piątek, 26 kwietnia 2013

Ekonomika życia wiejskiego, cz. 4 – jak naprawdę działa rynek?

Wbrew dominującej wśród polskich blogerów opinii, kredyt nie został wymyślony przez „złodziejską banksterkę“, czy też „żydowską plutokrację“ w celu pognębienia prostodusznych Słowian. Kredyt, pożyczki, zysk, procent – to są zjawiska, które powstały niemal natychmiast po tym, gdy ludzie przestali się kontentować tym, co im oferowała sama natura i zaczęli produkować sobie pożywienie. Czyli – natychmiast po rewolucji neolitycznej…

Za każdym razem, gdy biedny, spracowany rolnik wrzuca ziarno w świeżo zaoraną bruzdę, albo dopuszcza krowę do byka – dokonuje się transakacja typu „futures“. Rolnik jest z natury hazardzistą. Obstawia bowiem, że los będzie mu sprzyjał: gleba okaże się dość żyzna, deszczu będzie nie za mało i nie za dużo, dzika zwierzna nie zniszczy upraw, itd., itp. – i z jednego zasianego ziarna zbierze… no, ile zbierze, tyle zbierze, nie jestem od tego, żeby komu innemu w spichlerz zaglądać!

W każdym razie, mamy tu wszystkie elementy typowej „gospodarki kapitałowej“. Rolnik nie zjada ani tego ziarna, które wrzuca w świeżo zaoraną bruzdę, ani tej krowy, którą dopuszcza do byka. Zatem – powstrzymuje się od konsumpcji, „oszczędza“ pewną część swoich zasobów. W nadziei na to, że dzięki jego ciężkiej pracy i działaniu sił natury – ulegną w przyszłości zwielokrotnieniu.

Owa nadzieja obarczona jest ryzykiem. Słusznie i sprawiedliwie zatem każdemu, kto wystawia się na ryzyko (nieurodzaju lub innej klęski), należy się proporcjonalny udział w nagrodzie, jaką przynosi ostateczne powodzenie. Tylko w ten sposób skłonić można ewentualnych dysponentów nadwyżki zasobów („wolnego kapitału“), aby użyczali ich tym, którzy owych zasobów potrzebują – gdyby bowiem nie było procentu od pożyczanego kapitału, kapitał ów, pomniejszany za każdym razem, gdy urodzaj zawiedzie lub krowa nie donosi ciąży – rychło by zniknął i nie byłoby czego pożyczać…

Stąd już sumeryjskie tabliczki zawierają zapisy, wedle których w zamian za użyczenie byka do stada, jego właściciel otrzymać miał po upływie stosownego czasu np. dwa lub trzy cielęta. Kto zaś pożyczał siewne ziarno – otrzymywał po zbiorach dwu- lub trzykrotność swojej pożyczki.

W rzeczy samej, choć dziś wydaje się to nie do pojęcia, tak naprawdę rolnictwo oferuje dużo wyższe zyski niż wszystko, co byli dawnymi czasy w stanie osiągnąć swoimi prymitywnymi narzędziami rzemieślnicy. Koniec końców, nawet na mazowieckich piaskach rzadko kiedy uzyskiwano mniej niż 10 ziaren z jednego zasianego. Tak więc, proporcja „oczekiwanego zysku do podziału“ w stosunku do „nakładów własnych“ to 1000% w skali roku - a bywało: nawet i wiele razy więcej.

W przypadku hodowli zwierząt, „przeciętny, oczekiwany zysk do podziału“ oscyluje wokół 100% rocznie (duże ssaki, które najlepiej nadają się do hodowli, rzadko miewają więcej niż jedno młode w miocie…).

Czy można się zatem dziwić, że za normalne, dopuszczalne i wcale nie „lichwiarskie“ procenty uchodziły dawnymi czasy transakcje, w których kredytobiorca płacił np. 20 od 100? A i 50% rocznie – to jeszcze wcale nie było nic niezwykłego..! Ogromna większość dzierżawców w Europie Zachodniej przez setki lat płaciła jako czynsz właścicielom ziemi właśnie – 50% zbiorów…

Oczywiście – było to możliwe tylko dlatego, że w tych dawnych i słusznie minionych czasach, pomijano całkowicie lub też „brano w nawias“ inne niż samo tylko ziarno czy zwierzęta „czynniki produkcji“. Obecnie, gdy rolnictwo funkcjonuje tylko dzięki węglowodorom kopalnym (ropa do ciągników i gaz na nawozy) – tak już się nie da. Choć wydajność współczesnego rolnictwa jest setki a może i tysiące razy większa niż 200 czy 300 lat temu – nie wyciśnie się dziś z rolnika ani połowy, ani nawet dziesiątej części (w ujęciu względnym oczywiście, tj. liczonych jako „procent oczekiwanych plonów“) tych procentów, odsetek, czynszów, podatków, dziesięcin i rent, które dawało się z niego zedrzeć wtedy. Ot – paradoks dziejów..![1]

Nie o historii miało być jednak, tylko o działaniu rynku. No cóż – faktyczne działanie rynku dalekie jest od jego idealistycznej wizji w podręcznikach ekonomii. Właśnie to przećwiczyliśmy na własnej skórze!

Jak wszyscy (prawie) w okolicy, zaopatrujemy się w nawozy u jednego od lat dostawcy. Praktycznie – nie mamy innego wyjścia. Tylko u niego mogę dostać nawozy na kredyt (stąd wstęp o kredycie powyżej…). Gdzie indziej musiałbym płacić. A to jest, na przednówku – praktycznie niewyobrażalne..!

Ale – coś za coś. Nasz dostawca, zresztą poczciwości człowiek, polecam każdemu, kto by się zamierzał tutaj sprowadzić – boryka się z problemami, które każdy autor podręcznika ekonomii zbywać zwykł wzruszeniem ramion, jako nieistotne dla obrazu całości, przypadkowe zakłócenia.

Oto – praktycznie co roku, wiosną, nawozów – brak…

Jak to możliwe..? Przecież wiosna i sezon robót polowych, które się z nią wiążą, to nie jest zjawisko jednorazowe, nieprzewidywalne i wyjątkowe..! Tymczasem jakoś tak się dzieje, że co roku – producenci i hurtownicy dają się zaskoczyć jak nie przymierzając, drogowcy zimie.


to akurat zeszłoroczna kupa nawozów

W 2008 roku – ceny nawozów były wyjątkowo wysokie i były ich poważne niedobory, bo w związku z Olimpiadą, Chińczycy zamknęli czasowo trzy duże fabryki pod Pekinem. Potem też co roku były jakieś perypetie.

W tym roku ceny spadły do poziomu, którego w mojej krótkiej karierze rolnika, nigdy jeszcze nie odnotowałem. Co z tego jednak, skoro np. WapMagu z mikroelementami, na który się strasznie „napaliłem“ (nasza ziemia uboga jest zwłaszcza w miedź, co widać po grzywach i ogonach naszych koni i miałem nadzieję wreszcie na ten niedobór zaradzić…), od dwóch tygodni po prostu – nie ma. Nie ma i już!

Pewnie, gdybym pojechał gdzieś do hurtowni i zabrał to sobie własnym transportem, to bym miał. Ale – hurtownia kredytu mi nie udzieli…

Stanęło na tym, że kupiłem 2 tony wapna z magnezem nawet nie w granulacie, tylko zwykłego – „pylistego“. I stąd – potrzebowałem koniecznie rozrzutnika marki „Kos“, aby się z nim uporać, bo każdy nowoczesny – zatkałby się tym od razu. I pół tony saletrzaku, który dam tylko na Wielki Padok – bo jest już za późno, by nawóz azotowy zdążył się wchłonąć, nim na Pierwszy Padok będę musiał wypuścić zwierzęta…



W związku z tym doświadczeniem, moja wrodzona nieufność do autorów podręczników ekonomii uległa dalszemu pogłębieniu. Być może takie założenia, jak „doskonała płynność“, „pełna informacja“, itp. – to są wszystko „konieczne idealizacje“ przy opisie rynku. Tyle tylko, że jeśli się te idealizacje przyjmie, to… co tu właściwie opisywać..?

Rzeczywistość jest taka, że nie „zdradzę“ naszego stałego dostawcy nawozów – raz dlatego, że kto inny, prócz niego, będzie chciał pół roku na zapłatę czekać, a dwa – jestem mu to winien po 5 latach satysfakcjonującej współpracy. O jakiej zatem „doskonałej płynności“ my tu mówimy..?

Jak chodzi o dostawców usług, których wkrótce będę potrzebował, gdy zaczną się sianokosy – sytuacja jest dokładnie taka sama: wybiorę tego, kto zgodzi się poczekać na zapłatę i zaoferuje najdogodniejszy termin. Konkretna cena za godzinę pracy jest najmniej istotnym elementem kalkulacji. Najprawdopodobniej zresztą, jak co roku – wyboru w ogóle nie będzie, bo chętny do tego, aby cokolwiek u mnie robić i tak – będzie tylko jeden (i gdy ten jeden już się znajdzie – przestanę szukać następnych, bo i po co..?).[2] I gdzie tu „pełna informacja“..?

Mam głębokie wrażenie, że najważniejsze, bo pochłaniające gros czasu i w najwyższym stopniu decydujące o ostatecznym wyniku – są właśnie owe „przypadkowe niedoskonałości“, których omijaniu służą przyjmowane zwykle w podręcznikach ekonomii „konieczne idealizacje“. Przecież – najwięcej czasu zajmuje poszukiwanie towaru lub usługi. Im więcej czasu takie poszukiwanie zajmuje, tym większa pewność, że kupi się towar lub usługę u pierwszego dostawcy, którego wreszcie uda się znaleźć – niezależnie od tego, czy istnieją na rynku inni, być może oferujący lepsze warunki (ale nam nieznani), czy nie.

Gdy zaś już ma się owego dostawcę, to rodzą się między nim, a nabywcami jego towarów lub usług przeróżne więzi – od prostego faktu, że tylko „między swemi“ możliwa jest transakcja z aż tak bardzo odroczonym terminem zapłaty, aż po nieuchwytny wymiar ludzkiej wdzięczności za takie udogodnienia.

Taka właśnie jest w rzeczywistości. Taki jest rynek. Daleki od ideału. Czy to źle..?



[1] Jeśli nie liczyć tego, co gosudarstwa całego świata „wyciskają“ właśnie – w cenie oleju napędowego i w cenie nawozów sztucznych… Hmm… Czyżbym odkrył właśnie zapoznany obszar życia ludzkiego, który uległ „nacjonalizacji“..? Gosudarstwo, arbitralnie ustalając cenę nośników energii – de facto przechwytuje większość zysku, jaki mogłyby generować takie branże jak rolnictwo, transport, turystyka…
[2] Koszt uzyskania informacji o ofertach rynkowych pospolicie nazywa się „kosztem zdartych zelówek“. Jest oczywiście pomijalny, gdy szukamy czegoś na Allegro – ale już na targowisku: trzeba się nachodzić. Zaś bardzo często – trzeba wsiąść w samochód i jeździć – a to kosztuje.

18 komentarzy:

  1. jacku a po co ty używasz nawozu ? jak masz swój naturalny ? Nie lepiej rozrzucać obornik koński na pola jesienią? ja na pastwisko nie używam nic poza rozrzucaniem obornika jesienią i trawa rośnie jak szalona>

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Czasami może całkiem naturalnie brakować ziemi poszczególnych pierwiastków. Coś kojarzę, że Jacek kiedyś wspominał o tym, ze jego woda ma dużo żelaza. Żelazo zaś działa antagonistycznie względem miedzi, stąd dodatkowa miedź na pewno się zwierzętom przyda...

      Usuń
    2. 1. Ziemię mamy albo bardzo słabą, albo słabą (VI, V, małe kawałki IV klasy).

      2. Obsada zwierząt jest za mała na tak duży obszar (ale przy jej zwiększeniu - trawa była wyjadana do zera...).

      3. Konie kiepsko się nadają do tego, żeby nimi intensywnie spasać pastwisko - za dużo wydeptują. A zamknięte na małych kwaterach - cierpią od braku ruchu.

      4. Rozrzutnik do obornika to "oczko wyższa" technika, niż "Kos"...

      Usuń
    3. a powiedz, mi, czy nie myślałeś o rozszerzeniu hodowli o inne zwierzęta? Brytyjczycy czy Irlandczycy hodują owce, z tego co się orientuję także na słabych glebach i to wychodzi dobrze

      Remigiusz

      Usuń
    4. Myślałem. Ale na razie mnie nie stać.

      Usuń
    5. No tak, rozrzutnika do Patrola już nie podłączysz.:-)

      Usuń
    6. Co, swoją drogą, bardzo źle o producentach samochodów świadczy!

      Przecież cały jeden typ samochodu - półciężarówka - został wymyślony specjalnie na potrzeby farmerów, żeby i gnój mogli wywieźć i rodzinę do kościoła w niedzielę.

      Dlaczego nikt nie wpadł na pomysł skonstruowania półciążarówki z wałkiem przeniesienia napędu..?

      I drugie pytanie - a nie było przypadkiem kiedyś jakiegoś rozrzutnika obornika z napędem od kół, a nie od wałka..?

      Usuń
    7. Trudne pytania... Dopiero od niedawna wiem, co to wałek.:-) Więc dumna jestem jak paw, że rozumiem pytanie, chociaż odpowiedzi nie znam.

      Usuń
    8. W sumie taki samochód: z niezawodnym, staromodnym dieslem, do którego można wlać wszystko, łącznie z olejem spod frytek, tak prosty, żeby dało się go zreperować jednym kluczem - z opcjonalnym wyposażeniem dodatkowym w postaci wału przeniesienia napędu i kompletu zaczepów, jakiegoś podnośnika i wciągarki - to by mógł być rynkowy hit, jeśli próbować by go sprzedawać wśród "doomsday prepperes" i "nowych wieśmaków"!

      I nawet nie trzeba zaraz wielkiego koncernu, żeby takie coś montować...

      Usuń
  2. "na który się strasznie „napaliłem“ (nasza ziemia uboga jest zwłaszcza w miedź, co widać po grzywach i ogonach naszych koni i miałem nadzieję wreszcie na ten niedobór zaradzić…"

    Jak to widać i na co laik ma patrzeć?

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Robią się rude pasemka, a końcówki - rozdwajają się.

      Usuń
    2. Tak z ciekawosci... Nie ma jakiejs lizawki wzbogacanej w miedz? Moze to by moglo tymczasowo zaradzic deficytowi? Albo moze dosypywac mikroelementy (brakujace) im do owsa?

      Usuń
    3. Jest lizawka. Biała. Dla bydła. Od pół roku tylko takie pod wiatą wieszamy - i jest widoczna poprawa.

      Ale, oczywiście, wzbogacenie gleby o mikroelementy, byłoby rozwiązaniem dużo lepszym. No cóż: w przyszłym roku..?

      Usuń
  3. offtop:

    co się stało z Adsense na tym blogu? dlaczego Adtaily?

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Oddzielny post o tym napisałem: http://boskawola.blogspot.com/2013/04/spostrzezenie.html

      Usuń
  4. W sprawie "wiesmakowego pojazdu" to juz zostal wymyslony przez starych wiesmakow i funkcjonowal w opraciu o dieslowskie silniki S-318. Cala masa "SAMowych" "eSow" pedzila po polach, drogach i bezdrozach wiejskich. Teraz to juz praktycznie zabytki...

    OdpowiedzUsuń
  5. A wracajac do artykulu - rekiny biznesu jesli chodzi o "pelna informacje" oraz "pelna plynnosc" organizuja sami (czasami poprzez dostep do informacji dotyczacych najblizszych decyzji rzadowych /podatkowych, politycznych etc./). Lub organizujac kryzysy na rynkach finansowych.

    Mrowki biznesu musza prowadzic intuicyjny rachunek ekonomiczny polegajacy najczesciej na wyborze miedzy dzuma a cholera (czyli wiekszym i mniejszym zlem). Niestety kazde pozbywanie sie gotowki (kiedy jest zadkim i szybko "uciekajacym" zasobem) jest zwiazane z koniecznoscia zyciowa (bo np. juz dluzej nie da sie wiertarka, sruba i blacha falista KOSa wyremontowac lub samemu wytworzyc odpowiedniego nawozu :( )

    OdpowiedzUsuń
  6. Rynek nie jest idealny, raz działa lepiej, raz gorzej. Przez to ludzie kierują się tylko bilansami, a brakuje wzajemnej pomocy w gorszych sytuacjach. Samo państwo mocno zaniedbuje rolnictwo, które rozwija się różnym tempem.

    OdpowiedzUsuń

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...