piątek, 22 marca 2013

Wetów brak

Jedną z kilku uchwał podjętych w minioną sobotę w Skaryszewie, był apel do sejmowej Komisji Rolnictwa o poparcie idei przywrócenia „państwowej służby weterynaryjnej“. Zdaje się, że jako jedyny z obecnych – głosowałem przeciw temu wnioskowi.

Nie dlatego, iżbym uważał, że sytuacja jak chodzi o opiekę weterynaryjną w tzw. „terenie“ – jest dobra. Bo nie jest. Co gorsza – pogarsza się. Czego właśnie doświadczamy na sobie – bo, odkąd zachorował pan dr Wnuk z Grabowa, nie ma w okolicy ŻADNEGO weterynarza, który by przyjeżdżał do tzw. „dużych zwierząt“. Do małych zresztą, tutaj też nikt nie przyjedzie – nie ma się co łudzić.

O tym problemie opowiadali nam zresztą już kilka lat temu wykładowcy z Uniwersytetu Przyrodniczego we Wrocławiu: wśród studentów weterynarii specjalizacja z „dużych zwierząt“ nie cieszy się popularnością. Bo to i niemodne, i praca ciężka i niewdzięczna – i zarobek, na pozór przynajmniej – gorszy niż z piesków, kotków, rybek, żółwików i innych miejskich pupilków.

Rzecz jest, oczywiście, dużo bardziej skomplikowana. Weterynaria jest, chwalić Pana Boga, całkowicie prywatna w tej chwili – dzięki czemu usługi weterynaryjne są o wiele tańsze i o wiele bardziej dostępne, niż opieka lekarska nad ludźmi – wciąż, jednak, zdominowana przez NFZ i pazerne sługi jego.

Przynajmniej: w miastach. Gdzie i gabinetów weterynaryjnych najwięcej (więc konkurencja robi swoje) – i wszelka inna infrastruktura też jest dostępna (więc da się tego pieska, kotka, rybkę czy żółwika wsadzić w tramwaj i zawieźć – czego my, z naszym Murkisem, zrobić zwyczajnie nie byliśmy w stanie…).

Co nie znaczy, że weterynarze nie narzekają. Owszem, znajomi weterynarze narzekają bardzo często. Tak to już zresztą jest: „niewidzialna ręka rynku“ działa na ogół w ten sposób, że wali po nosie i zostawia sińce.

Kiedyś technika była może prostsza - ale przynajmniej: siły roboczej doktorom nie brakowało!

Problem braku weterynarzy w tzw. „terenie“ to skutek nałożenia się dwóch tendencji:
-       zwierząt gospodarskich jest coraz mniej, rynek „terenowy“ kurczy się zatem, to i towarzyszące mu usługi, zmuszone są do zwijania się (jest to dokładnie jedna z tych konsekwencji, o których nie tak dawno pisałem: żeby konie w Polsce łatwiej było hodować – musi ich być WIĘCEJ!),
-       weterynarze, a właściwie – kandydaci na weterynarzy – jak wszyscy inni ludzie, podlegają takim ułomnościom jak moda, brak pełnej informacji, złudzenia, przesądy, lenistwo – i wszystkie te ułomności pchają ich do miasta i do zwierzątek domowych, najlepiej – egzotycznych.

Co nie zawsze jest słusznym wyborem. Przypomnę tylko jeden fakt: rolnik, który trzyma krowy – MUSI korzystać z usług weterynarza. Musi – nie ma innego wyjścia. Choćby dlatego, że najczęściej nie ma własnego byka (ani nie ma żadnego byka w okolicy – bo trzymanie byków, przy coraz to mniejszej liczbie krów – jest zwyczajnie: kiepskim interesem…). A jeśli chce mieć mleko – musi swoje krowy inseminować.

Owszem – robią to też zootechnicy. Ale tych – TEŻ nie ma wcale tak wielu na wsi!

A podobnych sytuacji w hodowli zwierząt jest multum.

Tymczasem właściciel egzotycznego żółwika czy papugi w mieście – bynajmniej leczyć swojego pupila NIE MUSI. On to (na razie, na razie – choć: jak mi znajomi z Warszawy donoszą – coraz to rzadziej i coraz niechętniej…) CHCE robić. Dopóki ma pieniądze.

Coraz częściej jednak – pieniędzy na takie luksusy nie ma. Stąd – co roku w naszej okolicy (linia kolejowa Warszawa – Radom…), taki wysyp porzuconych, rasowych psów jesienią…

Tak więc – wybór specjalizacji ze „zwierząt dużych“ i zamieszkanie na wsi – to wybór pieniędzy wprawdzie mniejszych i być może nawet – kurczących się w miarę, jak hodowla zwierząt w Polsce upada – ale za to: w miarę pewnych. Koniec końców, ta likwidacja rolnictwa w Polsce i likwidacja hodowli – JEDNAK trochę jeszcze potrwa. Ze 20 lat? Może 30? Zanim zejdzie to całkiem do zera? A może – nie zejdzie do zera? Może trend się odwróci..?

Gdy tymczasem w mieście nie tylko panuje mordercza konkurencja między weterynarzami – ale też i cały biznes o tyle palcem na wodzie jest pisany, że funkcjonować może tylko tak długo, póki koniunktura sprzyja, póki ludziom i na chleb i na szynkę do chleba starcza – bo jak starczać przestanie, wielu miejskich wetów łatwo może stracić wszystko.

Stąd też – bynajmnej żadnej „państwowej służby weterynaryjnej“ nie wprowadzając – może jednak PZHK (a raczej, w tym przypadku – poszczególne Związki Okręgowe, bo też i sytuacja jest różna w różnych regionach…) co nieco dla swoich członków w przedmiocie opieki weterynaryjnej zrobić. Co – to napisałem moim rozmówcom ze Skaryszewa w ten sposób:

ponieważ była wczoraj także mowa o problemach z dostępnością usług weterynaryjnych - a nie zdążyliśmy potem o tym porozmawiać - chciałbym zwrócić uwagę na fakt, że samo powołanie jakiejś "państwowej służby weterynaryjnej" (abstrahując od budżetowej (nie)realności takiego pomysłu) - nie zwiększy liczby lekarzy - hiparchów. Wręcz przeciwnie: może ich liczbę zmniejszyć, jeśli niektórzy z obecnie praktykujących, staliby się "funkcyjnymi" w nowej służbie i tym sposobem - "odeszli z linii".

Jednak, Związek ma możliwość poprawy istniejącej sytuacji:
- okręgowe związki mogą ufundować stypendia studentom weterynarii lub lekarzom weterynarii przygotowującym się do specjalizacji ze swojego terenu - pod warunkiem, że wybiorą specjalizację w leczeniu koni (można to zresztą zrobić wspólnie ze związkami hodowców bydła), a po ukończeniu studiów/specjalizacji - zobowiążą się przez określony czas pracować na danym terenie,
- okręgowe związki lub koła powiatowe, mogą zawrzeć umowy z istniejącymi gabinetami i klinikami weterynaryjnymi, w których – w zamian za określoną pomoc (rzeczową: np. ryczałt na paliwo lub organizacja dowozu, pomoc w znalezieniu siedziby na gabinet, itp. - albo niematerialną: status "gabinetu rekomendowanego przez PZHK" powinien mieć swoją wartość reklamową dla weterynarza!) - te gabinety lub kliniki, zobowiążą się świadczyć określone usługi w pierwszej kolejności dla hodowców koni,
- w obszarach o szczególnie dużym nasileniu hodowli koni, do rozważenia jest wspomożenie jednej lub kilku dużych firm medycznych, weterynaryjnych, które mogłyby hodowcom koni (i bydła...) oferować rodzaj "ubezpieczenia weterynaryjnego", obejmującego także nocną i nagłą pomoc weterynaryjną - takich usług na razie u nas nie ma, ale są na świecie - i tylko relatywnie małe zapotrzebowanie na usługi weterynaryjne i/lub brak informacji sprawia, że do tej pory się u nas nie pojawiły...

Przypomniałem zaś sobie o tej sprawie NIE TYLKO w związku z kołataniem do serc i sumień członków PZHK, w co się ostatnio moje blogowanie zmieniło (tak w związku z wnioskami, które zgłaszam, jak i w związku z moim prądem, co to mi go wkrótce odetną…).

Bubol w całej okazałości - przedwczoraj rano

Jak raz wczoraj zajechał do nas nasz sąsiad i przyjaciel M. Obejrzał Bubola, stwierdził, że to jeszcze trochę potrwa (dziś w nocy tylko dwa razy wstawałem – i, póki nic się nie zmieni, takie tempo chyba utrzymam…) – i przypomniał sobie, że jest jakiś – bardzo dobry – weterynarz w Stromcu. Podobno – starszy człowiek. Telefonu doń M. nie miał, ale mniej – więcej opowiedział mi, gdzie go szukać.

No to, jak będę po owies jechał do Bobrka, co wkrótce już zrobić trzeba – rozejrzę się po stolicy naszej gminy w poszukiwania pana doktora.

Ze Stromca do nas jest 15 minut drogi (z Grabowa, pan dr Wnuk miał 10 minut…). Tymczasem pan dr Witkowski, który ciąże naszych Trzech Gracji od początku prowadzi, ma z Ursynowa godzinę – o ile nie ma korków… Więc: jasnym jest, że pomoc bliższego weta z całą pewnością się przyda.

Jak nie naszym kobyłom – to mojej na ich tle paranoi!

5 komentarzy:

  1. Odnośnie tych drukarek 3D do wszystkiego - nie ma na to szans w najbliższej przyszłości. Co innego wyciąć jakiś kształt z kawałka plastiku laserkiem, a co innego drukować na poziomie molekularnym. To jest różnica jakościowa, a nie ilościowa. To tak jak wystrugać z drewienka figurkę, a stworzyć to drewno bez hodowania drzewa i dopiero wystrugać figurkę.

    Trzeba by było stworzyć niewielką maszynę, która powialałaby funkcje wszystkich fabryk na całej ziemi oraz miała wiele funkcji, których nawet w tych fabrykach nie potrafimy dziś odtworzyć. Co więcej zachodzić by tam pewnie musiały jakieś kontrolowane reakcje jądrowe, w celu uzyskania pełnej gamy pierwiastków, czego nie umiemy robić nawet w warunkach dowolnych i za dowolne pieniądze.

    Moim zdaniem technologiczna przepaść między nami dzisiaj a drukarką 3D do wszystkiego jest o kilka poziomów czy rzędów wielkości większa niż pomiędzy nami dzisiaj a jaskiniowcem w epoce kamienia. W warunkach XIX-wiecznego postępu technologii można sobie było wyobrazić dalszy jej rozwój mogący kiedyś doprowadzić do tego typu gadżetów. W warunkach dzisiejszych -wszechobecnej biurokracji i, co wazniejsze, kończących się surowcach energetycznych i jednocześnie rosnących aspiracji konsumpcyjnych mas ludności - rozwój technologii w takim zakresie jest niemożliwy, horyzont czasowy nie ma tu znaczenia. Prędzej się wszyscy pozabijamy o ostatnia baryłkę ropy niż ISTOTNIE zmniejszymy dystans technologiczny do tego typu bajerów.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. A związek tego wywodu z bieżącym tekstem to..?

      Usuń
    2. to link w 13 akapicie

      Usuń
    3. Nie lepiej zatem dyskutować o tym pod zalinkowanym wpisem, a nie tutaj..?

      Usuń
  2. Bullshit. Weterynarzy jest coraz więcej, ciągle jakaś uczelnia otwiera weterynarię. Nie będą mieli innego wyjścia.

    OdpowiedzUsuń

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...