poniedziałek, 18 marca 2013

Anegdotki życiowe i wsiowe

Zacznijmy od tego, że nasz domowy koćkodan chyba jednak wreszcie postanowił nas uwolnić od swojej (mocno, chwilami, co przyznaję - irytującej) osoby. Jak do tej pory trzymała się, mimo wieku, prosto i dumnie - tak dziś: nie chciało się jej wyjść na mroźny, pogodny poranek - to wlazła do wanny, z oczywistym zamiarem ulżenia tam swoim potrzebom fizjologicznym. Porwałem ją co prędzej na ręce, co by wyrzucić za drzwi - ale już się nie mogła powstrzymać. I zostałem, w efekcie, obszczany...

Dobrze, swoją drogą, że bardziej ja, a mniej podłoga: perskich dywanów, ani dębowych parkietów co prawda nie mamy, ale Lepsza Połowa, która codziennie tę naszą podłogę do czysta pucuje, miałaby prawo się wkurzyć!

Ale - starzejemy się, starzejemy... Słyszał ktoś o pieluchomajtach dla kota..?

Mroźny, pogodny poranek, wyglądał tak:


Jak wygląda szczający na ręce koćkodan, przez litość pokazywał nie będę...

Wczoraj za to, odwiedzili nas nasi przyjaciele z Warszawy, którzy są na etapie poszukiwania "własnego miejsca pod słońcem". Ponieważ sfinalizowanie transakcji w tym miejscu, które sobie już pod koniec zeszłego roku upatrzyli, ślimaczy się, za przyczyną skomplikowanych spraw spadkowo - geodezyjnych - to wykorzystują ten czas na poszukiwanie innych opcji.

Inną opcją mogło być ewentualnie to gospodarstwo, o którym dowiedziałem się od pomocnego człowieka, który użyczył mi łopaty, bym mógł się wykopać z zaspy, w którą wpadłem onegdaj 19 lutego, po sławetnym skasowaniu Kawy.

Mogłoby, gdyby nie jeden szczegół...

Otóż - jak sobie nasi przyjaciele rozmawiali z pomocnym człowiekiem przez telefon, to pomocny człowiek przyznał, że na siedlisku mieszka sobie jego teściowa na razie - ale, jak się dogadają co do ceny, to ją stamtąd zabierze.

Ledwośmy wsiedli na pokład Honckera naszych przyjaciół, a pomocny człowiek zaczął opowiadać, jak to niedobrze jest starych ludzi przenosić na nowe miejsca. Jak to uradzili rodzinnie, że się z tego gospodarstwa 1500 czy 2000 metrów wydzieli, wraz z domem, i tam sobie starowinka zostanie. No - ile tam gmina będzie sobie życzyła, czy 1500 wystarczy, czy jednak trzeba będzie trochę więcej...

W zasadzie - można go było już w tym momencie wysadzić z samochodu i wracać do nas na wódkę - ale pojechaliśmy dalej przez wrodzoną uprzejmość.

I tu następuje clou tej anegdotki: teściowa - opowiada pomocny człowiek - poczciwości kobieta, na pewno nie będzie przeszkadzać, a że leczyła się psychiatrycznie..?

No i wszystko jasne...

Było dupę o to gospodarstwo w ogóle zawracać?

Zresztą - domek dość paskudny (jedyna jego zaleta, że na wysokiej podmurówce - choć drewniak, taki sam jak nasz, tyle że jeszcze grubszą supremą obity...). Pomysł, żeby nasi przyjaciele urządzili sobie na razie mieszkanie w tzw. "letniaku", który zresztą już się mocno na bok pochylił - zaiste, godny jest uwiecznienia! Jedyny zdrowy i porządny budynek to w miarę nowa stodoła (cóż, gdy eternitem kryta...).

Ciekawe, kiedy pomocny człowiek zorientuje się wreszcie, że gospodarstwo z teściową na dokładkę - jest niesprzedawalne..?

Na koniec zaś - dwie anegdotki zasłyszane w sobotę w Skaryszewie.

Anegdotka pierwsza. Przychodzi młody człowiek do konfesjonału i mówi: proszę księdza, popełniłem straszny grzech - ale bardzo się wstydzę... Ksiądz: mów, ja przecież nikomu nie powiem!
- Naprawdę ksiądz nikomu nie powie?
- No przecież!
- Proszę księdza, ja miałem przyjemność z kobyłą...
- O, żeby cię święta ziemia nie nosiła..!
- Nie nosiła, stałem na hołoblach...
- Żeby cię słońce nie oglądało..!
- Nie oglądało, ogon na głowę zarzuciłem...
Anegdotka była tak a propos pomysłu przemianowania konia na "zwierzę towarzyszące" (przez aklamację zgodziliśmy się, że jednak wolimy towarzystwo żon, albo sąsiadek, względnie - mężów lub sąsiadów...).

Anegdotka druga. A propos bajędy o "pojeniu koni wodą z cementem, żeby były cięższe przed sprzedażą na rzeź". Jak to powiedział pewien hodowca (TEŻ z Białostockiego, podobnie jak w pierwszym przypadku - ich autokar się zepsuł, spóźnili się, to i więcej dowcipu mieli na koniec obrad...): jak ktoś opowiada, że konie poi się wodą z cementem - to widać sam pije wodę z gipsem zamiast brać viagrę...

25 komentarzy:

  1. Niestety sama rozmawiałam kilka tygodni temu z facetem, które hoduje zimnokrwiste i miał problem z padnięciem klaczy po zakupie.
    Okazało się, że ten, który mu ją zhandlował rzeczywiście ją czymś napasł "na wagę", co później wykazała sekcja. Sprawa znalazła się w sądzie, ale sprawa toczy się już długo, a tu ani konia ani kasy.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Proszę dokładnie tego faceta wypytać. Anatomicznie bardzo trudno jest nakarmić konia czymś, czego on zjeść nie chce. To nie gęś! Brudnej wody żaden koń nie wypije, tym bardziej - wody z cementem. To bzdura.

      Owszem, pospieszne tuczenie koni wiąże się z poważnym ryzykiem i bardzo łatwo może doprowadzić do śmierci konia. Ale nie z powodu betonu w żołądku - tylko np. z powodu zbyt wielkich dawek ziarna (zwłaszcza ziarna ZBYT ŁATWO STRAWNEGO: pszenicy, żyta...), użycia - smacznej dla koni i chętnie przez nie jedzonej, ale skrajnie ryzykownej z uwagi na możliwość pęknięcia żołądka pod wpływem nagłej fermentacji, gdy jest nieświeża - sianokiszonki.

      Zdarza się też, że różni domorośli "znachorzy" faktycznie podają koniom przy pomocy sondy dożołądkowej rzeczy wcale do konsumpcji nie przeznaczone - np. zużyty olej na kolkę...

      Ale to są incydenty - i mowy nie ma, aby koń - chociażby właśnie przy pomocy sondy żołądkowej - napojony cementem - przeżył dłużej niż kilka godzin. Więc - to by się od razu wydało, a tym samym - nie ma sensu jako rzekomo "sprytyny sposób na zwiększenie wagi konia"...

      Usuń
    2. Zresztą - to naprawdę oczywista bzdura jest: podanie koniowi sondy żołądkowej to nie jest hop - siup. Nie zrobi się tego dla kaprysu czy ot tak.

      Tymczasem - żołądek konia ma niewielką, w stosunku do jego masy objętość. Wszystkiego - kilkadziesiesiąt litrów.

      Więc: skomplikowana, trudna operacja - po to, aby zwiększyć wagę zwierzęcia o kilka procent..? Przy czym - OD RAZU - będzie widać, że koń jest chory, a po kilku godzinach - nieuchronnie padnie.

      Dajcie spokój...

      Usuń
    3. No Jacku wypraszam sobie w imieniu gęsi!!!! Gęś także nie zje byle czego a te w hodowlach są zmuszane na siłę . Pozbawmy się stereotypów :)

      Usuń
    4. Ale gęś jesteś w stanie "spacyfikować" sama jedna i nie używając środków farmakologicznych.

      Podanie sondy dożołądkowej koniowi w pojedynkę jest w ogóle niemożliwe, nawet po uprzedniej sedacji. A bez "głupiego jasia", tylko np. z dutką - wymagałoby chyba z pół tuzina tęgiego chłopa.

      Jak policzyć, że każdemu trzeba pół litra potem postawić - to nie umiem sobie wyobrazić, żeby takie oszustwo mogło być dla kogokolwek, gdziekolwiek i kiedykolwiek - opłacalne...

      Usuń
    5. Na anatomii, fizjologii i żywieniu akurat znam się ;)
      To na pewno nie był ten słynny cement, a właśnie ziarno. Nie wypytywałam o szczegóły wiem tylko, że takie zajście miało miejsce. Facet jest gdzieś z północy, okolice Giżycka dość daleko jak na moje interesy hodowlane, ale mogę jeszcze zdobyć na niego namiary i dopytać o szczegóły.
      Żołądek żołądkiem, to że akurat on jest mały nie znaczy, że cały przewód pokarmowy ma małą pojemność.
      Sprzedaż zwierząt na wsiach no niestety wygląda jak wygląda. Chyba jest mniej uczciwych ludzi niż tych którzy chcą dobrze zarobić. Czasem aż dziw bierze, że robi się takie rzeczy. Standardem jest pojenie bydła ciepłą wodą przed przyjazdem ciężarówki z wagą która odbiera na rzeź. Znam jednak człowieka, który poszedł tu dalej zwiększając wagę krowy o kilkadziesiąt kilogramów przez wlewanie wody do żwacza. Fantazja ludzi jest nie ograniczona ;)

      Usuń
    6. Weź pod uwagę, że tego bloga czytają jednak głównie laicy. Którzy skłonni są wierzyć w ów mityczny cement. Zostawiając zatem enigmatyczny komentarz o tym, że "coś podano" - sprawiasz wrażenie, że ja tu bzdury opowiadam, bo Ty "sama znasz faceta", którego koniowi rzeczywiście ów "cement podano".

      Tak więc: proszę konkretnie i dokładnie. Skoro ziarno, to nie cement. Owszem - skończyło się to źle, dla powodów, które pokrótce opisałem. Ale nie był to cement. Cement to mit - kłamstwo, inaczej pisząc.

      Usuń
    7. W sondach dla koni mało się orientuję, ale jest to nie wiem czy nie jedyny gatunek do którego uprawnienia ma wyłącznie wet. Konie ogólnie są wyjątkowo traktowane. Teraz związek ma organizować kurs inseminacji, ale weterynarze mają tu dość duży monopol. Są ludzie, którzy robią kurs zagranicą, a później nie mogą wykonywać zabiegu w Polsce, bo nie są lek wet.

      Usuń
    8. Nie jestem entuzjastą tego rodzaju administracyjnych ograniczeń. Jednak, układ pokarmowy konia - jest po prostu bardzo "niewdzięczny" dla wszelkich operacji. Spuścizna ewolucji: w przeciwieństwie do przeżuwaczy, konie zawsze muszą być gotowe do szybkiego biegu, więc nie mogą się obciążać wielką ilością pokarmu do strawienia, a przecież - jedzą ten sam, ciężko- i wolnostrawny, bogaty w celulozę pokarm, co krowy.

      W efekcie, układ pokarmowy konia, to miejsce, gdzie relatywnie najczęściej dochodzi do różnych "awarii", a sam sposób jego ułożenia w ciele - nie ułatwia tym zwierzętom życia. No - niezbyt się to Naturze udało...

      Ale też, właśnie dlatego - trudno konie hodować "metodą przemysłową" - więc ich mięso jest względnie "najbliżej natury".

      Usuń
    9. Konkretnie: z uwagi na tzw. "podniebienie miękkie" w gardzieli konia, sondę do żołądka można podać tylko i wyłącznie przez nos. Potrzeba przy tym naprawdę doświadczenia i wyczucia, żeby ta rurka faktycznie poszła przez nozdrze do przełyku, a nie - zawinęła się w jednym z "wroków powietrznych", które koń ma w twarzowej części czaszki.

      Oczywiście, operacja ta nie budzi entuzjazmu u zwierzęcia. Lekarz robi to z zasady pod znieczuleniem. I nawet w takim wypadku - potrzeba współpracy co najmniej dwóch ludzi: jeden podaje sondę, a drugi trzyma zwierzę, aby zminimalizować ruchy głowy.

      Z pewnością są tacy "znawcy", którzy lekarzami weterynarii bynajmniej nie będąc, mimo to potrafią skutecznie podać sondę do żołądka konia - i to, zapewne, nawet bez znieczulenia (co wymaga całej, dobrze zgranej i silnorękiej ekipy...). Jest to jednak umiejętność już w tej chwili na wsi bardzo rzadka. W mojej okolicy prznajmniej - takiego "znachora" nigdzie nie ma. Kiedyś był, już o nim na blogu opowiadałem - ale nie dorobił się następcy...

      Usuń
    10. Zabieg ten jest wykonywany wyjątkowo ostrożnie bo zamiast do przełyku można wsunąć rurkę do tchawicy i wlewając płyn utopić konia na stojąco .Pani doktor wet upewniała się dobre 10 min czy rurka oby na pewno jest w żołądku nim koniowi wlała leczniczą miksturę.

      Usuń
    11. Są sprawy o których się nie śniło nawet znawcom,a są możliwe, nawet jeśli nie chce się uwierzyć to warto brać pod uwagę pewne możliwości.
      To tak jak z tym dogmatem, że koń nie wymiotuje, a tu przy pewnych okolicznościach i to jest możliwe.

      Usuń
    12. Jest, jest. Jak pęknie żołądek. Treść żołądkowa wtedy nosem wychodzi. I trzeba co prędzej dobić - bo nic już się innego nie zrobi.

      No chyba, że masz jakieś genetycznie zmodyfikowane egzemplarze, z odmiennie zbudowanym wejściem do żołądka..?

      Usuń
    13. Oj nie tylko ;)
      Proszę pomyśleć o tym jakie mogą być wyjątki tej reguły...

      Usuń
    14. ... wiem każdemu człowiek to wydaje się nieprawdopodobne, a jednak jest możliwe.

      Usuń
    15. U zdrowego konia o prawidłowej budowie anatomicznej?

      Nie umiem sobie wyobrazić.

      To nie trzymaj nas w niepewności w takim razie...

      Usuń
    16. u zdrowych nie, ale łykowy może mieć szczęście w nieszczęściu i przeżyć

      Usuń
  2. U autorytetu od sterydow wyczytalem o pakerze, ktory dokarmial swoja zlota rybke dianabolem (pokruszonymi tabletkami). Urosla taka duza, ze pokonala pozniej karpia koi (nie wiem jakiego duzego).

    Co mozna by zbadac, to skarmienie zwierzecia monowodzianem kreatyny - popularnym suplementem dla sportowcow. U ludzi 4 dawki po 5g przez 3 dni powoduje przybranie kilku kg ( glownie wody) i to w dodatku ta woda odklada sie w miesniach.

    OdpowiedzUsuń
  3. Jest pewna metoda zwiększenia masy ciała konia przez zatrzymanie wody. Masa wzrasta nawet o 10-20%. Metoda ta prowadzi do śmierci zwierzęcia w ciągu kilku tygodni po zastosowaniu. Nie będę pisał jaka, żeby ktoś się nie dowiedział i tego nie zrobił. Metodę tą stosowali kiedyś Cyganie dość powszechnie. Szczególnie w przypadku starszych, wychudzonych konie efekt jest niesamowity w bardzo krótkim czasie.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ojciec mi opowiadał. Chodzi o wpychanie siana przez odbyt, prawda? Złośliwa jestem, że to piszę, wiem. Ale żaden porządny człowiek by tego nie zrobił. A bydlę dowie się tego z innego źródła niż blog pana Kobusa.

      Usuń
    2. Naprawdę..? Trudno mi sobie coś takiego wyobrazić. Konie mają naprawdę potężną tłocznię brzuszną - skurcz prostnicy potrafi złamać rękę weterynarzowi podczas badania rektalnego. Tak więc, wiecheć siana wepchnięty do odbytu zostanie po prostu wypchnięty na zewnątrz przy pierwszej defekacji - i tyle.

      A jak się tego siana nawpycha więcej, to łatwiej o rozerwanie prostnicy i szybką śmierć zwierzęcia - niż o spowodowanie zatrzymania wody w organiźmie. Przecież woda jest wchłaniana z treści pokarmowej właśnie w jelicie grubym - jak niby, jego uszkodzenie, miałoby zatem zatrzymać wodę..? Prędzej odwrotnie - uszkodzone ścianki jelita grubego przestaną wchłaniać wodę i koń się odwodni...

      Usuń
    3. Nie znam się na tym, piszę, co mi ojciec opowiadał, a on z kolei słyszał od kogoś, kto miał do czynienia z Cyganami.

      Usuń
    4. Bzdura z tym sianem. Podaje się coś dogębowo, coś co zwiększa pragnienie i zatrzymuje jednocześnie pracę nerek. Nerki wysiadają i koń pada, ale wygląda jak młody Pudzian.

      Usuń
    5. Też tak sądzę. Skądinąd, "załatwienie" nerek nie jest takie trudne. Starczy walnąć uderzeniową dawkę azotu. Hmm: co ma dużo azotu, na tyle dużo, żeby wykończyć nerki - a jednocześnie: pobudza pragnienie..?

      Usuń
  4. Brzmi to wszystko makabrycznie...

    OdpowiedzUsuń

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...