piątek, 1 marca 2013

Historia magistra vitae?

Dwadzieścia parę lat temu, kiedy miałem lat naście i przejęty byłem misją dokumentowania przemijającego świata – spisałem opowieści obu moich dziadków o ich wojennych przygodach, tudzież zachomikowałem ich wojenne zdjęcia i notatki. Za cholerę teraz nie wiem – gdzie to się wszystko podziało..?

Tym niemniej, parę historyjek pamiętam. Od jednej zacznę dzisiejszy wywód. Zróbcie sobie kawy albo herbaty, weźcie ciasteczka – opowieść będzie długa…

Dziadek mój ze strony matki był przed wojną szewcem. Z końmi – w przeciwieństwie do swojego brata, szwoleżera ze Starogardu – nic nie miał wspólnego. Ale mimo to, udało mu się zdobyć licencję woźnicy Wehrmachtu. Jak to zrobił?

Ano – zmobilizowano go, jak resztę Pomorzan, po Stalingradzie, choć był już w dość zaawansowanym wieku – i pewnie, z racji na wiek, ominął go przydział „liniowy“.

Po szkoleniu w Bawarii (pamiętam doskonale, że dziadek Bawarię zapamiętał jako „krainę nizinną“ – mało ich musieli z koszar wypuszczać…) trafił do wojsk okupujących południową Francję. Gap – Grenoble – Annecy. To były miasta, które po kolei „okupował“. Niekoniecznie w takiej kolejności, ale tego już sobie bez notatek (zaginionych) nie przypomnę.

W jego kompanii – jak wspominał – Niemcami byli tylko oficerowie, zresztą dekownicy pierwszego sortu. Na całą resztę składała się Mitteleuropa w pełnym przekroju: Polacy, Czesi, Chorwaci, Słowacy, nawet jacyś Cyganie Bóg wie skąd. Jeśli był jakiś Żyd – to przeżył wojnę nie niepokojony.

Podobnie zresztą jak miejscowi „partyzanci“, których takie „siły okupacyjne“ miały były „pacyfikować“. Z obu stron panował pełen savoir vivre: partyzanci uprzedzali o planowanych akcjach dywersyjnych (żeby przypadkiem komuś się krzywda nie stała) – a tzw. „Niemcy“ – o planowanych akcjach pacyfikacyjnych (żeby przypadkiem nie doszło do strzelaniny). Dlatego, kiedy na ekranach naszych telewizorów pojawił się serial BBC „Allo, allo“, znając opowieści Dziadka – długo nie mogłem uwierzyć, że to serial komediowy, a nie dokumentalny..?

Jakoś tak w połowie 1944 roku wyższe dowództwo poczęło się sposobić do rejterady (słynnej potem w historii wojen „rejterady generała von Blaskowitza“, który faktycznie – większość swoich sił wyprowadził z doliny Rodanu bez szwanku, ku wielkiemu zdziwieniu Amerykanów, którzy go nawet nie zauważyli…). W tym celu postanowiono zwiększyć mobilność podległych oddziałów.

Na stanie kompanii dzielni wojacy, z którymi służył führerowi mój dziadek, mieli dokładnie jedną ciężarówkę, którą zwykle poruszał się sztab. Dla pozostałych zatem – przewidziano furmanki. Zorganizowano kurs dla woźniców, a potem: oficjalny egzamin.

Dziadkowi kurs szedł, jak opowiadał, wyjątkowo marnie. No – nie miał obycia po prostu. To i po egzaminie nie spodziewał się niczego dobrego. Od czego jednak żołnierska pomysłowość?

Komisja egzaminacyjna, złożona z oficerów kompanii, siedziała w pewnej odległości od placu, na którym egzaminowani mieli wjechać furmanką, wykonać zwrot o 180 stopni wokół wbitej w ziemię tyczki i wyjechać w miejscu, w którym wjechali. Egzaminowano parami – jeden powoził, drugi robił za „luzaka“, po czym następowała zmiana: ten, który „luzakował“ – brał lejce i jechał.

Zakładając, że oficerom za bardzo nie chce się przypatrywać wyczynom swoich podwładnych dziadek zadbał najpierw o to, żeby do pary mieć doświadczonego woźnicę. Z którym, gdy przyszła jego kolei powozić – zamienił się furażerkami.

I tym sposobem – egzamin zdał, licencję woźnicy Wehrmachtu otrzymał.

Na szczęście – nie musiał potem dowodzić swojej sprawności „w boju“, bo gdy Alianci w końcu wylądowali na południu Francji – dowództwo ich kompanii, nawet nie budząc swojego „wojska“ śpiącego w koszarach – zapakowało się do ciężarówki i odjechało.

Od czasu „niewoli“ u zaprzyjaźnionych wcześniej partyzantów, którzy wkroczyli do miasta zaraz po ucieczce „rdzennych“ Niemców – Dziadek był abstynentem. Po prostu: tak go napoili młodym winem – że już mu do końca życia (a krótko nie żył…) starczyło…

Niemcy zmobilizowali w czasie II wojny światowej 8 milionów koni z całej okupowanej Europy. Jak to zwykle z Niemcami bywa – robili to systematycznie i porządnie, przy okazji kładąc podwaliny pod naukę o behawiorze koni: Wilhelm Blendinger, który napisał pomnikowy zaiste „Wstęp do psychologii konia“ (czytałem – ale chętnie bym sobie chyba przypomniał…), większość swoich doświadczeń nabył jako felczer w „punktach gromadzenia koni“ zdobytych na Armii Czerwonej.

W Janowie Podlaskim też rządów Klemensa von Nagela nie wspominają źle – a i epokowy „Ramzes“ nie trafiłby pewnie z Wojcieszkowa wprost na karty historii, jako najcenniejszy reproduktor w dziejach hodowli nowoczesnych koni sportowych – gdyby nie wojna i okupacja.



Tymczasem ułani września, o których tak rzewnie zwykła opowiadać pani Szyłogalis, mieli ze swoimi końmi więcej utrapienia niż pożytku. Jednostki kolarzy okazały się w praktyce szybsze i silniejsze od jednostek konnych – bywało nawet, że przydzielone do wrześniowych brygad kawalerii kompanie cyklistów wykonywały zwiad na rzecz swoich obciążonych końmi kolegów.

Brygady wrześniowej kawalerii tym tylko różniły się od piechoty, że były zdolne do w miarę szybkiego przemieszczania się – na dystansie nie przekraczającym 20 – 30 km. Bo jeśli odeszły dalej – gubiły swoje tabory[1] i szybko, po wyczerpaniu amunicji, stawały się bezużyteczne.

Do boju ułani czy szwoleżerowie na ogół szli piechotą. Co miało ten skutek, że w faktycznej walce brało udział tylko 2/3 oddziału – a pozostała 1/3 szamotała się gdzieś za frontem, próbując opanować konie, regularnie płoszone bombami, bo tak duże zgromadzenie ludzi i koni bardzo często przyciągało uwagę Luftwaffe.

Nie twierdzę, że wrześniowa kawaleria była bezużyteczna. Z założenia była to formacja defensywna, przeznaczona do łatania niewielkich dziur w linii frontu – takich, jakie w praktyce zdarzały się w czasie I wojny światowej (bo już doświadczenie wojny polsko – bolszewickiej zdaje się – zostało zapomniane przez naszych sztabowców, gdy wybierali taką a nie inną organizację dla jazdy…). Stąd, otrzymała – jak na wrześniową w tej materii mizerię – wyjątkowo bogate wyposażenie w tzw. „broń zespołową“, co wielekroć okazywało się bardzo przydatne w toku tej kampanii.

Jednak mitologizowanie konia i kawalerii w kontekście września 1939 roku – to bzdura, żerująca na ludziej niewiedzy i propagandowych filmach z czasów PRL. Nawet formalnie – elitą przedwrześniowej armii wcale nie byli kawalerzyści – tylko oficerowie artylerii i innych „broni technicznych“. Że Goebbels wymyślił sobie „ułanów szarżujących na czołgi“, a dureń Wajda to po nim powtórzył..? Cóż: jaki ojciec – taka córka…


Taką samą bzdurą, pozbawioną śladu podstaw źródłowych, jest doszukiwanie się jakiegoś nabożnego stosunku naszych odleglejszych w czasie, bo jeszcze sarmackich antenatów – do konia. Stosunek ułanów napoleńskich, husarzy czy rycerzy naszych do koni był czysto użytkowy. Owszem – starali się o jak najwięcej, jak najpiękniejszych i jak najdroższych koni, bo to był podstawowy element prestiżu „wojownika – dandysa“. Bez miłosierdzia jednak zajeżdżali je na śmierć i zmieniali po kilka, czasem nawet kilkanaście w ciągu jednej kampanii.

Wyprawy Sobieskiego to jedna wielka hekatomba koni. Czasem nawet – jak twierdzi Werdum – celowa. W 1671 roku hetman Sobieski miał był z rozmysłem tak prowadzić kampanię przeciw Kozakom na Ukrainie, żeby jak najwięcej towarzyszy w jego wojsku „odpadło od koni“ – co miało się przełożyć na ich niezadowolenie i pozwolić na zawiązanie antykrólewskiej konfederacji.

Już o Napoleonie idącym na Moskwę – nawet i wspominać nie warto.

Staropolskie konie rzadko nawet miały własne imiona. Najczęściej określano je maścią, przeznaczeniem, pochodzeniem lub jakimś znakiem szczególnym. Nie słynęli też w żadnym razie Sarmaci z jakiejś wyjątkowej sztuki jeździeckiej, czy wyjątkowego „podejścia do koni“. Konie były zajeżdżane brutalną siłą i równie brutalnie użytkowane, czego dowodem są liczne dość „żelaza“, wkładane do końskich pysków, które można np. w Muzeum Czartoryskich w Krakowie oglądać - godne zaiste izb tortur!

„Ludzki stosunek“ do koni, jak i w ogóle do zwierząt, to mieli wtedy akurat Turcy. Skądinąd – jak wszystkie prawie ludy tureckie – miłośnicy koniny.

„Fałszywa historia jest matką fałszywej polityki“. Pytanie tylko, czy prawdziwa historia – rzeczywiście może być nauczycielką życia..?



[1] Złożone, jak w całej naszej wrześniowej armii, ze zmobilizowanych podwód chłopskich, na ogół na kołach bez ogumienia – do których zaprzężone były tak samo zmobilizowane chłopskie koniki, bardzo często – bardzo marne, z licznymi wadami rozwojowymi. Tak naprawdę, gdyby dało się zastąpić te podwody normalnymi wozami na ogumionych kołach – i zaprząc do nich takie konie zimnokrwiste, jakie nasza wieś hoduje OBECNIE – to wrzesień 1939 roku wyglądałby zupełnie inaczej! Większy to by, w każdym razie, miało skutek, niż nawet dwie czy trzy brygady motorowe po polskiej stronie więcej…

15 komentarzy:

  1. główni przodkowie Polaków to jednak nie tylko Sarmaci, ale także Bałto-Słowianie

    czy ci drudzy także z końmi coś więcej do czynienia mieli?

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Pisząc o "sarmackich przodków" szlachtę miałem na myśli i "sarmatyzm" jako formację kulturową, a nie starożytnych Sarmatów z ukraińskich stepów, z którymi, jako żywo, mało mamy wspólnego (poza mieszkańcami Zamojszczyzny, którzy na ogół wyglądają dokładnie tak, jak zrekonstruowane w muzeum "typy antropologiczne Sarmatów").

      Usuń
    2. to cię z błędu wyprowadzę - mapy genetyczne pokazują, że jesteśmy potomkami Sarmatów, a przynajmniej tak mocno z nimi wymieszani, że można mówić o nich, jako o bezpośrednich przodkach Polaków, mutacja "sarmacka" R1a1

      z resztą przed tym odkryciem badano dogłębnie polskie tamgi szlacheckie i są one w prostej linii sarmackie/północno-perskie

      może się to komuś nie podobać - jakiemuś rasiście itp. - ale jesteśmy mocno spokrewnieni z plemionami irańskimi i kto wie z kim jeszcze

      Usuń
    3. Wiesz, nie ma się czym ekscytować: i przestrzegałbym przed wyciąganiem zbyt daleko idących wniosków TYLKO na podstawie tego rodzaju danych. O ile pamiętam, to "w okolicy" największe zagęszczenie osób z mutacją R1a1 (utożsamianą też z pierwszą falą "jeźdźców i pijaków", o której ongiś obszernie pisałem) występuje na Łużycach.

      No i co z tego..?

      To, że jesteśmy spokrewnieni z Naszymi Aryjskimi Braćmi z Iranu, to oczywista oczywistość - tak samo, jak łączy nas pokrewieństwo językowe z Hindusami (litewski i sanskryt są wzajemnie zrozumiałe). Dlaczego miałoby to się "nie podobać" - i to akurat "jakiemuś rasiście"..?

      "Rasiście", to raczej powinien się "nie podobać" ten paskudny semicki spisek przeciw Naszym Aryjskim Braciom, czyli na ten przykład - jawna ingerencja w wewnętrzne sprawy sprzymierzonej z Naszymi Aryjskimi Braćmi Syrii...

      Usuń
    4. gdzie można zobaczyć "typ antropologiczny sarmaty"???

      Usuń
  2. Rzewne historie wzbudzają u mnie podejrzliwość. Tak samo jak różne nawiedzone organizacje.
    :)
    Justyna

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. No właśnie RZewne nie Żewne.....

      Usuń
    2. Dziękuję za czujność. Poprawiłem. Wstyd mi...

      Usuń
    3. Jeżeli chodzi o błędy ortograficzne, stylistyczne i literowe to proponuję poczytać komentarze anonimowego sprzed paru dni, po prostu horror!

      Justyna

      Usuń
    4. Mimo wszystko: nie powinienem robić błędów. Żaden "anonimowy" mnie tu nie usprawiedliwa.

      Po prostu: dzisiaj dużo się dzieje - i przeczytałem, przed opublikowaniem, o jeden raz za mało...

      Usuń


  3. Co do brytalnego traktowania koni za czasów "sarmackich" - tutaj byłabym ostrożna i nie mierzyłabym ówczesnej "brutalności" naszą XXI w. miarą.

    Co mnie np. swojego czasu zdziwiło, to że koń chodzacy pod husarzem w XVI - XVII był bardzo drogi. Dla właściciela. Może i więcej. Mało kto mógł sobie pozwolić na kilka takich koni na wymianę. Konie bojowe szły zazwyczaj za taborem i były dosiadane na samą bitwę. Nie były uzywane do transportu.

    Jeszcze jeden przykład tzw. "lisowczyków" (przełom XVI i XVII w.). U lisowczyków wyszkolenie dobrego konia bojowego trwało długo, ok. 7 lat. To były oddziały lekkie, bazujące na zręczności i szybkości manewrów formacji konnych. Dla nich doskonale wyszkolony koń bojowy to podstawa.

    Może i dla nas - wrażliwych na ból i dyskomfort - traktowanie koni w I Rzeczpospolitej zakrawa na brutalność. Ale takie wtedy były tamte czasy - "brutalne" jak na standardy XXI w.

    EM

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. To prawda. Z tym, że nie bez powodu linkowałem to moich wcześniejszych opowieści o Turkach i tureckich koniach. Otóż: Turcy swoje konie zajeżdżali i układali zupełnie inaczej niż ówcześni chrześcijanie. Co budziło nieodmienne zdumienie u wizytujących ich dyplomatów i podróżników.

      A w Polsce CZASEM zatrudniano na niektórych magnackich i szlacheckich dworach tureckich ujeżdżaczy koni - więc ten "inny" sposób, znacznie bliższy temu, co my dzisiaj robimy - nie był Sarmatom nieznany.

      A jednak, z jakichś powodów - nie przyjął się.

      Usuń
  4. Ciekawą historię opowiedział mi mój św.pamięci dziadek, szwoleżer 3 pułku z Suwałk. We wrześniu 39 byłby w klasie maturalnej szkoły podoficerskiej, gdyby oczywiście nie wojna, której wybuch zastał go na szkoleniu poza koszarami. Już w pierwszym lesie porzucili lance, jako zupełnie nie przydatne w "nowych realiach". Dziadek dostał konia pułkownika Dziedzica - Fawora. Koń był oficerski, przyzwyczajony do jazdy na czele... Zdarzało się żołnierzom przysnąć w siodle podczas marszu, dziadkowi również... Budziła go reprymenda oficera, że na przedzie jedzie i żeby wracał do szeregu... To tak "na śmiesznie". Na poważnie: Dziadek został przydzielony do zwiadu, młody był i rzecz jasna niedoświadczony... Kiedyś wszedł "jak do siebie" do domu, co do którego istniało podejrzenie, że ukrywali się tak Niemcy... Gdyby nie opuścili go parę chwil wcześniej, mnie by na świecie nie było... Mam też kilka jego relacji, jak konie traktowali, jak je szkolili. Ciekawe historie, choć nieco za długie na ten komentarz

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Przygody drugiego z moich dziadków nie były tak komediowe. Powalczył sobie. I też parę razy o mały włos - a by mnie nie było.

      Lanc we wrześniu 39, teoretycznie w ogóle być nie powinno - wyraźnie rozkazano zostawić je w koszarach, zresztą już "poprawiony" regulamin z połowy lat 30-tych (zapomniałem konkretnej daty, a teraz nie znajdę notatek...) traktował je raczej jako element wyszkolenia jeździeckiego, niż broń.

      Usuń
  5. Przypomniałam sobie jeszcze takie ćwiczenie, o którym dziadek opowiadał: "Na wypadek ostrzału z karabinów, uczyliśmy konie zatrzymywania z pełnego galopu, "stawania dęba", żeby ostrzał na siebie przyjął i żołnierza ocalił. Koń padał, a żołnierz mógł się za nim schować i na ostrzał odpowiedzieć." Koniec cytatu... Ach, historia... "Kiedyś podczas zwiadu, znaleźliśmy się z kompanami w szczerym polu, nadleciały "wrogie samoloty" i zaczął się ostrzał. Puściliśmy konie cwałem w stronę lasu. Kiedy dojeżdżaliśmy, zobaczyliśmy, że pole, tuż przed lasem kończy się ogrodzeniem z drutu... Daliśmy ostrogę i konie na komendę skoczyły nad tym drutem prosto w las żaden nawet nie dotknął!"

    OdpowiedzUsuń

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...