czwartek, 4 kwietnia 2013

Polterabend, czyli segragacja odpadów

Za oknem w dalszym ciągu monotonnie sypie się z mściwych Niebios na grzeszną ziemię białe gówno. Za chwilę trzeba będzie wywieźć spod wiaty nocny „urobek“ naszych czterokopytnych pociech (pierwej odkupując w śniegu tunel, prowadzący stamtąd do miejsca przeznaczenia guana), pościelić w zamian świeżą słomą i podrzucić na kupkę kolejną porcję siana. I to będzie całe nasze zajęcie, planowane na dzień dzisiejszy. No – ewentualnie, ale jeszcze sami tego nie wiemy – może podjedziemy na małe zakupy do Warki. O ile uda nam się wykopać Wendi, bo już ją na wysokość koła przysypało…

Zanim to wszystko zrobimy, pozwolicie Państwo, że pozostanę w kręgu panien młodych, ślubów, wesel – zawszeć to kolorowiej, weselej, pretekst, żeby jakieś roznegliżowane zdjęcie wstawić jest…



No dobrze, ale co to jest „polterabend“ i co to ma wspólnego z segregacją odpadów..?

Powoli, po kolei, mamy czas, nigdzie się nie spieszymy…

Przypomniał mi się ten zwyczaj, bo podwiozłem wczoraj sąsiada do Grabowa, gdzie płacił za wywóz śmieci. No i zeszło nam potem na zmiany w przepisach, obowiązek segregacji – a ja mu opowiedziałem, jak to dawnymi czasy na Kociewiu było.

Oczywiście, że ZAWSZE segregowało się odpady. W kuchni pod zlewem Matka miała dwa wiadra. Do jednego trafiały odpadki organiczne, które potem dostawały się świniom, kurom, czy co tam żywego było do wykarmienia w obejściu – a jak się już nawet do tego celu nie nadawały, to trafiały na gnojownik, gdzie się kompostowały.

Do drugiego wiadra natomiast – trafiały wszystkie odpadki palne – nielicznych wówczas – plastików nie wyłączając.

Bo, należy pamiętać, że dawnymi czasy, odpadów było zdecydowanie mniej niż obecnie. Choćby dlatego, że trudno było wtedy o pakowaną żywność – „opakowania“ na żywność były w zasadzie dwóch rodzajów: albo były to solidne szklane słoje lub butelki, które podlegały recyklingowi i nadawały się do wielokrotnego użycia – albo też, przysłowiowa gazeta, w którą pani ekspedientka zawijała śledzie – faktycznie to częściej był kawał kiepskiego papieru z makulatury, niż prawdziwa gazeta, ale mniejsza o większość: doskonale nadawał się taki „odpad“ na rozpałkę w piecu.

Oczywiście, śmieci produkowane w normalnym gospodarstwie domowym tylko do odpadków albo organicznych, albo palnych się nie sprowadzają. Bywają niepalne i nieorganiczne. Zasadniczo – dwóch rodzajów. Złom – i takie szkło, które już się do ponownego wykorzystania nie nadaje, bo się zbiło, wyszczerbiło, czy tak zabrudziło, że już domyć tego nie sposób.

Na tego rodzaju odpady miał Ojciec w podwórzu dwie spore, drewniane skrzynie. Gdy skrzynia ze złomem była pełna – trafiała do skupu. Co natomiast zrobić z odpadkami szklanymi, które już się do recyklingu nie nadają..?

Te, niestety, musiały koniec końców trafić na wysypisko. Dlaczego jednak, nie miałyby wcześniej dostarczyć odrobiny rozrywki..?

Okazją do takiej rozrywki było właśnie – wesele. W wieczór poprzedzający dzień tej podniosłej uroczystości, młodzież kociewska zwykła obchodzić święto znane, z niemiecka „polterabend“. Polega to na tłuczeniu przed wejściem do domu panny młodej szkła (lub, ewentualnie, porcelany).



Może to być jedna butelka czy jeden kieliszek lub jeden talerz (mocno podejrzewam, że Niemcy przejęli zwyczaj tłuczenia kieliszka w dzień ślubu od Żydów, dla których było to przypomnienie utraconej Jerozolimy – zaś żywszy temperament słowiańskiego w końcu, pomorskiego ludu sprawił, że z jednego symbolicznego kieliszka w czasie samych zaślubin – zrobiła się cała góra tłucznia w przeddzień…) – a może być i: taczka szklanych odpadów… Którą potem musiał już na wysypisko wywozić ojciec panny młodej…



Nie polecam i nie zachęcam. W ogóle – nie jest to wcale wpis „racjonalno – oszczędnościowy“: po takie musicie się, Drodzy Państwo, pofatygować do źródła, czyli na blog Racjonalnego Oszczędzania.

Opisana wyżej metoda segregacji odpadów nie jest już możliwa do zastosowania w świecie współczesnym (choćby dlatego, że masa odpadów wzrosła o kilka rzędów wielkości – we dwoje z Lepszą Połową, choć żyjemy bardzo oszczędnie – chleba na przykład, nie zdarzyło nam się wyrzucić od lat – produkujemy i tak, chcąc nie chcąc, więcej śmieci, niż siedmioosobowa, w porywach, rodzina na Kociewiu ćwierć wieku temu…). Pojawiły się nowe, dawniej nie znane, lub występujące niezmiernie rzadko kategorie odpadów – wielkie ilości plastików, słabo palnych, za to mocno toksycznych, różnego rodzaju „śmieci elektroniczne“, a też i cała masa dawniej nie znanej, zużytej chemii, zaczynając od opakowań po dezodorantach, a kończąc na przeterminowanych lekach…

Nie jest wcale godny polecenia zwyczaj podrzucania sąsiadowi własnych śmieci, jak kukułczego jaja – choćby nawet działo się to pod pretekstem zabawy.

jak widać, Niemcy pozbywają się w ten sposób głównie starej porcelany...

[Tu zmuszony byłem na chwilkę przerwać pisanie. Należało bowiem użyć zaawansowanej technologii w celu przywrócenia sygnału satelitarnego. To znaczy: wziąć miotłę i ogarnąć „talerz“ ze śniegu…]

O czym zatem chciałem Państwu opowiedzieć, poza tym, że zwyczajnie, pogawędziłem sobie..?

Ano – cały ów „polterabend“, w którym zabawa splata się z życiową prozą pozbywania się niektórych kategorii odpadów – to drobny, raczej śmieszny i mało istotny, ale jednak dowód. Dowód na tezę, którą wczoraj wieczorem Państwu zasuflowałem.

Taką mianowicie, że dawnymi czasy NIC nie miało małżeństwo wspólnego z „miłością“ – za to bardzo wiele: z koniecznością – przetrwania. Władca, aby przetrwać, potrzebował wsparcia sąsiadów lub istotnych „grup nacisku“ na własnym dworze – i odpowiednio do tej konieczności, aranżował swoje małżeństwo.[1]

Wśród mniej lub bardziej możnych, konieczność zawarcie „stosownego“ małżeństwa wynikała z fanatycznego przywiązania do rodzinnego majątku, lub nie mniej fanatycznego pożądania cudzego dziedzictwa (do którego mniej lub bardziej nadobna dziedziczka, była tylko nieodzownym dodatkiem).

Biedni żenili się wcześnie, gdyż praktyka życiowa dowodzi (i to jest prawdziwa prawda, przetestowana wielekroć, a przy tym – jedyna „racjonalnie oszczędna“ rada w tym wpisie…), że we dwoje żyje się łatwiej i taniej niż w pojedynkę.

Zaś „polterabend“ i inne, tego rodzaju zwyczaje (jak np. – powszechne w Polsce – „wykupywanie się“ młodych wódką na „bramkach“ utworzonych przez sąsiadów na ich drodze z kościoła do domu weselnego) – interpretowali ongiś antropolodzy, idąc tu zresztą za bajdurzeniami Engelsa bodaj – jako pozostałość dawnej, rzekomej „wspólnoty żon“ (to taki seksualny odpowiednik owej, już raz przeze mnie zdezawuowanej „wspólnoty pierwotnej“ w kwestiach majątkowych…).

Tymczasem, wcale nie musiało nigdy być takich dziwactw, by mogła wspólnota sąsiedzka – świętować czyjeś zaślubiny razem z „młodymi“. Mało tego! Tradycyjne zaślubiny w DUŻO WIĘKSZYM STOPNIU, były świętem lokalnej wspólnoty oraz łączących się rodów – niż samych młodych. Którzy, najczęściej, widzieli się wcześniej ledwo kilka razy, byli oboje zestrachani i mało co z własnego wesela mogli zapamiętać.

ilustracja zestrachanej panny młodej - z epoki...

Wspólnota zaś – i rody – rzeczywiście miały co świętować przy takiej okazji. Oto – kolejne pokolenie bierze na siebie obowiązek wspierania i kontynuacji rodu, wspierania i kontynuacji wspólnoty. Kto zatem powinien ten fakt świętować – jak nie wspólnota właśnie?



[1] Z tego punktu widzenia, opisany wczoraj „konkurs piękności“ to swoista, ekstrawagancka „demonstracja siły“ ze strony władców Bizancjum czy Rosji – kierując się w wyborze małżonki tak „pozamerytorycznym“ względem jak jej cechy osobiste – próbowali w ten sposób dowodzić całemu światu, że są prawdziwymi autokratami, którym ani sojusze z sąsiadami, ani równowaga dworskich koterii – do niczego nie są potrzebne…

6 komentarzy:

  1. skoro już autor przegląda fotograficzne zasoby swojego dysku, to ja poproszę jakąś mulatkę, latynoskę, itp. trochę egzotyki

    Panie wybaczą mi to życzenie! I tak każdy wie, że polskie dziewczyny (czyli wy) jesteście najcudniejsze!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. 1. To wszystko z netu.

      2. Wolę blondynki.

      Usuń
  2. Dziś człowiek, który chciałby ograniczyć ilość "produkowanych" przez siebie śmieci napotyka na zasieki nie do przebycia. Mleka bez opakowania z plastiku - nie kupię (pewnym pocieszeniem są kartoniki z aluminiową powłoka w środku), mięso w sklepie wkładają mi do woreczka, zamiast jak kiedyś do papieru (papier był uciążliwy, bo się przyklejał, ale ówczesne normy kazały pakować mięso w papier woskowany, którego po prostu nie było), mam sklepik w okolicy, który jako jedyny sprzedaje śmietanę w butelkach, nie muszę więc nabywać plastikowych kubków, biały ser na szczęście także występuje w wersji papierowej, ale pani i tak wkłada całość do woreczka. Niektóre sklepy pakują wędliny w papier, ale to ekskluziw i trzeba specjalnie jechać.
    Odkąd kupujemy owoce i warzywa na skrzynki i worki (a przecież nie każdy tak może) zmalała mi ilość plastikowych worków w śmieciach. Jednak zakup płynu do mycia naczyń, proszku do prania, czy pasty do zębów - to kolejna fura plastiku. W dodatku w osłupienie wprawiają mnie pudełka do których wkłada się tubkę z pastą. Po co? Teściowa niedawno wspominała swoje dzieciństwo, gdy przy zakupie tubki pasty należało oddać już opróżnioną, bo aluminium było w cenie.
    Na szczęście jeszcze ciągle mąka i cukier sprzedają się w papierze, bo kasze już niekoniecznie. Właściwie trudno jest kupić cokolwiek, co nie zawiera plastiku w opakowaniu.
    Faktem jest, że rewolucja w dziedzinie opakowań pozwoliła poszerzyć ofertę wielu firm spożywczych, ale mimo wszystko mam wątpliwości, czy to nam wychodzi na dobre...

    OdpowiedzUsuń
  3. U mnie używa się spolszczonej wersji POLTRAMENT :)

    Mama ma ciągle w domu to wiaderko na zlewki i skrzynkę pod kuchnią, gdzie idzie wszystko, co palne. No i szlag ją trafia na te 50 zł miesięcznie za wywóz śmieci (po które przyjeżdżają raz na ruski rok).
    Metalowe puszki były używane jako miski dla kotów, albo mama wlewała do nich denaturat, kiedy opalała kury. W plastikowych woreczkach były tylko "orenżadki" w szkolnym sklepiku ;)

    Justyna

    OdpowiedzUsuń
  4. W niektorych krajach nadal malzenstwo jest nie z milosci a bardziej przypomina umowe cywilno-prawna. Np. Indie, wiekszosc krajow muzulmanskich...tam wszedzie sa aranzowane malzenstwa.

    OdpowiedzUsuń
  5. A czy plastiku nie można odzyskiwać? Recykling to przyszłość.

    My segregujemy śmieci na papierowo-plastikowe, jedzenie oraz resztę. Te pierwsze są wywożone chyba bez żadnej opłaty przez śmieciarzy (oddają je do jakiegoś skupu czy co?), te drugie trafiają się ptakom (już rozpoznają moją mamę, która wywala im je przed budynkiem, w którym pracuje).

    Plastikowe woreczki przydają się też na kocie odchody.

    OdpowiedzUsuń

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...