sobota, 23 marca 2013

Glossa husarska

Ponieważ zima trzyma, a mnie trzyma choróbsko - dziś nie tyle recykling (bo ten tekst nigdzie jeszcze publikowany nie był), co odrzut - żadna bowiem z trzech redakcji końskich pism, do którego wysłałem ten materiał - nie była nim zainteresowana:

Niewątpliwie wiedza o przeszłości jest rzeczą cenną. Ruch „rekonstruktorów historii“, odtwarzających dawne formacje zbrojne – to bardzo ważny element w szerzeniu tej wiedzy.

Nie chciałbym, aby nasza „glossa“ została odebrana jako tzw. „czepianie się“. Jednak, jak wiadomo – „tylko prawda jest ciekawa“. Chyba nie chodzi o to, aby powtarzać nie udowodnione mity – tylko właśnie o to, aby szerzyć znajomości przeszłości, wedle naszej najlepszej wiedzy?

Tymczasem, w artykule p. Jacka Kurzątkowskiego pt. „Husaria wg Andrzeja Ciosańskiego“ w marcowym numerze „Końskiego Targu“ – znalazłem, niestety, kilka mitów, które wymagają sprostowania. Ponieważ zaś udało mi się skonsultować kluczowe kwestie techniczno – taktyczne, na których sam się nie znam z najlepszym pod tym względem specjalistą w Polsce, dr Radosławem Sikorą – mam nadzieję, że glossa ta będzie dla Czytelników przydatna.



  1. Koń rycerski Średniowiecza

Skąd autor wie, że rycerze „wykorzystywali konie ciężkie“, które „pochodziły od koni pociągowych i jucznych“? I, że „taki koń w galopie osiągał zaledwie 30 km/h“ (pogrubienie moje)?

Widział ktoś te konie, fotografię im zrobił, zmierzył, zważył, ukątowanie łopatki sprawdził? Stał ze stoperem podczas szarży jazdy rycerskiej i stąd wie, jaką osiągała prędkość?

Niestety – ale to są wszystko zagadki. Nic mi nie wiadomo, aby zostały w ostatnim czasie rozwiązane. A już pisać o tym z taką pewnością siebie, choćby i mimochodem – zaiste: strach!

Że średniowieczni rycerze dosiadali koni zimnokrwistych, to opowiadają na Zachodzie hodowcy koni belgijskich i perszeronów. Którzy, dzięki temu, znajdują zbyt na swoje konie wśród tamtejszych rekonstruktorów. Skądinąd, wiemy dość dokładnie, że obie te rasy w takiej postaci, w jakiej znane są nam dzisiaj – powstały dopiero w wieku XIX. Perszeronów wcześniej wcale nie było, a koń belgijski bynajmniej nie był tak potężny jak obecnie…



Wykopaliska archeologiczne na ziemiach polskich jak do tej pory nie przyniosły ani kosteczki tak potężnego konia z okresu Średniowiecza. Znaleziono za to całe mnóstwo kości drobnych koników w typie znanego nam obecnie konika żmudzkiego, czy konika polskiego. Kości które zresztą – jeśli wierzyć prof. Norbertowi Pospiesznemu z Uniwersytetu Przyrodniczego we Wrocławiu, który opowiadał nam o tym na zajęciach – należały niemal wyłącznie do nieszczęśliwych koników. Prawie wszystkie bowiem noszą ślady wad rozwojowych typowych dla osobników w młodości niedożywionych, a także – zwyrodnień charakterystycznych dla koni nadmiernie eksploatowanych.

Powszechność hodowli takich małych koników w Państwie Zakonnym w Prusach potwierdza też i ojciec – założyciel polskiej nauki o koniu, czyli hipologii, Marian hr Czapski, podając, że Krzyżacy nazywali je „swiejki“ (czyli, z języka pruskiego: „zdrów“, „zdrowy“ – co, w świetle wspomnianych wykopalisk, zakrawa na ponury żart…).



Czy średniowieczni rycerze ruszali zatem do bitwy na czymś przypominającym konika polskiego..? Bałbym się taką tezę postawić. Na czymkolwiek jednak ruszali do bitwy – populacja tego konia musiała być tak mała, że nie pozostawiła po sobie materialnych śladów na średniowiecznych wysypiskach śmieci i polach bitew.

Wiemy też dobrze, że przez wszystkie późniejsze wieki, tak naprawdę – aż do roku 1939 włącznie – zawsze trudno było w Polsce o dobre, ciężkie konie pociągowe, potrzebne np. dla artylerii. Brak takich koni bardziej limitował nasze możliwości posługiwania się tym rodzajem broni, niż brak dział. Konie tego rodzaju często importowano do nas z Europy Zachodniej. Ich hodowla na miejscu zaczęła się rozwijać dopiero w wieku XX, a dominująca na polskiej wsi stała się dopiero po II wojnie światowej.

Tym bardziej zatem – JEŚLI NAWET rzeczywiście średniowieczni rycerze jeździli na koniach zimnokrwistych (a wcale nie twierdzę, że tak nie robili – ja tego NIE WIEM) – to populacja tych koni musiała być skrajnie nieliczna.

Przyjmując na chwilę domniemanie że średniowieczni rycerze naprawdę jeździli na takich wielkich, ciężkich koniach i naprawdę szarżowali z prędkością nie mniejszą, ani nie większą niż 30 km/h – czyli, jak łatwo policzyć, 500 m/min (o 2/3 więcej, niż norma na zawodach skokowych, wynosząca 300 m/min – a parkur skokowy, pokonuje się, jak najbardziej, galopem…) – to by oznaczało, że taki rycerz, ważący razem z koniem i zbroją powiedzmy tonę – mógł na ostrzu swojej kopii przyłożyć do dowolnego obiektu materialnego siłę rzędu 8,3 kN.



Maksymalny dopuszczalny nacisk na oś mojego Nissana Patrola to 15,4 kN.

Z czego by wynikało, że dwóch rycerzy szarżujących pospołu – złamie kopiami oś naprawdę solidnego, terenowego samochodu…[1]

Aby uczynić krzywdę bliźniemu swemu – nie musiał jednak rycerz ani ważyć (razem z koniem) aż tyle, ani też – aż tak szybko się poruszać. Ciało ludzkie, nawet przykryte jakąś blachą – jest, jednakowoż, o wiele wrażliwsze na ciosy, od osi solidnego, terenowego samochodu. No chyba, że koniecznie zależy nam na uzyskaniu efektu tzw. „overkill“..?

Fragment oryginalnej ilustracji do historii Wilhelma Zdobywcy

Kończąc wątek ryerzy średniowiecznych: nic też nie wiadomo, aby taktyka średniowiecznego rycerstwa miała polegać „na przełamywaniu linii obrony przeciwnika przez pojedynczego człowieka“ (to jakiś absurd w ogóle jest…) – ani też o tym, jakoby „upadek rycerstwa przypisano wynalezieniu kuszy“?

Może i „przypisano“, ale jeśli nawet „przypisano“ – to z całą pewnością: błędnie[2].

  1. Koń „polski“ – husarski

Bardzo słusznie zastrzega się autor, że nic bliższego o „koniu husarskim“, czy też „koniu polskim“ – nie wiemy. I że „zdecydowanie łatwiej jest dziś mówić o fenotypie koni husarskich“. Wręcz – przez chwilę pomyślałem, że widać nie na próżno od ładnych kilku lat piszę i piszę wciąż o tym samym…

Niestety: w szczegółach nie jest już wywód pana Jacka Kurzątkowskiego aż tak wolny od naleciałości dawnych mitów, jak bym chciał.

Z całą pewnością nieprawdą jest twierdzenie, jakoby importy wzbogacające staropolską hodowlę koni, to „przede wszystkim były (…) konie zdobyczne“.

Trzeba sobie uświadomić dwa proste fakty. Po pierwsze – obce najazdy niemal zawsze „wzbogacają“ genotyp LUDNOŚCI. A to dlatego, że nie wszystkie zgwałcone przez nieprzyjaciela kobiety zostaną uprowadzone czy zabite. Część zostanie i urodzi.

Jednak – konie to zupełnie inna sprawa. Genotyp populacji końskiej może się w wyniku obcego najazdu wzbogacić tylko wtedy, jeśli najeźdźca (a przynajmniej – jakaś część najeźdźczej armii) zostanie pokonany. Jeśli najazd się udaje, to ewentualnie za odchodzącym przeciwnikiem mogą pozostać końskie trupy, czy też – jeśli uchodząc, śpieszy się – jakieś konie okulawione czy ochwacone. Jak raz – te najsłabsze, „negatywnie zweryfikowane“ w wyniku tego rodzaju selekcji.

Tak więc, nie ma tu AUTOMATYZMU „mieszania genów“. Z faktu, że nas jacyś Mongołowie, Turcy, Turkmeni i Bóg wie kto jeszcze kiedyś tam najechał – nic a nic nie wynika jak chodzi o dostępność mongolskich, tureckich, turkmeńskich i Bóg wie jeszcze jakich koni. O ileśmy tego przeciwnika nie rozbili. I to jeszcze tak – żeby przypadkiem nie uciekł!

A to się zdarzyło wszystkiego ledwo kilka razy – jak chodzi o tzw. „ludy stepowe“…

Zwykle, przy takich dyskusjach przypominam tę niezbyt imponującą, ale widać przecież, że twardą szkapinę..!

Po drugie – tak naprawdę, jak nie liczyć Dzikich Pól i normalnej na tak niecywilizowanym pograniczu partyzanckiej szarpaniny – to myśmy przez te niemal 400 lat sąsiedztwa z Imperium Ottomańskim – prawie nie toczyli między sobą wojen. „Prawie“, bo na owe bez mała 400 lat sąsiedztwa, formalny stan wojny to będzie może jakieś 30 lat..? Tylko jedna z granic I Rzeczypospolitej była jeszcze bardziej pokojowa – ta z Imperium Habsburgskim.[3]


Zbroje zachowały się na ogół w lepszym stanie niż... konie!

Bardzo jestem ciekaw metodologii, wedle której autor wyliczył, że w Rzeczypospolitej było 15 milionów koni.

Nie jest ścisłym twierdzenie, iż „nasz polski przedrozbiorowy koń nigdy nie został uznany za rasę“. Kto niby miał tego konia za rasę „uznawać“..? PZHK jeszcze, Dalibóg, z pewnością nie było…[4]

Prawdą jest natomiast, że po prostu – wiemy o koniach hodowanych w tym czasie zbyt mało – aby stwierdzić, że stanowiły jakąś oddzielną „rasę“, czy też – stwierdzić z całą pewnością, że takowej „rasy“ NIE stanowiły.

Już idąc „rozpędem“ dodam też, dla porządku, że z całą pewnością nieprawdą jest, aby współczesny koń małopolski „pochodził wprost od konia staropolskiego“. Konie małopolskie to typowa dla XIX wieku mieszanka rasowa (trudno to nawet, w gruncie rzeczy, skonsolidowaną rasą nazwać…), tzw. „półkrwi“. Jeśli coś jest dla „koni małopolskich“ wspólną podstawą – to raczej owe kałmuckie mierzynki, masowo, w dziesiątkach czy nawet setkach tysięcy sztuk, importowane co roku wprost znad Wołgi przez całą pierwszą połowę XIX wieku – których panowie użyczać zwykli w Kongresówce, Galicji i nawet w części zaboru pruskiego, swoim pańszczyźnianym chłopom, jako tzw. „załogi“.

Fragment tzw. "Rolki Sztokholmskiej"

  1. Taktyka husarii

W tej materii najmniej mam do powiedzenia (kol. dr Radek Sikora wypunktował poniżej pewne rzeczy, na które należy szczególnie zwrócić uwagę), to chciałbym na wstępie zwrócić uwagę na pewien pominięty przez autora szczegół.

Otóż – tak naprawdę, aż do rozpowszechnienia się broni strzeleckiej odtylcowej w połowie wieku XIX, szanse jakiejkolwiek bądź piechoty na odparcie w polu zdecydowanego natarcia jazdy – nie były wielkie. Oczywiście, można sobie dywagować, na ile zależało to od posiadania przez piechotę i jazdę broni drzewcowej, od taktyki, itp.

Najważniejsza jednak wydaje się: determinacja. Otóż – polskim husarzom na ogół, przynajmniej w okresie świetności tej formacji – tego właśnie czynnika zwycięstwa: nie brakowało!

Powiedziałbym wręcz, że husaria to nie tylko formacja wojskowa. To styl życia. Trochę trudny do wyobrażenia w dzisiejszych czasach – styl życia, w którym do „dobrego tonu“ należy lekce sobie ważyć własne życie i zdrowie i niebagatelny majątek, który się ma na sobie i pod sobą (konie husarskie były nieprzytomnie wręcz drogie…), z nonszalancją jadąc w pierwszym szeregu wprost w „dym i ogień“.

Bitwa pod Kircholmem wg Snayersa

Przechodząc natomiast do szczegółowych uwag w tym zakresie:

Autor pisze o koniach husarskich, że: "ginęło ich prawie 10-20 razy więcej niż towarzyszy husarskich"

Jest to przesada. Przykładowo w bitwie pod Lubieszowem 1577 r. było: 7 zabitych towarzyszy kawalerii na 44 zabite konie. Pod Kłuszynem w 1610 r (dane dla 26 rot kawalerii): 30 zabitych towarzyszy kawalerii na ponad 188 zabite konie.

Przy czym w obu przypadkach dominowała husaria.

Ważniejsze jest jednak inne pytanie do autora tekstu – po co zestawiać liczbę poległych towarzyszy z liczbą koni, skoro husaria to towarzystwo i czeladź? W bitwie nie ginęli sami towarzysze. Prawidłowe zestawienie powinno być takie: liczba zabitych husarzy (towarzyszy + czeladzi pocztowej) do liczby zabitych koni. I wtedy te proporcje wypadają inaczej. Choć wciąż niekorzystnie dla koni. Ich zawsze ginęło więcej niż ludzi.

Przykładowo pod Lubieszowem: 17 zabitych kawalerzystów na 44 zabite konie.

Pod Kłuszynem (dane dla 26 rot kawalerii): 61 zabitych kawalerzystów na ponad 188 zabitych koni.

Czyli mniej więcej 1 do 3. Chyba, że doliczymy ranne konie, które dobito po bitwie, ale ich liczba jest nieznana. Nie wiadomo ile z rannych koni była dobite, a ile wyleczono. Te liczby, które przedstawiłem, odnoszą się tylko do strat w bitwie.

Autor pisze: "Zbroja płytowa pozbawiona była naplecznika"

Owszem, zdarzało się. Ale nie była to reguła.

Autor podaje opis „typowej“ szarży husarskiej:

Opis szarży husarii bazuje na tym, co pisał Jerzy Teodorczyk w latach 60. XX w. Jest on co najmniej nieprezycyjny, ale przyjął się, powtarzany od jego czasów wielokrotnie.

W rzeczywistości typowa szarża wyglądała nieco inaczej. Opisała ją „Ordynacja hetmańska...“ Hieronima Augustyna Lubomirskiego z początków XVIII w., który to opis współgra z charakterystyką szarży husarii, do której doszło pod Kutyszczami w 1660 r. Przede wszystkim do szarży wychodzono w szyku zwartym – „kolano z kolanem“. W trakcie szarży szyk można było rozluźnić i ponownie zewrzeć. Ćwiczono to od (przynajmniej) drugiej połowy XVI w., choć może i wcześniej. Tyle, że dla wcześniejszego okresu brak jest danych.

Jak często zmieniano gęstość szyków? Nie wiadomo. W tej chwili znany jest tylko jeden taki przypadek (z 1660 r.). Za mało jest jednak opisów szarż, aby jakieś statystyki wyprowadzać. Wydaje się jednak, że skoro hetman Lubomirski w swojej ordynacji milczy na temat zmiany gęstości szyków, to typowa jednak była szarża prowadzona od poczatku do końca w szyku „kolano z kolanem“.

Co do tych odległości w artykule – to ponownie, podano je na podstawie Teodorczyka. I ponownie brak jest podstaw dla takich ustaleń. Nie da się po prostu zrobić tego tak prezycyjnie. Poniżej podano, co nakazywał hetman Lubomirski wraz z opisem szarży pod Kutyszczami. To fragment książki dr Radosława Sikory „Niezwykłe bitwy i szarże husarii“:

Pierwszy atak, przeprowadzony przez chorągiew husarską Wilczkowskiego, został skierowany przeciwko rosyjskim rajtarom. Husarze Wilczkowskiego powoli zbliżyli się na odległość 1 staja (staje statutowe to 49 – 50 m) od nieprzyjaciół, zwiększyli bieg koni, złożyli kopie, których końce pozostawiono w tokach i runęli na wroga. Warto tu zaznaczyć, że sposób przeprowadzenia tej szarży bardzo dobrze koreluje z zaleceniami „Ordynacji hetmańskiej” Hieronima Lubomirskiego, którą spisano ok. 44 lata później. Mamy tu te same elementy co w ordynacji, tj.:

-      najpierw powolne zbliżanie się do nieprzyjaciela (pod Kutyszczami: „małym krokiem”; w ordynacji: „kłuskiem małym”)
-      wytrzymanie ognia nieprzyjaciela (pod Kutyszczami: „na niezmierne strzelanie nic się nie wzdrygali”; w ordynacji: „[ogień nieprzyjaciela] koniecznie potrzeba wytrzymać dla lepszego skutku”)
-      pochylenie kopii, zwiększenie biegu konia (pod Kutyszczami: „Ostrogą zwarszy konia pod sobą prędkiego, w tokach kopije porządnie złożyli, w otchłań prawie żołnierze ci zacni skoczyli”; w ordynacji: „w pół pola ku nieprzyjacielowi będąc [...] ZŁÓŻCIE KOPIE. I tak dalej małym kłuskiem idąc, nie powinien wprzód skoczyć i uderzyć nieprzyjaciela, aż ogień wyda”).
-      uderzenie w nieprzyjaciela, tj. skruszenie kopii i sięgnięcie po pałasze / szable (pod Kutyszczami: „tylko skruszonych kopij i pałas[z]ów wrzawy”; w ordynacji: „złamawszy zaś [...] kopię o nieprzyjaciela, ostatek drzewca porzuci żołnierz, a szablę w rękę wziąwszy, po rękach naprzód rąbać będzie, aby nie dać nieprzyjacielowi do drugiego porywać się oręża, do pistoletów lub szpady, bo obciętego i ręką nie władnącego lada ciura bić i żywcem brać może”)
W trakcie szarży husarii, rajtarzy zdołali oddać w jej kierunku kilka salw karabinowych. Mimo tego ostrzału straty Polaków były minimalne. Wśród ludzi jedynie syn podkomorzego lwowskiego Piotra Ożgi został ranny w kolano. Straty wśród koni były większe, ale nie są one precyzyjnie określone. Po złamaniu kopii, husarze sięgnęli po  pałasze.

Jacek Kurzątkowski pisze: "W ten sposób uzyskiwano przewagę liczby kopii nad pikami pikinierów na jednostkę długości linii zwarcia"

Nawet formacja „kolano z kolanem“ to około 1,2 metra na jeźdźca. A pikinierzy stojąc ramię przy ramieniu to około 80-90 cm na jednego z nich. Nawet gdy stawali nieco luźniej (słabo wyszkolonym się zdarzało, jak na przykład Szwedom pod Kliszowem w 1702 r.) to i tak było mniej więcej po równo. 1 husarz na 1 pikiniera.

Natomiast w artykule znajduje się bardzo dobra uwaga na temat oskrzydlenia piechurów. Kto wie, czy to nie był jeden z decydujących czynników podczas takiego starcia. Przynajmniej w niektórych wypadkach, jak to widać na obrazie bitwy pod Kircholmem...

tutaj właśnie

Co do frontalnego starcia – wiadomo, że przynajmniej część koni w takim ataku na pikinierów ginęła, czego przykład pod Kłuszynem. Konie traktowano jak żywe tarany. Wjeżdżano nimi i łamano płoty czy piki.

Autor artykułu podaje, iż: „Dzięki temu cała chorągwia mogła skręcić w miejscu bez mieszania swoich szyków.“

Owszem, opisano trening husarza, polegający na obrocie w dwumetrowym kole pełnym pędem i wyskoczniu z niego. Ale nie opisano nigdzie, że robiła to cała chorągiew bez zmieszania szyków. To jest wyidealizowany obraz. Nie wiadomo ilu husarzy taką umiejętność (obrotu w tak małym kole pełną prędkością) posiadało. A i szarża w szyku „kolano z kolanem“ nie pozwalała na to. Konie musiały złamać szyk, aby tego dokonać, bo gdy obok jednego konia cwałuje drugi, to nie ma po prostu miejsca na takie manewry.

Jest jedno źródło, któro opisuje takie zawracanie w cwale. Ale w tym przypadku chodziło o nawrócenie w miejscu, gdy jeźdźcy „uchodzili odwodem“ i po obrocie mieli stanąć frontem do nieprzyjaciela. Samo uchodzenie nie musiało być (i raczej nie było) dokonywane w szyku „kolano z kolanem“. Uchodzono w rozsypce. Dopiero po obrocie chorągiew (czyli rota) husarii ponownie stawała w szyku.

Jest inny opis – rota stała w miejscu i miała się obrócić „po koniu“. Ale... no właśnie. W tym przypadku husarze stali a nie cwałowali, czy galopowali.

Autor wspomina o „odczulaniu koni na zgiełk bitewny“

Co do tego „odczulenia na zgiełk bitewny“, to wbrew sugestii Jacka Kurzątkowskiego nie był to przypadek. W naszych traktatach hippicznych zalecano, aby konie przyzwyczajać do huku itd. Więc jeśli się do tych zaleceń stosowano (pytanie, czy się stosowano?), to konie były do tych bodźców przyzwyczajane przed bitwą, a nie w jej trakcie.

Na koniec wreszcie: mała uwaga co do bitwy pod Kłuszynem.



Pod Kłuszynem było 2500 kawalerii (nie tylko husarii, choć w zdecydowanej większości właśnie jej) + 200 piechoty. Armia przeciwnika to od 38 do 48 tysięcy (ale jest to łączna liczba i żołnierzy, i towarzyszącej im służby obozowej, chłopów itd.). Samych żołnierzy było ok. 18 tys. Natomiast dysponowali oni 15 działami (11 Rosjanie + 4 „Niemcy“) a nie tylko 11, jak to w artykule podano.


[1] Przyp. R. Sikory: Oczywiście: czysto teoretycznie, bo nie cała energia kinetyczna pędzącego jeźdźca przekazywana jest przez kopię. Z tej prostej przyczyny, że kopia albo się złamie (tak być powinno), albo wyrwie ją rycerzowi z dłoni. Żaden człowiek nie przeniesie swoim ramieniem takiej energii. Prędzej wyrwałoby mu bark.
[2] Przyp. R. Sikory: Wystarczy zresztą popatrzeć na chronologię wydarzeń. Kusze i rycerstwo przez kilka setek lat współistniały, aż w końcu w zachodniej Europie kusze wyparte zostały przez broń palną, a rycerstwo feudalne przez zaciężną kawalerię (w zbrojach). A u nas rycerstwo (bo husaria była rycerstwem i tak się zresztą nazywała) istniało jeszcze dłużej, kiedy już kusze dawno odeszły do lamusa.
[3] Przyp. R. Sikory: Tu się zgadzam, że tych wojen aż tyle nie było. Ale nie bagatelizowałbym ich wpływu na ilość „turków“, którą tą drogą pozyskiwano. Weźmy choćby bitwę pod Chocimiem 1621. Po zakończeniu działań wojennych, w których żadna ze stron nie rozbiła drugiej, zezwolono na handel. Wtedy to, zdaniem mołdawskiego szlachcica „kupowało wielu Polaków tanio konie tureckie, namioty; Turcy od Polaków sukno i pistolety“. Po bitwach pod Chocimiem 1673, Wiedniem 1683 i drugiej bitwie pod Parkanami 1683 r., tych koni też sporo udało się zagarnąć. Natomiast zgadzam się, że jest to nic w porównaniu do handlu, który miał miejsce w normalniejszych czasach. Taki Wilhelm Baeuplan, francuski inżynier w służbie polskiego króla, pisał nawet, że wszystkie konie husarskie sprowadzano z tureckiej prowincji Karamania, znajdującej się w Anatolii. Przesadzał, bo choćby po rejestrach, które pozostały po husarzach, widać, że posiadali oni różne konie, a nie tylko „turki“. W każdym razie owych „turków“ musiało być całkiem sporo, skoro Baeuplan taką uwagę poczynił. Tak więc z całą pewnością, w kilkusetletniej historii naszych kontaktów z Imperium Osmańskim, handel dominował nad łupami.
[4] Przyp. R. Sikory: Dariusz Wielec odnalazł dzieło opublikowane w 1839 roku (Stanisław Łyszkowski "Poradnik hodowli i weterynaryi dla ziemianina czyli Najnowsze teoretyczne i praktyczne prawidła hodowania, rozmnażania, ulepszania i pielęgnowania zwierząt domowych, osobliwie koni […]". Można je ściągnąć tutaj: http://www.dbc.wroc.pl/dlibra/doccontent?id=3279&dirids=1 ), w którym autor posługuje się określeniem rassa („Rassą nazywamy rodowitość jakiego bądź zwierzęcia domowego, lub charakter od pierwotnego rodzaju czyli szczepu pochodzący i stale okazujący się w bliższych i dalszych jego pokoleniach.“) i twierdzi, że widział ostatnie egzemplarze „rassy konia polskiego“. 

18 komentarzy:

  1. Przerazajace musialo byc zwlaszcza to wolne podejscie husarii i fakt, ze ostrzal przeciwnika malo co robi. Bylem we wtorek w wesolym miasteczku i jezdzilem m.in. na kolejce gorskiej. Zauwazylem, ze przed najstraszniejszymi momentami prawie wszystkie kolejki zwalniaja niemal do zatrzymania. Poteguje to niepokoj i zapewnia wiekszy "kontrast" emocjonalny. Zapewne husarzy wykorzystywali podobny "chwyt" psychologiczny.

    OdpowiedzUsuń
  2. Wiesz moze co robil husarz gdy jego kon zostal zabity w trakcie szarzy a sam jezdziec sie nie poturbowal zbytnio? Szarzowal dalej (za glownym szykiem oczywiscie) na piechote, czy wycofywal sie od razu po nowego konia nie czekajac na chwilowa "przerwe" w bitwie?

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. "Pamiętniki" Paska i parę innych źródeł nie pozostawiają w tej mierze wątpliwości: tak "spieszony" kawalerzysta robił co mógł, żeby jak najszybciej z powrotem dosiąść jakiegoś konia.

      Usuń
  3. no to życzę, szybkiego powrotu do zdrowia! dobrej pogody i pysznej szklanicy złotej lochy!

    ja już swój wirusowy rodzinny armagedon mam za sobą

    OdpowiedzUsuń
  4. Ciekawe, że archeologicznie tak mało się zachowało ze szkieletów koni. Pewnie na klej i mączkę kostną zostały przetworzone, albo inaczej wykorzystane. Zebrałam się do czytania "Sztuki jeździeckiej" Ksenofona, wstęp przydługi, i potem różne wyjaśnienia też, ale wynika z tego jasno, że konia historycznego starożytnej Grecji trudno jest naukowo odtworzyć. Wyobrażenia na wazach, rzeźby, itp., to wszystko pozostawia wielkie pole do domysłów. Bo nie ma żadnej pewności, że są to przedstawiania realistyczne.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Jak chodzi o wyniki badań archeologicznych tak, jak je przestawił prof. Pospieszny podczas wykładu (jak pójdziesz do szkołki pani dr Jodkowskiej, sama go poznasz pewnie...) - to ja nie umiem tej informacji zinterpretować. To znaczy - wiem z Czapskiego, że były "swiejki", a Pospieszny to potwierdza kośćmi.

      Jednak, czy z tego wynika, że NIE BYŁO żadnych innych koni - czy raczej, że inne z jakiejś przyczyny NIE PRZETRWAŁY w wysypiskach śmieci (bo, co wydaje się najprostszym wyjaśnieniem - były bardzo nieliczne..?) - tego stwierdzić nie jestem w stanie. Specjalista od archeologii średniowiecza byłby potrzebny - a i to nie wiem, czy nie musiałby się konsultować (bodaj z kimś, kto się zajmuje historią gospodarczą tej epoki...).

      Co do przedstawień plastycznych koni - sprawa jest sporna. Historycy sztuki, z którymi też zdarzało mi się na ten temat dyskutować, na ogół się upierają, że są to przedstawienia wierne.

      Nie mam wątpliwości, że ukazana jako ilustracja powyżej chuda szkapina, była malowana z natury - bo kto i po co miałby wymyślać taki węzełek z mięśni i ścięgien, kompletnie walorów dekoracyjnych pozbawiony?

      Ale te wszystkie po barokowemu okrągłe, obfitych grzyw, ogonów i bujnych kształtów wierzchowce pod różnymi wodzami - to już mniej mi się widzą realistyczne. No choćby przez to, że tak są do siebie, jeden w drugiego - podobne...

      Usuń
    2. Coraz bardziej mam ochotę pójść do tej szkółki. A konie, oraz inne trudne elementy obrazów, bardzo często były kopiowane z ksiąg z wzorami i szablonami.

      Usuń
  5. Pasek w swoich pamiętnikach pisze, że to co go najbardziej na wojnie zdziwiło to:

    1. Nieskuteczność broni palnej - opisuje sytuację gdy chorągiew wyjechała wprost na piechotę rosyjską, która oddała salwę z najbliższej odległości i na kilkuset konnych trafionych zostało bodajże czterech.

    2. Bardzo duże straty w koniach, które były przyczyną zaniechania przez niego wojaczki. Nie było go stać na dalsze koni nabywanie.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ad. 1. Przyjmuje się, że aby skutecznie wyeliminować jednego wroga z walki przy pomocy broni palnej - trzeba było wystrzelić tyle ołowiu, ile ów wróg ważył. Co się zresztą aż tak bardzo nie zmieniło i później - z tym, że szybkostrzelność wzrosła, więc szybciej osiągano ten poziom...

      Ad. 2. Przy czym - choć to bywało bardzo różnie w różnych kampaniach - straty "bojowe" zarówno wśród ludzi, jak i wśród koni - to było tylko kilka procent "strat ogółem". Przeważały choroby i kontuzje wynikłe ze zbyt intensywnego użytkowania koni w marszu, ich przypadkowego i nieadekwatnego karmienia i braku odpoczynku.

      Usuń
    2. Bardzo charakterystyczne dla polskiej szkoły wojennej było też siekanie po nadgarstkach. Gdzieś czytałem w jakiś wspomnieniach wojaka, że jak dotarł na polę wygranej już bitwy ze Szwedami w czasie potopu, to leżały tam setki ucuętych rąk, trzymających jeszcze pistolety czy rapiery, a trupów było mało.

      Usuń
  6. Dziękuję za bardzo wartościowi tekst. Jak zawsze - czyta się świetnie.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dziękuję za komplement, ale jest on nietrafiony. Gdyby ten tekst był dobry - ktoś by go kupił. Tymczasem - żadna z redakcji, do których go wysłałem, nawet nie raczyła odpowiedzieć...

      Czyżbym był "zapowietrzony"..?

      Usuń
  7. Czy pan jeździ konno? Czy tylko tak sobie teoretyzuje. Bo widzi pan ja biorę udział w rehabilitacji chorych dzieci z wykorzystaniem tych zwierząt ( Hipoterapia) więc coś tam jednak z tymi końmi mam do czynienia i to różnych ich ras ,kalibru , temperamentu . I powiem panu tak . Żaden Konik polski, Zemaituka daleko nie pojedzie, czy tylko raczej przejdzie się pod ciężarem mężczyzny w średniowiecznej zbroi ,broni do tego kropierz, ladry ,labry itp . Oczywiście że bogate średniowieczne rycerstwo i arystokracja używała bardzo ciężkich rosłych koni w typie shire czy boulonnais ( i takie powinny brać udział w rekonstrukcjach historycznych nawiązujących do okresu średniowiecza). Bo inne małe koniki po prostu by nie podołały wyzwaniom ówczesnego pola walki . Kuce służyły do przemarszów a w klasycznym uderzeniu rycerstwa ciężkie konie z obfitymi szczotkami pęcinowymi jak z obrazów Albrechta Dürera . Były bardzo drogie i nie stanowiły szczególnie licznej populacji. Co nie którzy jeszcze nie wyleczyli się z kultu angloaraba który nie jest szczególnie leciwym produktem hodowli. Lub myślą że w Polsce tylko rasy orientalne( szczególnie arabska) w boju wykorzystywano. Tymczasem średniowieczne rycerstwo europejskie koniem arabskim gardziło dosiadając konie Rotaller.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Oczywiście, że sobie teoretyzuję, a do żywego konia nigdy w życiu bym się nie ośmielił podejść, bo strach!

      I dlatego każden jeden dureń, któren Dürera z Wilhelmem Bękartem miesza - może mi dowolne bzdury zarzucać...

      Usuń
  8. Niestety już pod Waterloo francuscy cuirassier nie dali rady ustawionym w czworoboki angielskim piechurom. Co udowodniło tylko tezę że konne formacje to w zasadzie mogą jeszcze istnieć i być skuteczne jako dragonia .

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. No popatrz, a jakoś nikt, nawet sami Anglicy, tej rzekomej przewagi piechoty nie dostrzegli tak od razu..?

      Usuń
  9. Trochę się pan mija z prawdą . Wiedza o hodowli koni w okresie np I rzeczpospolitej jest dość duża i dobrze udokumentowana. Sporo koni pochodziło z importu. Wystarczy tylko zadać sobie trochę trudu i zapoznać się z istniejącymi dokumentami historycznymi w tej tematyce.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. To proszę przestać pierdzielić głupoty i udowodnić mi, że się mylę - albo przytaczając konkretne dane albo najlepiej, samemu je opracowując i wydając "Historię konia staropolskiego". Na pewno będzie to bestseler!

      Czapskiemu się nie udało. Pruskiemu się nie udało. Ale cóż Czapski, cóż Pruski - przy anonimowym durniu z internetu..?

      Usuń

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...