piątek, 29 marca 2013

Tyrania PKB

Nie tak dawno Profesor Bobola poruszył bardzo ciekawą kwestię – która zresztą, już mnie zainspirowała do dwóch w sumie wpisów: kilka dni temu – o „gadżeciarstwie“ wśród koniarzy oraz wczoraj – o tym, dlaczego rząd woli nowe samochody. Pora, aby wziąć byka za rogi – i zmierzyć się z kwestią „PKB“ wprost i bez niedomówień.

Co to właściwie jest „PKB“? A dokładniej – które z ludzkich działań przyczyniają się do „wzrostu gospodarki“ – a które – bynajmniej?

Czy, gdy piszę ten tekst, a Państwo go potem czytacie – tworzę jakąś wartość, czy nie? Czy, gdy baron de Coucy wybudował sobie donżon znacznie wyższy i obszerniejszy od wszystkich sąsiadów – to jego baronia „rozwinęła się gospodarczo“, czy zgoła – wprost przeciwnie..?

Donżon w Coucy 100 lat temu

Odpowiedź na to pytanie jest i łatwa i trudna jednocześnie. Łatwa, jeśli skupimy się na tym, do czego taki wskaźnik jak „wartość PKB“ służy. Służy on do indeksowania różnego rodzaju wartości ekonomicznych, a przede wszystkim – określa zdolność rządów do zadłużania się. Przynajmniej – teoretycznie.

Od czasów, gdy walcząc z Bonapartem, rząd Wielkiej Brytanii zadłużył się na kilkukrotność (szacowanego) PKB – a potem, dzięki dynamicznemu wzrostowi gospodarki, zdołał ten dług spłacić – w kręgach finansjery panuje przekonanie, że rządy mogą pożyczać, pod warunkiem, że „wzrost“ gospodarek krajów, nad którymi panują – w przyszłości da tyle dodatkowej wartości, iż spłata tak zaciągniętego długu będzie możliwa.

Jest to przekonanie błędne i świadczące o wielkiej naiwności finansistów – ponieważ przykład XIX-wiecznej Wielkiej Brytanii to JEDYNY przypadek, gdy coś takiego przy naprawdę poważnym zadłużeniu zrobić się udało. W każdym innym przypadku, albo dług ulegał „wyinflacjowaniu“ – albo wierzyciele musieli obejść się smakiem.

W każdym razie, w tym, czysto „operacyjnym“ ujęciu PKB jako „miara wielkości gospodarki“ – jest tak naprawdę miarą tego, co da się opodatkować.

Teksty zatem, które piszę na blogu, są zwykłym próżnowaniem i żadnej wartości sobą nie przedstawiają – ponieważ udostępniam je Państwu nieodpłatnie, więc też i – żadnego podatku od ich napisania zapłacić, oczywiście, nie jestem w stanie.

Jednak ten sam tekst, jeśli zostanie wydrukowany w „Najwyższym Czasie!“ – już staje się „tworzącą wartość pracą“, ponieważ od mojego honorarium odprowadzany jest przecież podatek dochodowy.

Donżon barona de Coucy (niestety – wysadzony w powietrze przez Niemców w czasie I wojny światowej – a byłby nielichą atrakcją turystyczną obecnie!) od samego początku był „pożyteczną pracą“ mimo, że niczemu poza pompą, przepychem i ostentacją nie służył (dla celów mieszkalnych barona, jego rodziny i służby, a także dla celów obronnych – wystarczyłaby budowla o wiele skromniejsza!) – a to dlatego, że baron przecież jego budowniczym zapłacił (tak, lub inaczej – jeśli nawet część prac wykonali jego poddani w ramach szarwarku, to przecież: był ów szarwark „zapłatą“ za możliwość użytkowania pól należących do barona…), a tym samym – stworzył strumień dochodów, które teoretycznie przynajmniej – dałoby się opodatkować.

Rekonstrukcja zamku w Coucy z czasów świetności

Takie, czysto „operacyjne“ pojmowanie „wielkości gospodarki“ stwarza, niestety, sporo dylematów natury moralnej. Widzimy je współcześnie: czy „zaliczyć do PKB“ (a więc: opodatkować..?) prace wykonywane nieodpłatnie w domu przez członków rodziny dla wspólnego dobra? Dobrowolną i nieodpłatną pomoc sąsiedzką? „Usługi seksualne“ jakie świadczą sobie nawzajem małżonkowie..?

To jest momentami może i śmieszne – ale przestaniecie się śmiać, Moi Drodzy, jak Wam przy łóżkach kasy fiskalne zamontują![1]

Nigdy nie zapomnę sceny ósmej w pierwszym akcie „Kaliguli“ Alberta Camus. Kaligula rozmawia tam ze swoim „ministrem finansów“ – i, zarządza, aby wszyscy posiadacze majątków w Imperium wydziedziczyli swoje dzieci, a spadkobiercami uczynili państwo. Po czym, w miarę potrzeb, będzie się ich zabijać.

Intendent ma pewne wątpliwości, ale cesarz zbija je nieubłaganą logiką: jeśli skarb publiczny jest najważniejszy, to życie ludzkie – jest mniej ważne.

OK. Nie O TĘ WERSJĘ historii Kaliguli akurat chodzi. Ale przecież wiem, co lubicie...

Jak raz, byliśmy na inscenizacji tego dramatu z naszą klasą z liceum w Teatrze „Wybrzeże“ – i bardzo dobrze te słowa zapamiętałem. Camus napisał to w 1938 roku.

Są już przecież i obecnie takie sytuacje, gdy państwo pobiera podatki od czynności wykonywanych nieodpłatnie i bez zamiaru osiągnięcia zysku – na przykład: od darowizn. To dlatego – bardziej opłaca się wyrzucić czerstwy chleb, niż – rozdać go biednym.

W miarę, jak potrzeby podatkowe (i kredytowe!) niemiłościwie nam panującego gosudarstwa będą rosły – należy się spodziewać coraz większej liczby takich przypadków. Kary za pokątny, nieopodakowany seks, o czym pisałem rok temu, a Państwo wzięliście to za żart – to wcale nie jest niemożliwe czy niewyobrażalne..!

Pojęcie „gospodarki“, czy też „PKB“ (jako „miary wielkości gospodarki“) traci jednak znacznie na intuicyjnej jasności, gdy próbujemy je stosować poza logiką budżetowo – podatkową. Moim zdaniem – pojęcie to w oderwaniu od gosudarstwa i jego nienasyconego fiskusa: NIE MA SENSU.[2]

Niestety – zawodowi ekonomiści na ogół się ze mną nie zgadzają. Zaś Państwo, jako że jesteście nieustannie indoktrynowani przez różne „gadające głowy“ z telewizora – też zwykliście posługiwać się terminem „gospodarka“ tak, jakby miał on jakiś realny sens – poza zapisami ustawy budżetowej.

Uważam jednak, że podział czynności wykonywanych przez człowieka na „tworzące wartość ekonomiczną“ i „takie, które wartości nie tworzą“ – jest z gruntu sztuczny i, tak naprawdę – realnie niemożliwy do przeprowadzenia.

Gdyby rzecz była łatwa i prosta, to by się ekonomiści przez tyle wieków o teorię wartości nie spierali. Koniec końców zaś – i tak wszystkie w tej materii próby obiektywizacji – poszły na śmietnik. Ekonomia współczesna chętniej posługuje się pojęciami „satysfakcji“ i „użyteczności“, niż pojęciem „wartości“.

„Satysfakcja“ to pojęcie, rzecz jasna, czysto subiektywne. Przez to właśnie – odpowiada praktyce życia. Ludzie bowiem mają bardzo różne cele w życiu, bardzo różne „filozofie“ – i bardzo różnymi środkami próbują te cele realizować.

Niektórzy potrafią stawać się coraz to użyteczniejszymi dla swoich bliźnich – w ten sposób uzyskując od nich uznanie wyrażane strumieniem środków pieniężnych. Inni – tak jak ja – mają bliźnich głęboko w dupie, razem z całą ich „użytecznością“ – i dla własnej satysfakcji nie potrzebują czynić im życia przyjemniejszym. Co, rzecz jasna, skutkuje również i tym, że takie mizantropiczne sobki – klepią nieuchronnie biedę…

Na gruncie subiektywnej „satysfakcji“ i „użyteczności“ kwestia tego, czy „gospodarka rośnie“, czy „nie rośnie“ – w ogóle nie ma sensu. Jeśli znacząca część Polaków szczerze się nawróci, będzie żałować za grzechy i szukać zbawienia, zamiast gonić za próżnym marzeniem o kawalerce na Tarchominie i wakacjach w Egipcie – poziom „satysfakcji“ z życia w Polsce znacznie wzrośnie, a Polacy będą – średnio – szczęśliwsi. Ale zdolność niemiłościwie nam panującego gosudarstwa do pobierania podatków i zaciągania długów (czyli: PKB) – nie tylko nie wzrośnie, ale może nawet – spaść.

Dlaczego jednak – miałoby to kogokolwiek (poza Najlepszym Ministrem Finansów w Europie i jego ponurą bandą…) obchodzić..?

Państwo żyjecie po to, aby gosudarstwu było lepiej – po to, aby karmić jego nienasycone sługi – czy też: dla siebie samych, cokolwiek by nie było „celem“ Waszego życia..?

Bo mam wrażenie, że Wy już daliście sobie wmówić, że żyjecie – dla gosudarstwa. Że szczerze Was martwi, gdy „PKB nie rośnie“ – tak, jakby to miało dla Was bezpośrednio jakiekolwiek znaczenie!

Że przy „nie rosnącym PKB“ – trudniej o pracę czy kredyt? To prawda. Zauważcie jednak, że jest całkiem możliwe nie tylko teoretycznie, ale też praktycznie – że nawet duży „wzrost gospodarki“, czyli tak naprawdę: zdolności gosudarstwa do pobierania podatków i zaciągania kredytów – nie tylko Waszej osobistej satysfakcji z życia nie zwiększy, ale też – będzie miał skutek zgoła odwrotny.

Przecież, aby już eksperymentów myślowych nad miarę nie mnożyć, a pozostać przy tych, które już raz wykonałem – zarówno mój pomysł na „opodatkowanie seksu“, jak i pomysł na „opodatkowanie bezdzietności“ – z całą pewnością zwiększyłyby PKB. Gwałtownie i znacząco!

A chcielibyście takich reżimów na własnej skórze doświadczyć..?


[1] To naprawdę NIE JEST NIEMOŻLIWE technicznie. Starczy wszystkich „oczipować“ – a będzie możliwa całkowita kontrola nad behawiorem każdego poddanego – i pobieranie odeń opłat za czynności, które podejmuje…
[2] Rzadko piszę dobrze o Fancuzach, ale cóż – trzeba im oddać sprawiedliwość, że dowcip mają przedni. Toteż rację miał de Gaulle, gdy pytany o „gospodarkę“, odpowiadał: Intendentura? Intendentura – ma nadążać..! – jasno tym samym określając, gdzie jest miejsce całej tej „gospodarki“…

30 komentarzy:

  1. Ciekawe, ciekawe. U nas w polskiej TV głównie o dupie Maryni się gada, a w Holandii np. już od paru lat debatują o końcu cywilizacji wzrostu gospodarczego i co z tym fantem zrobić.

    OdpowiedzUsuń
  2. Bo kiedyś intendent był sługą, względnie pracownikiem, a teraz jest Panem Premierem...

    OdpowiedzUsuń
  3. PKB wyraża RYNKOWĄ wartość wytworzonych dóbr. Dla przykładu - jeśli Pana artykułu żadna gazeta nie chce kupić, to znaczy, że nia ma on rynkowej wartości, że ktoś może nawet i przeczyta, ale żeby coś zaoferował w zamian, to już niekoniecznie. Nie świadczy to oczywiście o jakości artykułu, a raczej o jego relacji do tego, za co czytelnik jest skłonny zapłacić.

    Jeśli ktoś z PKB robi bożka, to jest sam sobie winien, ale nie można popadać w drugą skrajność i mówić, że to nieprzydatna informacja.

    Rynek jest potrzebny dla zaspokojenia naszych potrzeb, jeśli nie chcemy żyć w epoce kamienia. Nawet średniowieczny rolnik musiał kupić jakieś proste narzędzia czy ubranie.

    W świecie, w którym istnieje rynek warto mieć miernik ile na tym rynku znaczymy. PKB to wygodna, prosta miara, można ją przykładać do jednostek czy agregować na dowolnym poziomie (zbiorów jednostek, ale też zbiorów firm, gmin, państw, etc.). Informacja fiskalna jest tylko jednym z wymiarów PKB. Ważniejsza jest informacja o potencjale ekonomicznym danej zbiorowości.

    A że przy okazji jedynie na rynku można pozyskać środki potrzebne dla płacenia podatków? No to gosudarstwo interesuje się akurat PKB, a nie innym wskaźnikiem dobrobytu czy jakości życia.

    Można do PKB włączać wartość wytworzonych dżemów w domu czy usług seksualnych, ale to już nie jest PKB, tylko jakiś inny, ogólniejszy wskaźnik, niewiadomo co mierzący.

    Trzeba też pamiętać, że PKB jest SILNIE skorelowane z dowonym innym wskaźnikiem dobrobytu, jakości życia czy szerzej szczęśliwości, jaki udało się skonstruować. Przenosi więc wiele więcej informacji, niż to wynika z jego definicji.

    Reasumując nie wartościujmy, nie demonizujmy samego PKB jako wskaźnika, pamiętajmy tylko co on mierzy.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Aby zaspokajać nasze indywidualne potrzeby na rynku, aby kupować lub sprzedawać - wiedza o wartości PKB nie jest nam w żaden sposób potrzebna. Nawet z czysto marketingowych względów - jest to informacja zbyt ogólna i bez wiedzy o "rozporządzalnym dochodzie" i "zwyczajach zakupowych" - niczemu nie służy.

      Tak więc - dalej uważam, że ta miara służy tylko do jednego: do tego, aby ułatwić opodatkowanie, a ZWŁASZCZA - zadłużanie się rządu.

      Usuń
    2. Ta miara została stworzona nie dla "nas" w codziennym życiu, tylko jako pewien model, czyli uproszczenie służące lepszemu rozumieniu świata. Jak każdy model ma swoje wady i jak każdy model nie przenosi całej informacji o świecie, który opisuje. Podobnie jak każdy model może zostać wykorzystana do różnych celów, na przykład planowania podatków i wydatków rządu.

      Rządowi nie jest ona w żaden sposób potrzebna do nakładania opodatkowania. Jest wręcz odwrotnie, zwykle używa się PKB do nakładania kagańca uniemożliwiającego nadmierne zapożyczanie sie rządu.

      Rozumiem chyba o co Panu chodzi. Nie ma Pan problemu z samym PKB, ale ze stawianiem go na ołtarzu przez władzę/media.

      Usuń
    3. Też sądzę, że się rozumiemy.

      Należy jednak być dokładnym:

      po pierwsze - ten akurat "model" w dużo mniejszym stopniu ułatwia rozumienie świata, co ów świat zmienia - właśnie dlatego, że odkąd rządy dysponują taką "miarą potencjału kredytowo - podatkowego", nieustannie dążą do tego, aby wielkość tej miary - powiększać: a to jest, na dłuższą metę - czyste szaleństwo. I właśnie dożyliśmy takich czasów, gdy na serio rozważa się opodatkowanie prac domowych...

      po drugie - nie ma Pan racji twierdząc, że "używa się PKB do nakładania kagańca" - tj., owszem, istnieją takie zapisy np. w naszej konstytucji. Problem polega jednak na tym, że aby rząd W OGÓLE MÓGŁ SIĘ ZADŁUŻAĆ - musi dysponować jakąś "miarą potencjalnego bogactwa".

      Dawni królowie pożyczali pod zastaw konkretnych obiektów (kopalnie, pola, lasy...), lub konkretnych praw (monopol handlowy, prawo pobierania ceł, itp.).

      Obecnie pożycza się "pod zastaw lepszej przyszłości" - i taka pożyczka MOŻLIWA JEST TYLKO POD WARUNKIEM, ŻE PKB ROŚNIE.

      Lepiej byłoby WCALE NIE MIEĆ TAKIEJ MIARY - niż znosić jej obecne nadużycia.

      Tym bardziej, że zaiste - co niby takiego znowu rewelacyjnego wynika z wiedzy, iż PKB Polski wynosi x, a Stanów - y..?

      Żołnierz powinien policzyć działa, czołgi, samoloty, żołnierzy, ich determinację i wyszkolenie oraz oszacować mądrość dowódców.

      Polityk - zwrócić uwagę na siatkę sojuszy, zbadać zbieżności i rozbieżności interesów.

      Cały ten PKB jest ani jednemu, ani drugiemu - niepotrzebny.

      Uzasadnia co najwyżej - diety dla towarzyszącego im ekonomisty.

      To nie jedyny przypadek, gdy nauka współczesna - "tworzy sobie zatrudnienie" - wymyślając mierniki, które niczemu innemu, niż zapewnianiu dobrobytu takim lub innym uczonym (tudzież - różnym mętnym machinacjom władzy...) - nie służą...

      Usuń
    4. "Tym bardziej, że zaiste - co niby takiego znowu rewelacyjnego wynika z wiedzy, iż PKB Polski wynosi x, a Stanów - y..?"

      Wynika, że są średnio bogatsi. Że lepiej im się żyję. Że są poważniejszym państwem. Itd. Etc.

      Usuń
    5. A to nie wiedzieliśmy tego PRZED porównaniem ich i naszego "PKB"..?

      Zaiste: trzeba mieć co najmniej habilitację, żeby popisywać się taką naiwnością..!

      Usuń
    6. Anonimowy napisal:
      " PKB wyraża RYNKOWĄ wartość wytworzonych dóbr"

      Niekoniecznie. Jesli masz piekna zone, ktora swiadczy Ci uslugi seksualne, to nie jest to liczone do PKB, mimo, ze na jej uslugi znalezliby sie nabywcy, ktorzy zaplaciliby konkretne pieniadze...

      Usuń
    7. ...pieniadze, ktorych opodatkowanie mogloby zasilic budzet naszego podupadajacego gospodarstwa!

      Usuń
    8. @ Daimyo

      Powiedziałbym, że problem jest dla ekonomisty niedostrzegalny, bo ma charakter filozoficzny.

      "Wartość rynkową" mogą mieć tylko takie dobra i usługi, które zostały na rynku zaoferowane - i ktoś je kupił. "Wartością rynkową" jest wówczas cena tej transakcji.

      Takie dobra i usługi, których nikt na sprzedaż nie oferował, lub też oferował, ale nabywcy nie znalazł - wartości rynkowej nie posiadają.

      Jednak metodologia liczenia PKB nie zajmuje się tym niuansem. Byłoby to zresztą praktycznie bardzo trudne. Sądzę, że błąd, jaki w wyniku tego zapoznania powstaje, nie ma większego znaczenia - ale zamieszanie w sferze "wartości i celów" - już znaczenie ma, i to bardzo poważne.

      Usuń
    9. Podwójny błąd. Problem jest dostrzegalny dla ekonomisty - a rozwiązanie sam Pan opisał. Jeśli towar nie został zaoferowany na rynku, to nie ma ceny rynkowej, mamy na to określenie - "bezcenny". Niektórzy handlują dziećmi, ale to nie znaczy, że jak nam się rodzi dziecko, to ma rynkową wartość, bo potencjalnie mogłoby być sprzedane.

      Metodologia quasi PKB czy pokrewna zajmuje się mierzeniem wartości niezbywalnych na rynku, a wytwarzanych w gospodarstwach domowych, firmach, przez Państwo (tak tak, gosudarstwo też kreuje wartości dodane), etc. Tylko to co mierzymy to już nie jest PKB tylko ogólniejsza miara, zawierająca PKB w sobie.

      Usuń
    10. Zaczynam sądzić, że problemem nie jest ekonomia, tylko ekonomiści: i jedna i druga miara NICZEMU DOBREMU NIE SŁUŻY, a już z całą pewnością - NIE ZWIĘKSZA NASZEJ WIEDZY O ŚWIECIE.

      Za to - jedna i druga z całą pewnością pomaga gosudarstwu uciskać ludność...

      Usuń
    11. Punkt widzenia zależy od punktu siedzenia. Co to znaczy "dobremu". Dla Pana dobry może być brak ucisku, a dla takiego wrednego ekonomisty jak ja dobry może być silny ucisk, pozwalający doić poddanych ile wlezie i ciągnąć z tego niezłe apanaże.

      Co do zwiększania wiedzy o świecie to tutaj się Pan myli. Zwiększa to wiedzę o świecie. Wiemy ile kto produkuje użytecznych rzeczy/usług w ujęsiu porównywalnym, czyli rynkowym.

      Usuń
    12. Trzeba być nie tylko wrednym, ale i krótkowzrocznym ekonomistą, żeby wierzyć, iż "dojenie poddanych ile wlezie" - ma jakikolwiek sens na dłuższą metę.

      Wiedza o tym, ile kto produkuje użetycznych rzeczy/usług w ujęciu porównywalnym, czyli rynkowym jest... bezużyteczna..?

      To w najlepszym razie. Bo tak naprawdę - jest szkodliwa.

      Usuń
    13. Trzeba tak ich doić, żeby im się jeszcze chciało pracować, to jest ta nieprzekraczalna granica.

      Co jest w tym złego? Ludzie lubią być trzymani za mordę, to taki atawizm. Nie można im zostawić za dużo swobody, w tym materialnej, bo się będą czuli nieszczęśliwi i zaraz wynajdą różne Amber Goldy i inne, byle tylko od tej kasy/wolności się uwolnić.

      Usuń
    14. To prawda, że ludzie "lubią", gdy ktoś zdejmuje z ich gorzkie barków brzemię wolności.

      Co jednak, w żadnym razie NIE USPRAWIEDLIWIA celowego i świadomego spełniania tego "życzenia ludu".

      O wiele bardziej sadystycznie jest - pozostawić lud, wbrew jego najlepszej woli - wolnym.

      Wówczas, chcąc nie chcąc, bierze się do roboty i zaczyna robić - dobrobyt...

      Fakt, że w nieskończoność tak się nie da, wszystko może się przejeść.

      Usuń
    15. Ludu w żadnym wypadku nie wolno pozostawić wolnym. On wtedy od tej wolności ucieknie w nieznanym kierunku, a to może być bardzo niebezpieczne. Trzeba mu tak wypełnić czas różnymi "ważnymi sprawami" i tak oskubać, żeby już sobie głowy głupotami nie zawracał.

      Usuń
    16. Doświadczenie uczy, że zgnuśniały i zniewieściały od dobrobytu lud, sam sobie wybiera takich władców, którzy go od ciężaru nadmiernego bogactwa skutecznie uwalniają.

      Tym niemniej - ani nie widzę ryzyka, żeby "lud pozostawiony samopas" coś naprawdę strasznego zrobił (co może być straszniejszego, od tego, co już się w dziejach działo..?).

      Ani też - potrzeby, aby JUŻ TERAZ lud od jego bogactwa uwalniać...

      Usuń
    17. Z punktu widzenia decydenta najgorsze co może zrobić lud, to zmienić status quo, w szczególności zmienić decydenta.

      Usuń
    18. Lud sam z siebie status quo nie zmieni. Do tego potrzebna jest kontr-elita kontestująca istniejący układ.

      Rozważania robią się wysoce abstrakcyjne.

      Niemiłościwie nam panujące gosudarstwo nie jest ani mądre, ani zapobiegliwe, ani warte tego, by jego losem przejmować się bardziej, niż losem tego lub owego Kima...

      Usuń
    19. I właśnie o to chodzi, żeby nie zmieniał. Widzę, że doszliśmy do konsensusu :)

      A o gosudarstwo proszę się nie martwić, potrafi dobrze o siebie zadbać.

      Usuń
    20. Nie mam najmniejszego zamiaru "martwić się" o niemiłościwie nam panujące gosudarstwo!

      Trudno mi natomiast zrozumieć, jak ktokolwiek mógłby mu życzyć dalszego, spokojnego trwania..?

      Usuń
  4. Zarówno ten, jak i poprzedni wpis są naprawdę dobre. Masz zupełną rację, że państwu podoba mi się nieokiełznana konsumpcja swoich poddanych. Niemniej upieram się, iż GŁÓWNĄ winę ponoszą media i kreowany przez nie świat.

    O błyskawicznym psuciu się rzeczy nie ma nawet co wspominać. Pewnie znasz dobrze historię "spisku żarówkowego".

    Nie ma takiej podłości, do której nie posunie się władza, by zdobyć kasę.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. "Towar", który "sprzedają" media - informacja - jest najszybciej i najłatwiej psującym się, najmniej trwałym ze wszystkich dóbr na rynku. Nic dziwnego, że dziennikarze skłonni są wszystkie pozostałe dobra traktować tak samo.

      Jednak - nic lub niewiele by z tego nie wynikało, gdyby nie stała i niezłomna wola wszystkich praktycznie rządów na świecie - aby osiągać możliwie jak największy przychody z podatków i możliwie jak najwięcej pożyczać pieniędzy!

      Usuń
    2. Myślę, że wystarczyłoby, żeby rząd TOLEROWAŁ panoszenie się korporacji, by TOLEROWAŁ medialne świrowanie na punkcie gównianych nowości. Ludzie sami lezą w szpony producentów najrozmaitszego badziewia. Albo nierzetelnych usługodawców (przysięgłam sobie, że już nigdy z TV n nie zawrę umowy).

      Usuń
    3. Nie jest możliwe istnienie wielkich korporacji bez AKTYWNEGO WSPARCIA - nie mniej "wielkiego" rządu (niekoniecznie, co prawda, jest to rząd akurat tego kraju, w którym dana korporacja tak lub owak działa...).

      Nic zaś nie przyczynia się do rozwoju wielkich monopoli tak bardzo - jak rzekoma "walka" rządów z ich nadużyciami!

      Przykładów na to jest całe mnóstwo. Ostatecznie - "spisek żarówkowy", o którym wspominałaś - nie byłby możliwy, gdyby nie kompetencja Komisji Europejskiej do "obrony konsumentów"...

      Usuń
  5. Chciwość panie - chciwość, "jaki koń każdy widzi", możemy opisać konia "końskim PKB" i jest możliwość opodatkowania np. od wagi, obwodu klatki piersiowej a nawet od długości ogona itd. czy zmieni to nasz ogląd konia, nie.
    Ekonomiści to tacy wszechstronni cyrkowcy co to raz są magikami w następnym numerze żonglerami a na koniec klaunami i nie wiemy czy się śmiać czy płakać. Na pohybel "gosudarstwu". Byleśmy zdrowi byli i Spokojnych Świąt życzy sobie i Panu Maniana

    OdpowiedzUsuń
  6. A ja dla odmiany tematycznej życzę Ci wesołych świąt!
    Pozdrowienia śnieżne :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. A dziękuję serdecznie, dziękuję..!

      Usuń

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...