piękności" wyobrażano w rzekomo fundamentalistycznym Średniowieczu

No cóż: tą są właśnie uroki władzy – nieprawdaż..? Statystyka nam mówi, że skoro miłość między przyszłymi małżonkami nie była istotną przesłanką do zawierania małżeństw, to średnio tak samo często młodej pannie trafiał się stary i obleśny cap – co nadobnemu młodzieńcowi przejrzała wdowa. Albo i nie wdowa i nie przejrzała, ale też – kaszalot.[3]

A tu proszę: jeden cesarz ma ten przywilej, że mu taki dyskomfort nie grozi…

a tak w prawdziwie pruderyjnym wieku XIX...

Co zresztą – bynajmniej niczego nie gwarantowało! Wspomnianemu już Konstantynowi VI wybrana mu przez matkę w „konkursie piękności“ Maria z Amni i tak się nie spodobała, wziął sobie kochankę, żonę wysłał do klasztoru, kochankę koronował na cesarzową – i aż do lokalnej schizmy kościelnej doprowadził, tak się przy tym wyborze upierał


[1] „Historia życia prywatnego“, tom 2, str. 463
[2] Jeśli wierzyć Długoszowi, problem ten dostrzegł i rozwiązał Jagiełło, który przed zaręczeniem się z Jadwigą – poszedł do łaźni z jej posłem, aby ten zdał młodej królowej wiarygodną relację z cielesnych kształtów przyszłego małżonka…
[3] Nie znam autorytatywnych wyników badań, ale „na czuja“ – wysoka śmiertelność kobiet w połogu, przynajmniej w warstwach uprzywilejowanych, gdzie i sprawy majątkowe miały większe znaczenie – co najmniej równoważona była częstymi zgonami mężczyzn w boju. Równie często więc wydawano „dla chleba i kariery“ młode dziewczyny za starszych panów, jak i młodych – bo często: młodszych, nie dziedziczących rodowego majątku – chłopców za podstarzałe dziedziczki…

5 komentarzy:

  1. Ja tylko tak sobie napisałąm, że nie wierzę w Kopciuszka. Wierzę. Po co hodowałabym dynie, gdybym nie wierzyła?

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ale przecież Ty już swojego księcia napotkałaś..?

      Usuń
    2. Atawizmy chyba. Książę wyhaczony, a ja nadal hoduję. Może podświadomie pragnę nowego środka lokomocji?

      Usuń
    3. No, porządna dynia 4 x 4 to jest to!

      Usuń
  2. Rzadko kogo chyba było stać na wybieranie żony bez koneksji. Mało tego, że profitów z takiego ożenku nie było (może poza osobistymi) to jeszcze mogła obniżać status mężowski.
    PS
    A może będzie jakiś tekst z Mężczyzną w tle ?

    OdpowiedzUsuń

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...