czwartek, 28 marca 2013

Dlaczego rząd woli nowe samochody (oraz wegetarian i pedałów)..?

Nie zaliczam się do fanów motoryzacji. Wręcz: unikam tego rodzaju wiedzy (a jeszcze bardziej – praktyki…), z doświadczenia wiedząc, że z połączenia mojej obuleworęczności i samochodowych mechanizmów, łatwo dojść może do katastrofy.

Nasza "Wendi" w akcji - ciągnąc naszą chatkę na lawecie...

Gdyby jednak ktoś mi zaproponował zamianę mojego Patrola GR Y60 z 1991 roku na najnowsze Infiniti QX56 prościutko ze Stanów – zaśmiałbym mu się w twarz.[1]

Patrol "Safari" z 2013 roku, znany też jako Infiniti QX56 - gówno z błyszczącym lakierem, moim zdaniem...

Natomiast zamiana na starszy jeszcze model – taki z łańcuchem zamiast paska klinowego – to wcale nie byłby taki głupi pomysł w naszych warunkach. U Mistrza Dębskiego jeden taki, używany przez myśliwego do ganiania po lasach, ponad 30-letni weteran się serwisuje – i jestem pod wrażeniem jego prostoty i wytrzymałości.

Model 4W61 z lat 50-tych

Nie znam „Patrolowca“, który by się ze mną w tej materii nie zgodził. Kolejne generacje tych kultowych terenówek są coraz gorsze. Najczęściej podnosi się takie wady jak samonośna karoseria (przy ciąganiu przyczepy – po kilka latach szlag ją trafia, toż wszystkie naprężenia idą „w blachę“…), przekombinowany układ elektroniczny (jak mawia znajomy – w starym Patrolu wystarczy młotek, śrubokręt i para rajstop, żeby zawsze dojechać do najbliższej cywilizacji – w nowym, jeśli cokolwiek się stanie, można tylko dzwonić po autoryzowany serwis i odmawiać litanię…: i jest to prawdziwa prawda – ostatnio przecież, dotoczyłem się samodzielnie do warsztatu, mimo dziury wielkości pięści w przewodzie łączącym chłodnicę z pompą wody – nowy samochód w ogóle by nie zapalił przy takiej awarii!), nadmierną, ogólnie, komplikację samej maszyny (coraz więcej elementów  to coraz wyższa zawodność – nawet, jeśli są to elementy dobrej jakości: tu rządzi statystyka…).

Oczywiście, nie od rzeczy jest też i to, że prawdziwy hipster nie zbliży się nawet do czegoś tak pospolitego i łatwo dostępnego, jak samochód prosto z salonu – na stare Patrole trzeba już w tej chwili prawdziwe polowania z nagonką urządzać, tak bardzo rynek jest z tych modeli „wyczyszczony“.

Podejrzewam, że całkiem podobnie reagują właściciele starszych wersji Volkswagenów czy Fordów. Nie mówiąc już o tych naiwniakach, którzy dali sobie wmówić samochód, hmm… romański? Koleżanka z mojej dawnej pracy nabyła w salonie Renault. Okazało się szybko, że zamiast 5 litrów na 100 km, pali średnio 25. Po wielomiesięcznym bujaniu się z różnymi szczeblami korporacyjnej biurokracji, autoryzowany serwis orzekł, że dzieje się tak z winy nabywcy: bo zamontował sobie radio – nie w autoryzowanym serwisie…

Tymczasem rząd nasz z podniesioną głową, wzrokiem jasnym i czołem spokojnym oświadcza nam, że „będzie robił co w jego mocy, aby import starych samochodów zahamować“. Bo woli, aby Polacy jeździli drogim i zawodnym złomem wprost z salonów.

Większość tego drogiego i zawodnego złomu wprost z salonów nie jest nawet montowana w Polsce – potęgą motoryzacyjną przecież w żadnym razie nie jesteśmy. Owszem – nowe samochody są droższe, więc rząd więcej zarobi na VAT-cie, akcyzie i podatku od czynności cywilnoprawnych, niż przy sprowadzaniu aut używanych. To jest jeden z powodów, dla których rządy (na całym świecie!) wolą nowe samochody od używanych.

Drugi powód jest prozaiczny: nawet, jeśli nie mamy sami wielkiego przemysłu motoryzacyjnego, to oddziały zagranicznych koncernów, a nawet dilerzy samochodów (reklama na Dworcu Centralnym w Warszawie w brzmieniu: „Warszawa – miastem dilerów…“ już nie pamiętam jakiej marki – wprawiała mnie w dobry humor przez wiele miesięcy…), to wielkie firmy. Stać ich na lobbying, jeśli nie polegający na wkładaniu „fruktów“ bezpośrednio do kieszeni tego lub owego minista – to przynajmniej: na utrzymywaniu wielkich rzesz (pracujących zresztą najczęściej „za darmo“ i w błogiej nieświadomości, komu tak naprawdę służą…) durnych „ekologów“, protestujących przeciw „emisjom“ – podobno większym ze starych, niż z nowych samochodów (jeśli nawet to prawda – to i co z tego..?).

Tymczasem „przedsiębiorstwa“ pośredniczące w ściąganiu z Zachodu samochodów używanych – to niemal wyłącznie drobne i bardzo drobne biznesy. Nikt nie zauważy, jeśli znikną. A że z dnia na dzień przybędzie może pół miliona, może milion – nowych bezrobotnych..? Ot – niespodzianka

Jak Państwo widzicie – kompletnie olewam najczęściej przez „rząd“ podnoszone argumenty: że nowe samochody są bezpieczniejsze od starych – i że produkcja nowych samochodów daje tzw. „miejsca pracy“. Oba są zwyczajnie nieprawdziwe. Przynajmniej: w Polsce są nieprawdziwe…[2]

Jak to się dzieje, że nawet tak solidna firma jak Nissan – produkuje coraz gorsze samochody?

Dzieje się tak WŁAŚNIE DLATEGO, że rządy na całym świecie – wolą nowe samochody od starych. Gdyby nie dyskryminacja używanych samochodów – ceny nowych musiałyby spaść. Tańszy musiałby też być serwis nowych samochodów – a firmom nie opłacałoby się tworzenie skomplikowanych i zawodnych konstrukcji, jeśli miałyby na poważnie konkurować z (tanio) remontowanymi samochodami używanymi.[3]

Prawdopodobnie polski rynek samochodowy jest zbyt mały, aby cokolwiek zmienić w tej sytuacji – nawet, gdyby któryś z kolejnych polskich rządów postanowił wycofać się z tego szaleństwa (które, za pomocą tzw. „norm emisji“, a też i różnych norm technicznych – nabrało już rangi co najmniej jewrosojuznej…). Wielkie firmy dalej tworzyłyby drogie, skomplikowane i zawodne samochody – przeznaczone na rynek niemiecki, amerykański czy japoński, które o kształcie światowej motoryzacji decydują.

Na najbardziej ogólnym planie tej analizy, sytuacja jest niemal beznadziejna. Jak pisałem przedwczoraj – w komentarzach – praktycznie wszystkie rządy na świecie uwikłały się w rodzaj błędnego koła, polegającego na mnożeniu długów po to, aby korumpować i demoralizować populację, którą kontrolują. Rosnące długi wymagają koniecznie wzrostu PKB – przynajmniej: wzrostu nominalnego (bo tylko dzięki temu – gdy udział nominalnego długu w nominalnym PKB nie rośnie zbyt szybko – można pożyczać dalej…).

Wszystkie rządy na całym świecie zatem – dyskryminują te branże, które do wzrostu PKB się nie przyczyniają, albo przyczyniają się w sposób „niedostatecznie widowiskowy“. Jak na przykład drobnotowarowe rzemiosło (funkcjonujące często w tzw. „szarej strefie“, więc do PKB zliczane tylko szacunkowo) czy drobnotowarowe rolnictwo. Takie branże trudno opodatkować, a ich „produkt finalny“, niezależnie od jego jakości – zwykle dużo lepszej niż produkcja seryjna – w małym stopniu zwiększa zdolność rządu do pożyczania pieniędzy.

Nie jest prawdą, że „gadżeciarstwo“, „konsumpcjonizm“ – to WYŁĄCZNIE skutki ludzkiej słabości. A przynajmniej – nie u konsumentów JEDYNIE należy tej słabości szukać. Bodziec do takich zachowań, stwarzają bowiem rządy – gdyby nie tworzone przez nie prawa, wielkie korporacje nigdy nie dałyby rady w takim stopniu narzucić swojej strategii marketingowej (drogi, skomplikowany i zawodny produkt, który często się wymienia) – ponieważ produkcja rzemieślnicza czy rolnicza, byłaby dla nich realną konkurencją, wymuszającą prostotę, trwałość i niskie ceny.

Prawdziwą podłością jest, że rządy i korporacje dla napędzania swojej „machiny sprzedaży“ – używają najczęściej ludzkich emocji. Świnia zaszlachtowana i rozebrana przez rolnika na podwórzu – jest na pewno „brudna“, „pełna zarazków“, a w ogóle „mordowanie zwierząt to zbrodnia“. Tymczasem przemysłowo produkowany kotlet z genetycznie zmodyfikowanej soi – to przecież „kwintesencja naturalności, zdrowia i dbałości o środowisko“…

Tak samo, jak rządy wolą nowe samochody, bo dzięki ich sprzedaży mają wyższe dochody i więcej mogą pożyczyć – tak też wolą wegetarian kupujących (wbrew temu, co sami twierdzą – zresztą, czy ktoś się przejmuje tym, co twierdzą notoryczni idioci..?) głównie wysokoprzetworzoną żywność produkowaną przez wielkie koncerny. Wolą też singli od małżeństw (potrzeba więcej mieszkań, więcej sprzętu AGD, więcej mebli, więcj – marnowanej często – żywności…), a w ostatecznym rachunku – „pedałów“ od „heteryków“ (taki „pedał“ generuje same korzyści dla rządu: podatki płaci, pracuje – a żadnych niemal kosztów – nie wymaga przedszkola, szkoły, czy szpitala dla dzieci, których nie ma…).

Wcale nie twierdzę, że takie zachowanie rządów – na całym świecie – to spisek, przejaw „New World Order“, czy efekt działania różokrzyżowców. To jest zwykła operacja księgowa, konsekwencja budżetowego realizmu – takiego samego na całym świecie, bo wszędzie na świecie ludzie wierzą w tę samą bajkę: że „dobry“ rząd winien się o nich troszczyć i przekupywać.

Ponieważ nie ma takiego rządu, który nie chciałby być kochany przez swoich poddanych – wszystkie rządy jak jeden mąż spełniają to, co obiecywały: dbają o poddanych, korumpują ich, spełniają ich zachcianki. A że przy okazji, twarda rzeczywistość ekonomii powoduje, że ten sam, „dobry“ rząd, zmuszony jest w praktyce zabijać swoich poddanych (zmuszając ich do używania gorszej jakościowo żywności, oszczędzając na leczeniu czy infrastrukturze), zmniejszać ich płodność i robić zamęt w głowach..?


[1] Ale gdyby ktoś z Państwa postanowił przetestować moją prawdomówność i zaproponował mi taką wymianę – ależ, proszę badzo! Z góry oświadczam, że się zgodzę. Tyle, że taką „zabaweczką“ prosto z salonu przejadę się tylko raz – na giełdę w Słomczynie. Powinno starczyć na spłatę wszystkich naszych długów – i kupno nowego „starego“ Patrola…
[2] Zresztą: nie tylko w Polsce. Co niby dobrego dla bezpieczeństwa ruchu drogowego wynikłoby z tego, że po takiej awarii, którą miałem pół roku temu – komputer odciąłby mi zapłon? Stałbym na środku krajowej 7-ki aż do przyjazdu pomocy drogowej, czego w nocy z 1 na 2 listopada – raczej nie należy spodziewać się szybko. A tak – sam zwolniłem zajęty pas ruchu i nikomu nie szkodząc, ani nikogo nie budząc – grzecznie podstawiłem się pod bramę warsztatu…
[3] Ostatnio miałem też okazję zaobserwować w praktyce, jaki skutek ma obowiązkowe OC na rynek napraw samochodów. Otóż – mimo, że usterka samochodu pana Kawy, którego stłukłem trochę 6 tygodni temu, realnie nie była warta i 500 złotych – ŻADEN warsztat w okolicy nie podjął się naprawy za mniej niż 2000. Dlaczego? Dlatego, że 500 złotych to bym wysupłał z własnej kieszeni. Ale z mojego OC pan Kawa mógł pociągnąć – i pociągnął: 2000. Tylko skończony idiota zatem, remontowałby mu samochód za mniej…

9 komentarzy:

  1. Tak samo jest z Jeepami. Ja swój koniec końców sprzedałam - naprawa, OC, przegląd by nas w tym momencie dobiły. Ale następnego Jeepa tez kupię z tych starszych. Bo tam jak coś się zepsuło na trasie zawsze mogłam sobie poradzić i dotoczyć do warsztatu. A w nowym - masakra! No i wytrzymałość nie ta. I tylko można się modlić, żeby ten durnowaty rząd nie wprowadził znowu jakiegoś kretyńskiego prawa, które by nam uniemożliwiło jeżdżenie tym, czym chcemy!
    Asia

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. a jaki model miałaś, bo ja właśnie przed zakupem Jeepa jestem (kozaczki już Kobiecie kupiłem)

      Usuń
  2. jeśli chcesz docenić swój stary samochód, kup sobie nissana navare. jeśli przeżyjesz wystarczająco długo (kilka tygodni od wyjazdu z salonu wystarczy), to od razu odszczekasz wszelkie "ale" na stary. psuje się wszystko, łącznie z tym, co nigdy o możliwość popsucia byś nie podejrzewał. ceny napraw są kosmiczne, do tego powtarzalne jak zachody słońca. jeśli przeżyjesz pierwsze wyprzedzenie przez pake na lekko śliskiej nawierzchni, lub po prostu zakręcie. no i jeśli nie dostaniesz zawału ze złości jak nie wyjedziesz z pierwszego lekkiego błotka "super terenówą".

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Doceniam mój stary samochód, oj doceniam!

      Usuń
  3. Podobnie jest z maszynkami do golenia. Stare, na zyletki sa w uzytkowaniu duzo tansze i lepiej gola, ale producenci nie sa w stanie na nich zarobic tyle, bo patenty juz firmie Gilette wygasly. Dlatego wiekszosc facetow goli sie plastikowym szmelcem z gadzetami typu wibrator.

    OdpowiedzUsuń
  4. Skoro o samochodach mowa, proponuję rzucić okiem, jakie są kryteria wyboru pojazdów wojskowych w kraju granicznym NATO:
    http://www.altair.com.pl/news/view?news_id=9841

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. To jest właśnie powód, dla którego coraz trudniej być współcześnie publicystą, a nawet - kabareciarzem.

      Gdybym coś takiego napisał na blogu - Państwo byście się śmiali, albo potraktowali to jako kolejne niedorzeczne "opowieści dziwnej treści" - jak to zwykł mój przyjaciel z Warszawy określać.

      A to przecież - jakkolwiek absurdalnie nie brzmi - prawda...

      Usuń
  5. Pierniczenie o emisji spalin, że jakoby stare samochody miałyby tego syfu wyrzucać z siebie więcej można z powodzeniem między bajki włożyć. Przykład stanowią "nasze" trzy Skody-starowinki (najmłodsza jest z 1989 roku). Może nie mają lśniącego lakieru, znaczy najmłodsza nie ma, bo jeszcze na nowy lakier nie nazbieraliśmy (i długo w obecnej sytuacji nie nazbieramy), za to dwie starsze wyglądają, jak prosto z salonu, ale za to są niezawodne w każdej sytuacji (już dwa razy zdarzyło się, że hamulce działały bez przeszkód mimo pękniętych na pół bębnów, a raz jeździliśmy sobie spokojnie nieświadomi na pękniętej półosi, a z rozpitolonym niemal doszczętnie silnikiem przejechaliśmy prawie 1000 km) i dowiozą pasażerów i ich dobytek zawsze do celu można mieć pewność niezachwianą. Do tego bajecznie tanie części i nieziemsko niskie zużycie paliwa (max. 5 l na 100 km z pełnym, rycerskim obciążeniem) dopełnia obrazu nędzy i rozpaczy (nie)rządu.
    Nie kupię samochodu prosto z salonu. Nie stać mnie na to. Nawet, jakby było mnie stać na zakup, nie zdołałabym utrzymać tak koszmarnie drogiego środka lokomocji, gdzie byle zaślepka kosztuje kilkaset złotych, a na wizytę w serwisie trzeba zapraszać żyrantów.
    Do tego bezpieczeństwo takiej starej Skody niechcący przetestowałam, kiedy w wyniku wypadku mieliśmy wirówkę na świeżej przecince w lesie. Nam się nic nie stało, za to auto mimo tej masakry nie połamało się, utrzymało bryłę i nie pozwoliło, by cokolwiek z zewnątrz, czy wewnątrz zrobiło nam krzywdę.
    A emisja? Proszę wybaczyć, ale emisja wszystkich trzech staruszek (mimo braku katalizatorów, elektroniki, komputerów pokładowych sterujących mieszanką paliwa) plasuje się na poziomie wybornym, czym zwykle doprowadzamy do konsternacji pracowników stacji diagnostycznych. Reszta podzespołów też ma się nadzwyczaj dobrze i przechodzi wszystkie wymagane testy śpiewająco za każdym razem, mimo upływu lat.
    I - odchodząc od tematu motoryzacyjnego - zdecydowanie wolę zapłacić komuś więcej pieniędzy i otrzymać ręcznie wykonany przedmiot, bądź sama go wykonać, bo wiem, że coś takiego będzie trwałe, posłuży mi długo, a nie rozpadnie po tygodniu używania. Już nawet ilość wydanych pieniędzy (np. na "markowe" ubrania) nie idzie w parze z jakością, jak to miało miejsce jeszcze w latach 80. ubiegłego wieku.
    I nie, nie będę dawała zarabiać koncernom, kiedy mam inne możliwości. Koncerny są bzie i nie umieją traktować ludzi, jak ludzi. O. ;)

    OdpowiedzUsuń
  6. Znajomy mechanik na pytanie: "panie jakie auto mam kupić , takie do pięciu lat" Odparł:" ŻADNE! To wszystko już na placu fabrycznym jest złomem. Masz Pan piętnastoletnie auto i trzymaj się Pan go. Co, źle się panu jeździ? Jeszcze nie jesteśmy serdecznymi znajomymi żebyś Pan musiał wymieniać auto. I na pewno przy obecnym pańskim aucie nimi nie zostaniemy, bo przy tym aucie za często mnie Pan nie odwiedzasz, a ci z nowymi to prawie tu już mieszkają".

    OdpowiedzUsuń

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...