poniedziałek, 11 marca 2013

Janko Muzykant i spółka

W sobotę na targ dojechaliśmy bez kłopotów, nawet łopata (którą przezornie wziąłem do bagażnika), nie była potrzebna – świeży, mokry śnieg nie stawiał większego oporu mimo, że jest go naprawdę dużo.

Jutro lub pojutrze trzeba będzie wyprowadzić przyczepę i podjechać po siano – z tym może być większy kłopot, bo tymczasem śnieg naprzemiennie topił się i zamarzał i nie jest już taki miękki. Nie śpieszę się z tym: a nuż – coś jeszcze się stopi i będzie go mniej..?

Niestety, ale nie ma co liczyć na brak białego łajna na drodze w ciągu najbliższego tygodnia…

Do tego stopnia nas to przygnębiło, że Lepsza Połowa się pochorowała, a mnie dopadła jakaś „śnieżna deprecha“ – tak, że aż Wam wczoraj wolałem dać spokój, niż grobowym pesymizmem rzucać.

No ale – „mówi się trudno i płynie się dalej“, jak zwykła mawiać rybka Doris. Dzień dzisiejszy rozpoczęliśmy pod znakiem Knedlika – elektryka: wyrwał z wtyczki przewód kabelka grzejnego. I, niestety, nic mu się nie stało (nawet korków pod wiatą nie wywaliło…) – obawiam się, że może to uznać zatem za dobrą zabawę i powtarzać…

Tymczasem zaś, w rodzimej stadninie, urodziła mu się przyrodnia siostrzyczka. A niedługo – zobaczy i własne dzieci…

Ciekawe, czy od tego zmądrzeje..? Jak sądzicie?

Tymczasem, zupełnie bez związku z Knedlikiem – elektrykiem, naszła mnie o poranku taka oto refleksja: jak złudne są ludzkie nadzieje i do jakich fatalnych zgoła skutków prowadzą dobre intencje..!

Wszyscy pamiętamy ze szkoły „Janka Muzykanta“? A i w „Chłopach“, któreśmy nie tak dawno z Lepszą Połową przeczytali (Lepsza Połowa właśnie skończyła „Faraona“ teraz) – jest i taki wątek: gdy to mianowicie brat dziedzica dziwi się, jakie to cudeńka Jagna z papieru wycina.

W obu przypadkach autorzy sugerują, że gdyby nie bieda, socjalne bariery, brak dostępu do wykształcenia – staliby się ich bohaterowie Artystami przez duże „A“.

Tego rodzaju zarzut: że mianowicie w warunkach dużej rozpiętości majątkowej i/lub istnienia jakichś formalnych i nieformalnych barier w „mobilności pionowej“ społeczeństwa marnowane są liczne talenty, samoistnie powstałe i szybko zgasłe wśród „prostego ludu“ – wielekroć się w literaturze, a też i w publicystyce lewicowej powtarza. Nawet i dzisiaj – choć, doprawdy, trudno sobie wyobrazić, na czym to się obecnie może opierać..?

Przecież: NIGDY W PRZESZŁOŚCI łatwość „tworzenia kultury“ – nie była tak wielka jak obecnie. Darmowy dostęp do internetu jest już chyba w każdej gminnej bibliotece czy domu kultury. A to jest nie tylko skarbnica wiedzy wszelakiej (przynajmniej – teoretycznie…) – ale też i: najszersze możliwe audytorium, największa publiczność, której można swoje utwory z zerowym praktycznie „kosztem własnym“ oferować, szukając uznania i poklasku.

Czegóż chcieć więcej..?

W odniesieniu do zjawisk tak niepochwytnych i nieokreślonych, jak „talent“ – jedynym możliwym sposobem opisu jest statystyka. Raz na ileś tysięcy urodzeń – rodzi się geniusz. Nie wiemy dlaczego tak się dzieje (genialność wymyka się jak do tej pory próbom opisu, także w zakresie – mechanizmu dziedziczenia: nie ma bynajmniej gwarancji, że dzieci genialnych rodziców jakikolwiek geniusz odziedziczą – acz, oczywiście, występuje dodatnia korelacja o tyle, że w rodzinach artystów, często rodzą się nowi artyści – a w rodzinach bankowców: nowi bankowcy – na ile jednak ma to cokolwiek wspólnego z genami, a na ile, z wychowaniem – nie sposób określić…).

Nie wiemy – ale też, możemy się spodziewać, że tacy geniusze tak, jak rodzili się w przeszłości, tak też i rodzą się obecnie i będą się rodzić w przyszłości.

Ponieważ zaś żyje obecnie niemal tylu ludzi, ilu żyło przez cały czas istnienia naszego gatunku w przeszłości (zaleta wykładniczego wzrostu populacji przez większość XX wieku…) – a jednocześnie, ludzie ci są zrównani w możliwości zdobywania wiedzy i umiejętności oraz w możliwości prezentowania swoich talentów bardziej, niż kiedykolwiek wcześniej – to w zasadzie, należałoby przyjąć, iż sen naszych pozytywistów spełnił się.

Powinniśmy tedy obfitować w geniuszy w każdej dziedzinie. Nowe, rewolucyjne prądy w sztuce, winny powstawać co miesiąc, jeśli nie – co tydzień. Odkrycia naukowe powinny się sypać jak z rękawa. Otaczać nas winno z każdej strony Piękno w najczystszej postaci. Zastępy równouprawnionych Janków Muzykantów winny wygrywać nam pienia anielskie od poranku aż po wieczór, a zastępy wyzwolonych Jagn – upiększać każdy skwerek i każdą uliczkę nie tylko własnymi powabnymi kształtami, ale i – porażającej urody dziełami swych zdolnych rąk.

I co? Macie Państwo wrażenie, że tak się dzieje..? Bo ja, jakoś, przyznaję – wcale niczego takiego nie dostrzegam…

Co do nauki, to mam wrażenie, że prorokowana pół wieku temu przez Mistrza Lema „bomba megabitowa“ JUŻ ją rozerwała: kiedy się pytałem jakiś czas temu, jakież to rewolucyjne odkrycie zmieniło nasz sposób życia w ciągu ostatniego ćwierćwiecza, Państwo odpowiadaliście, że internet. Otóż – to nieprawda! Internet ma już więcej niż ćwierć wieku. Owszem – u nas w roku 1988 raczej jeszcze nie funkcjonował. Ale to tylko dlatego, żeśmy zapadłą dziurą – co prawda: dziurą w obrębie (wciąż!), tego „lepszego“ świata.

Nie miejsce tu na rozważanie konsekwencji „bomby megabitowej“, chętnie o tym podyskutuję kiedy indziej (być może na „Agepo“ – skoro jest u Państwa zapotrzebowanie, by ten portal ożywić..?). Ale konsekwencje te są WŁAŚNIE takie, że przyrost liczby geniuszy naukowych – niwelują. Jako że obecnie geniusze ci większość życia tracą na doszukiwanie się – czy przypadkiem ich pomysłu ktoś wcześniej już nie ogłosił (przy czym próby automatyzacji tego procesu – skazane są w powiciu na niepowodzenie, jako że liczba publikacji naukowych rośnie bodaj równo, jak nie szybciej – niż chyżość komputerów, które miałyby je katalogować i udostępniać, a zresztą – nawet i wyniki takich wyszukiwań, przekraczają zdolność ludzkiej percepcji ogromem danych…) – a jeśli tego nie robią, to nigdy nie mają gwarancji, czy przypadkiem, nie powtarzają tylko czyichś, już dokonanych doświadczeń i odkryć.

W sztuce jest pod każdym możliwym względem gorzej niż w nauce. Jeden koncertujący małoletni Mozart – to odświeżająca sensacja. Dziesięciu Mozartów – robi się już nudnych (i pojawia się wśród ich menadżerów presja na to, aby się z grupy „czymś“ wyróżnić: bodaj defekacją na scenie na koniec koncertu…). Natomiast dziesięć tysięcy Mozartów – to już nie są niebiańskie pienia, tylko piekielna „kocia muzyka“, która może co najwyżej przyprawić słuchaczy o szaleństwo. O karierze artystycznej przestają w tym momencie decydować jakiekolwiek względy – by tak rzec – „merytoryczne“. A to dlatego, że liczba „miejsc“, na liście przebojów – nie wzrosła od tego, że liczba grających czy rzępolących tak lub owak, rośnie w postępie geometrycznym. Każdego artystę da się obecnie zastąpić – dosłownie: w kilka sekund. Co się dziwić, że i ci najbardziej uznani – popadają od tego w coraz to większą frustrację..?


Najgorsze zaś jest to, że likwidując owe formalne i nieformalne bariery, które tak niesprawiedliwe zgasiły w zarodku talent Janka Muzykanta czy Jagny – oddaliśmy osąd talentów ich następców w ręce motłochu. I stało się dokładnie odwrotnie niż Konopnicka, Reymont czy Żeromski sobie wyobrażali.

Nie ma już „jaśnie państwa“ i nie ma „nędzy w piwnicznej izbie“. Zamiast jednak sprawić w ten sposób, iż poziom nędzarzy podniesie się do poziomu dawnych „jaśnie państwa“ – ułatwiliśmy tylko potomkom owych nędzarzy zaspokajanie instynktów najprymitywniejszych i gustów najbardziej wulgarnych. Wyzwolona Jagna opisuje "monologi waginy" i chadza na "manify". Równouprawniony Janko Muzykant gra disco polo. I nawet nie wie – że morduje w sobie artystę taką chałturą…

Ewa Partum "Samoidentyfikacja"

Czy to jest lepsze od śmierci na suchoty z XIX-wiecznej nędzy..?

4 komentarze:

  1. Dziś wykształcenie i kultura to przesądy światło ćmiące. Moralność i zasady? Niepotrzebnie przeszkadzają na drodze do swobody i luzu. Kultura osobista? Uwiera, jak sztywny kołnierzyk. A po co to komu - ma być FAJNIE.

    OdpowiedzUsuń
  2. eeeeee jakie ja tam Państwo zaraz, skromny chłop z górniczego osiedla

    R.

    OdpowiedzUsuń
  3. "Najgorsze zaś jest to, że likwidując owe formalne i nieformalne bariery, które tak niesprawiedliwe zgasiły w zarodku talent Janka Muzykanta czy Jagny – oddaliśmy osąd talentów ich następców w ręce motłochu."
    A tam gadanie. A w XIX wieku czy wiekach średnich to wyłącznie gusty elity dominowały? Krzywa Gaussa się kłania, jest nas więcej ale procenty te same - nic więc dziwnego, że genialnych nie widać pośród bezprecedensowej masy przeciętnych. Gdy Tomasz Akwinata cudował nad księgami 90% populacji żyło w rytmie żniw i codziennej pracy na polu bawiąc się ludowym sposobem. Dziś wysoce zaawansowany robot wielkości samochodu ląduje na Marsie i 90% populacji żyje w rytm wypłat i codziennej orki bawiąc się przy disco w weekendy. Gdzie niby ta degeneracja w porównaniu do czasów minionych Panie Jacku?

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Akwinata, propagując swoją "Summę", używał innego "kanału przesyłowego", niż chłopi podśpiewujący sobie skocznie podczas żniw czy wesela. W jego czasach, ów "kanał przesyłowy" mimo, że jego pojemność była tryliony razy mniejsza niż obecnie - zapewniał bezproblemową łączność pomiędzy wszystkimi (nielicznymi) ośrodkami i ludźmi kultury, od Grenlandii po Chiny.

      Współcześnie, następcy Akwinaty "nadają" w tym samym "kanale przesyłowym", co współcześni wieśniacy - i wcale już nie słychać ich głosu pośród weselnych przyśpiewek.

      Tak właśnie, demokratyzacja dostępu do kultury - gasi podział na "kulturę wysoką" i "kulturę niską" i obezwładnia prawdziwy artyzm.

      Usuń

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...