poniedziałek, 4 lutego 2013

Specjalizacja i dywersyfikacja

Z „teoriami spiskowymi“ na ogół jest tak, jak z astrologią i wiarą w ufoludki: ponieważ świat jawi się nam jako mętny, niezrozumiały i wrogi – szukamy prostych, często nazbyt prostych wyjaśnień, dzięki którym wrogość świata, lubo wcale nie mniej groźna – przynajmniej da się nazwać, a przez to już – oswoić.

Nie na darmo pisał Mistrz Herbert (przepraszam, ale mam fazę…):

Szczęśliwy święty Jerzy
z rycerskiego siodła
mógł dokładnie ocenić
siłę i ruchy smoka

(…)

Potwór Pana Cogito
pozbawiony jest wymiarów

trudno go opisać
wymyka się definicjom

jest jak ogromna depresja
rozciągnięta nad krajem

nie da się przebić
piórem
argumentem
włócznią

Oczywiście tylko idiota („pożyteczny idiota“?) twierdzi, że „żadnych spisków nie ma“. Spiski istnieją. Jak już dawno temu pisałem – wiedząc doskonale o istnieniu wielu spisków – nie wierzę, póki nie ma na to dowodów, w istnienie Wielkiego Spisku („the Conspiracy“). Wynika to z brzytwy Ockhama. O ile bowiem „spiski drobniejszego sortu“ – znakomicie tłumaczą rzeczy, które w innym wypadku wymagałyby wyjaśnień nieprawdopodobnych przez swą komplikację i zamotanie – o tyle „Wielki Spisek“ sam w sobie jest koncepcją tak skomplikowaną – że aż niewyobrażalną. Tym samym, moc wyjaśniająca tej koncepcji – zbliża się w granicy do zera. Nie można wyjaśniać nieznanego przez nieznane!



Wyjaśnijmy tu na początek pewien drobiazg. To, że „zawodowi działacze“, „zawodowi obrońcy zwierząt“ czyli, innymi słowy, kadrowy personel różnych fundacji zaangażowanych m.in. w akcję „Stop Skaryszew“ utrzymuje się z datków, które te fundacje zbierają – to oczywista oczywistość. Śmiesznym w ogóle jest twierdzić, że mogłoby być inaczej.[1] I dlatego – nie tylko nie boję się żadnego „procesu o zniesławienie“, a wręcz – uważłbym takie oskarżenie za wielką frajdę. A nuż, przy okazji – jakaś gazeta albo nawet telewizja: napisałaby o co mi chodzi..? Warto zaryzykować! Daleko nie szukając: kim byłby Hitler, gdyby nie proces po (nieudanym przecież!) zamachu monachijskim..?

Natomiast co do kwestii podnoszonych w filmiku, który podesłała mi koleżanka z forum Re-Volta.pl: sprawa jest, niestety, dużo trudniejsza od strony dowodowej. Wspomnianego akapit wyżej Hitlera (ale także, i to – w tym samym czasie! – Niemiecką Partię Komunistyczną…) sponsorowały niemieckie browary. Miały w tym oczywisty interes – podczas partyjnych spotkań, wypijano hektolitry piwa. Dotacja na partyjny budżet była zwrotem zaledwie części osiąganego w ten sposób zysku.

Jednak, żeby coś takiego udowodnić, o ile zainteresowani sami się tym nie pochwalą – trzeba mieć dostęp do dokumentów. Teoretycznie mogłoby sprawę rozstrzygnąć, w trybie nadzoru nad „fundacją pożytku publicznego“ Ministerstwo Pracy i Polityki Społecznej. Czemuś wątpię, aby mu się chciało.

W każdym bądź razie – dowodów na to, że fundacje organizujące akcję „STOP Skaryszew“ są inspirowane, czy też wspierane, przez wielkie korporacje produkujące „syntetyczną żywność“ – brak. Jeśli ktoś takie dowody posiady, to bardzo serdecznie proszę się nimi z szeroką publicznością podzielić – choćby tutaj, udokumentowane doniesienie tego rodzaju, z całą pewnością opublikuję.

Tego rodzaju wsparcie nie musi mieć zresztą zaraz charakteru finansowego! Dużo ważniejsza jest np. przychylność me®diów. A czy ktoś może wątpić w to, że tzw. „me®dia głównego nurtu“, więc wszystkie trzy główne stacje telewizyjne (od kilku dnia za cholerę nie mogę się dodzwonić do koleżanki z WOT…) i wszystkie główne dzienniki i tygodniki – „na 100%“ popierają właśnie to – jakże jednostronne i wypaczone – stanowisko..?

Moim zdaniem, co prawda – istnieje prostszy „wspólny mianownik“ dla jednego i dla drugiego ruchu, tj. zarówno dla szeroko rozumianego ruchu „zielonych“ – jak i dla chciwości wielkich korporacji z sektora żywnościowego. Tym „wspólnym mianownikiem“ jest po prostu – głupota.

Sam nosiłem się od mniej – więcej tygodnia z zamiarem poddania Państwu pod dyskusję problemu, który niejednokrotnie pojawia się w dyskusjach z moimi sąsiadami. Co jest lepsze? Brać unijne dotacje i (teoretycznie) preferencyjne kredyty – i, zgodnie z unijną polityką – specjalizować się? Czy też – po dawnemu, jak ojcowie i dziadowie – robić po trochu, po mału, ale – wszystkiego?

Młodsi na ogół twierdzą, że skoro dają – to trzeba brać. I budują piękne, nowoczesne obory na mleczne krowy (z wielu praktycznych względów w mojej okolicy specjalizacja w produkcji mlecznej jest właściwie – jedyną dostępną…). Z których co najmniej co czwarta już w tej chwili – stoi pusta i opuszczona, bo ceny mleka od 2004 roku raczej spadają niż rosną – i nawet preferencyjny kredyt coraz częściej kosztuje więcej, niż można od mleczarni za to mleko dostać.

Starsi kręcą na to głowami – i wskazują na oczywiste ryzyko. Rok temu była susza. Poprzednie dwa lata były wyjątkowo wilgotne. To, co się w związku z tym dzieje z cenami zbóż, a także siana i słomy – przypomina wykres temperatury chorego na gorączkę krwotoczną albo inny tyfus. Radek, druh mój serdeczny, od kilku już miesięcy żyje w epoce nie tylko przedinternetowej, ale i przedtelefonicznej – jak coś się od niego chce, trzeba do niego pojechać – bo nawet na rachunek za telefon go nie stać.

Tymczasem, gdyby zamiast 30 mlecznych krów trzymał – powiedzmy – połowę tego, a oprócz tego miał też świnie, kury i co tam jeszcze zwykło się hodować – to nawet tracąc na mleku (które, to trzeba przyznać, ma jedną zaletę niezmiernie istotną – mleczarnia za dostawy płaci co miesiąc… w żadnej innej działce rolnictwa – nie ma tak dobrze!), podratowałby się sprzedażą jajek (w zeszłym roku, przed Wielkanocą, był to przecież hit – osobliwie np. w Czechach, jadąc po Knedlika, specjalnie Petrze foremkę jajek przywiozłem…), czy prosiaka. Byłoby tych pieniędzy sumarycznie może mniej – a i roboty byłoby więcej, bo też i nie byłoby sensu kupować tak dużych i tak wydajnych maszyn – ale, w zamian, JAKIŚ przychód – byłby na pewno. Czego w tej chwili – nikt już „wyspecjalizowanemu“, „nowoczesnemu“ rolnikowi – zagwarantować nie może…

Ogólnie rzecz biorąc, uważam, oficjalnie usankcjonowany przez Jewrosojuz, ślepy pęd do „specjalizacji“ i „utowarowienia“, za trend samobójczy.

Osiąganie „korzyści ze skali“ w rolnictwie jest o wiele trudniejsze niż w przemyśle. Podstawowy „czynnik produkcji“, czyli ziemia – potrafi mieć diametralnie różne właściwości na przestrzeni kilkuset, czy nawet kilkudziesięciu metrów. Zależy to od ukształtowania terenu, jakości gleby, spływu wód – i całej masy innych czynników. Bezrefleksyjnie prąc do coraz to większej skali produkcji – nie sposób tych, drobnych często i, co gorsza, bardzo częstych „skoków jakości“ gleby – uwzględniać. Po prostu podczepia się do Case’a sześcioskibowy pług – i jedzie, aby do przodu! Efekt wcale nie musi być lepszy, niż gdyby w to miejsce popyrkały sobie cztery „trzydziestki“ – każda przygotowując pole pod inny zasiew…

To dlatego właśnie – nigdy w dziejach nie doszło do wyparcia drobnych gospodarstw przez wielkie latyfundia! Zwykle zresztą, gospodarka wielkich latyfundiów była mniej intensywna, a czasem nawet (choć nie zawsze) – ustępowała „uzbrojeniem technicznym“ – gospodarce drobnej. Przewaga latyfundiów leży raczej w organizacji zbytu i kredycie – niż w „wydajności z hektara“.

Oczywiście, wszystko to straci jakiekolwiek znaczenie, gdy już zaczniemy się karmić „mięsem z drukarek 3D“. Znikną wtedy wszelkie różnice do tej pory istniejące między „produkcją żywności“, a „produkcją samochodów“ (na przykład) – a, dokładniej i precyzyjniej: całkowicie zniknie „normalne“ rolnictwo, jako totalnie niekonkurencyjne cenowo w stosunku do „drukarek 3D“. Powróci pierwotna puszcza, zajmując pola przed tysiącem lat wykarczowane ręką, toporem i ogniem piastowskiego oracza…

Tfu! Ale mi się pompatycznie pojechało! Cóż – niektórym, jak wiemy, może się to podobać. Mnie nie. Możecie mnie nazywać prymitywnym wstecznikiem – nie zależy mi.

Przy okazji: telewizja rosyjska podała, że właśnie dzisiaj obchodzimy rocznicę wyprodukowania, w roku 1828, w Ameryce pierwszego… gumofilca! Wtedy jeszcze: z naturalnego, brazylijskiego kauczku. Gumofilce wszystkich krajów – łączcie się!



[1] Ostatnie dostępne na stronie fundacji TARA sprawozdanie finansowe za rok 2009 wskazuje, że fundacja, przynajmniej w latach 2008 i 2009 ponosiła wcale spore „koszty administracyjne“ – głównie na „zużycie materiałów i energii“, więc, jak się można domyślić – np. na utrzymanie biura i materiały biurowe, zaś od 2009 roku zaczęła też wydawać pieniądze na „wynagrodzenia“ – co dyskusję na ten temat zamyka!

Skądinąd – gdzie się podziały sprawozdania za lata 2010 i 2011 – i kiedy można się spodziewać sprawozdania za rok 2012..?

11 komentarzy:

  1. organizacyjny:

    czy ma ochotę abym dodal twoj blog do listy zaprzyjaźnionychna R-O?

    Zrobiłem sobie taki blogroll jak ty po prawej

    w dodychczasowym katalogu (moim i Riannon) już jesteś w takim panelu: http://blogi-konsumenckie.blogspot.com/

    piszę, bo jeśli masz polewkę na takie rzeczy, lub nie masz ochoty to, co mam cie wklepywać

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Żartujesz? Pewnie że chcę. Zauważ, że link do Ciebie stale wisi na moim blogrollu, bez żadnych przerw...

      Usuń
    2. widzę, no i własnie za to teraz chcę podziękować, proponując i wstawiając

      Twój blog wisi u mnie na:
      http://realny-minimalizm.blogspot.com/
      http://blogi-konsumenckie.blogspot.com/

      i teraz na nowym blogrollu na R-O

      pozdrawiam

      Usuń
  2. Widziałam konie z Tary, do nich jako fundacji raczej nic nie mam. Koszty są oczywistą sprawą jeśli konieczne jest zatrudnienie ludzi. Jakoś 2-3 lata temu widziałam, że poszukiwali zootechnika do koni. Wolontariusze to rzecz sezonowa, a jak Pan wie robota przy zwierzętach jest zawsze nie tylko w wakacje i weekendy. Tara mieści się w dość ciekawej okolicy pod względem stosunku tubylców co do takich inicjatyw. Jest to jedna z organizacji, które tam działają, a przy okazji mają świetny kontakt z okolicznymi ludźmi.
    Mimo wszystko nie jestem zwolenniczką zakazu uboju koni jako zwierząt rzeźnych. Dla kogoś może się to wydawać okrutne/obrzydliwe/nieludzkie, ale jeśli zwierze jest zabijane i transportowane przy minimalnym stresie ok. Jednak to co dzieje się na targach żywca końskiego nie powinno mieć miejsca.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ocena tego, czy na targach końskich "dzieje się", czy też "nie dzieje się" - nie jest łatwa, a dla laika - wręcz niemożliwa.

      Jeśli nawet jednak cokolwiek złego "się dzieje" - to drogą do poprawy jest edukacja, pomoc i zaufanie uczestników targu.

      W akcji "Stop Skaryszew" nie ma żadnego z tych elementów. Jest nawoływanie do przemocy, jawna pogarda dla "gumofilców" i eskalowanie emocji - zamiast wiedzy!

      Usuń
    2. Tu się zgodzę, nie można nic generalizować i robić takich akcji na "hura". Nie wiem czy w tym działaniu ma być więcej korzyści ludzi "przeciwnych" złemu traktowaniu zwierząt czy może chodzi jednak o same konie.
      Łatwo jest przedstawić w Internecie skrajnie zły obraz targu i rolników-katów. W sumie to jest przykre, że zaraz wszystkich wrzuca się do jednego worka i oceniać ludzi po butach. Takie patrzenie na cudze obuwie jest niedojrzałe i gimnazjalne, w sumie to jeszcze będąc w gimnazjum (tak jestem z takiego rocznika) sama tak ocieniałam ludzi na tych w glanach/trampkach i adidasach...
      Teraz myślę sobie co też taka Tara czy inna fundacja zrobiłaby gdyby jednak nie było Skarzyszewa, wielkiej produkcji dopłatowych małopolaków i ślązaków, które idą na trasę do Morskiego Oka... ciekawe w jakiej branży znaleźliby zatrudnienie.

      Usuń
    3. "Nadprodukcja" koni "dotacyjnych" to temat na osobne rozważania.

      A o fundacje bym się nie martwił. "Załatwią" sprawę koni - to zajmą się krowami. Albo świniami. Świnie mają takie ludzkie oczy - i tak nimi paczą...

      Usuń
    4. No właśnie te dotacyjne to całkiem ciekawa sprawa. Już nawet niemięsne huculskie odsadki idą na przemiał z braku lepszego zastosowania i łatwości "produkcji" przy niskich nakładach.

      Usuń
  3. Również zwróciłam uwagę na brak sprawozdań finansowych Tary po 2009 roku. Ich brak powoduje, ze moja wyobraźnia pracuje na ich niekorzyść. Zwróciło moją uwagę, że ich działania pt "Stop Skaryszew" w mniejszym stopniu są działaniami na rzecz koni, bo głównie działają przeciw rolnikom. Tak po ludzku - gdyby zależało im na dobru koni, zadali by sobie więcej trudu by przygotować bardziej humanitarne warunki do sprzedaży tych zwierząt: platformy do rozładunku, wodopoje, miejsca do wiązania, zadaszenia, itp. Nie można też zatrzymać krzywdy koni przez zakaz handlu nimi - więcej korzyści przyniosłyby działania oświatowe, a przede wszystkim działania na rzecz rolników i pozyskiwania przez nich większych korzyści z własnej pracy. To wymagałoby jednak wpłynięcia na polityków, by bardziej dbali o nas i gospodarkę w kraju, jak i za granicami. Ponieważ takie wpływy w obecnej chwili są praktycznie niemożliwe (moim zdaniem) Tara skupia się na wytrącaniu możliwości zarobkowania ciężko pracującym ludziom.
    Co zaś do dotacji unijnych+kredyt i monokultur hodowlanych - NIE ma darmowych obiadków! Jeżeli ktoś wyciąga pieniądz po łatwe pieniądze - powinien być czujny. Jeżeli łatwe pieniądze obligują do zaciągnięcia kredytu, to KAŻDY musi mieć świadomość, że dobrowolnie wkłada głowę w sznur. Może niektórym uda się od owego sznura wywinąć, jednak biorąc pod uwagę, że zaciągamy długi w bankach, z których ŻADEN nie jest bankiem polskim, nie możemy się spodziewać, z ich strony działalności dobroczynnej. Takie działania odczuła już Grecja, Hiszpania i Włochy. Dziś nie zdobywa się dominacji w innym kraju czołgami, a bankami!
    Hodowle "mono". Zapytajcie hiszpańskiego plantatora cytrusów, czy ma co jeść? Oczywiście u nas się nie mówi o tym, jak zła jest sytuacja w wymienionych wyżej krajach. Ludzie bywają tam po prostu głodni. Na wsi! Nie dość, że nie ma zbytu na tony owoców, czy warzyw, to nie ma też czym nakarmić rodziny. Nie byłoby tego przy różnorodności hodowlanej - i zbyt małych ilości łatwiejszy, i wyżywienie własnych ludzi także. Czasami trzeba iść małymi kroczkami, ale za to do przodu i z życiem.

    OdpowiedzUsuń
  4. sprawozdanie do ministerstwa odpowiedniego (czyli to samo co na stronę)sklada się za 2012 do końca 2013. czyli czas mają ;)

    polecam fb - ciekawe rzeczy można wyczytać.
    akcja stop skaryszew jest bardzo z założenia szkodliwa. zdenerwuje hodowców i handlarzy, ośmieszy i zrazi do eko-świrów (a przy okazji i do tych "z mózgiem" też). na moje postulaty, że lepiej edukować żeby konie żyły w dobrostanie niż zajmować się dziecinnymi utopijnymi bajkami, przeczytałam, że absolutnie nie - można bić, krzyczeć, ale nie edukować bo to nie jest celem - celem jest eksterminacja...no może nie aż tak, ale całkowity zakaz utrzymywania, hodowania, rozmnażania i oczywiście zabijanie zwierząt. te które już są - wypuścić (natura dokona selekcji które przeżyją) lub przestać rozmnażać żeby wymarły naturalnie. bo takich sadystów co mają zwierzęta nie opłaca się edukować - masz zwierze - jesteś na to za glupi.

    zapytałam także, co jeśli akcja się powiedzie - jeśli działacze, artyści i wszyscy inni którzy stworzą żywą tarczę na drogach (+dzieci zaciskające piąstki w domach)nie dopuszczą do wywiezienia tych iluś tam koni. i co? no wrócą do domów.... tych które je stworzyły aby trafić do tego tira, z tych z których kolejnego dnia znów do tira zostaną załadowane. ale w kolejnym stresie, bez kontroli... nie ma jak niedźwiedzia przysługa.
    i za takie poglądy i za posiadanie kur i koni wraz z dunią zostałam okrzyknięta potworami ze skaryszewa i właścicielem chowu przemysłowego, apotem jeszcze paroma epitetami typu oszołom, okrutny potwór itd ;)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ostrzegam przed "zielonym" ekstremizmem od lat. Cieszę się, że wreszcie (pytanie tylko, czy nie za późno?) ktoś też zaczyna dostrzegać grozę tego rodzącego się, nowego totalitaryzmu...

      Usuń

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...