sobota, 2 lutego 2013

Rozpoznajemy się po gumofilcach!

Wszystkie konie od urodzenia chorują na klaustrofobię. Taka już uroda tego zwierzęcia. Długa praktyka, lub zręczny nauczyciel, może tę fobię, objawiającą się szczególnie intensywnie, gdy zachodzi konieczność wejścia do ciasnej przyczepy, lub na pokład samochodu – zmniejszyć. Zlikwidować końskiej klaustrofobii, z przyczyn natury genetycznej, nie sposób – i dlatego ładowanie konia ZAWSZE jest zajęciem bardzo niebezpiecznym.

Jasnym jest, że ani nawyku wchodzenia do przyczepy, ani wyuczonej umiejętności, nie zdoła nabyć mniej – więcej roczne źrebię, które z założenia jechać transportem ma tylko raz w życiu - ostatni: a roczne źrebięta to podstawa naszego eksportu do Włoch. Ich mięso jest najsmaczniejsze (pisałem zresztą nie tak dawno, że całe szczęście, iż eksportujemy do rzeźni głównie takie konie – gdyby nie to, mielibyśmy w Polsce 300 tysięcy końskich cukrzyków, z zajętymi płucami na dodatek…).

Co można zrobić, aby załadować do przyczepy, lub na pokład samochodu konia, który waży około pół tony (a bywa, że i dwa razy tyle…) – a nader wyraźnie i bez niedomówień pokazuje nam, że wcale do tej ciasnej nory wchodzić nie zamierza?

Tak to POWINNO wyglądać - na luzie. Niestety, nawet w przypadku sporej części koni "sportowych" - wcale tak nie jest. Z naszych koni, tylko nieodżałowanej pamięci Melemahmal można było tak ładować do przeczypy - w pojedynkę i nawet bez żadnej asysty... (Lepsza Połowa poprawia mnie, że Melesugun też teraz tak wchodzi! Pod warunkiem, że to ona ją prowadzi...)

Sposobów jest kilka. Tzw. „metoda służewiecka“ – czyli, inaczej pisząc – „na miotłach“, polega na tym, że zakłada się koniowi worek na głowę (co znakomicie ogranicza jego orientację przestrzenną), po czym z rozpędu gna się miotłami na trap przyczepy. Wymaga to stosownej infrastruktury (długie korytarze i szerokie wrota służewieckich stajni – solidna, przedwojenna konstrukcja! – idealnie się do tego nadają), no i – niejakiego doświadczenia u ładujących.

Wygląda to przeokropnie – i gdyby tak się ktoś pofatygował sfilmować takie „służewieckie“ ładowanie – a potem wrzucił na YT, to gwarantuję, ża zamkną ten cały Służewiec w try miga – i wreszcie będzie tam można wziąć się za poważne biznesy, czyli za deweloperkę. Ups! Kryzys w budownictwie… Całe szczęście.

Wygląda to przeokropnie – ale jest to, tak naprawdę, metoda bardzo bezpieczna – i dla koni, i (co wcale nie mniej ważne – wbrew pozorom…) dla ludzi.

Metoda, którą najczęściej sam stosuję, to – „na lonżę“. Potrzeba do tego od dwóch do pięciu osób i jednej lub (lepiej) dwóch lonży. Lonża to 8-metrowej długości kawał mocnej taśmy, używany jako pomoc na różnych etapach obsługi koni (wyjaśniam laikom – czyli: 99,97% Polaków – jeśli mamy być precyzyjni…).

Najpierw trzeba maksymalnie ograniczyć swobodę decyzyjną konia – tak, żeby miał przed sobą wejście – i żadnych opcji ucieczki na boki. Można to zrobić albo stając w wejściu do stajni (jak w wyżej opisanej „metodzie służewieckiej“) – albo: używając dwóch lonży, względnie – lonży i bata, jeśli brak nam ludzi i sprzętu. W ten sposób da się też ładować w szczerym polu, jest to zatem metoda możliwa do zastosowania także w Skaryszewie.

Robi się to w ten sposób, że przymocowujemy lonże jednym końcem do boków przyczepy – po czym ludzie, trzymający ich drugie końce, mijają się za zadem konia, przekładając mu obie taśmy za zadnimi nogami, nieco poniżej pośladków (trzeba uważać, aby lonże nie zsunęły się za nisko, ani też – żeby nie były zbyt wysoko – należy trafić, mniej – więcej – w środek ciężkości konia).

Obaj ludzie trzymający swobodne końce lonż znajdują się w tym momencie przy bokach przyczepy – przeciwległych w stosunku do miejsca, do którego koniec trzymanej lonży został przymocowany. Lonże krzyżują się na zadzie konia. Kiedy to się stanie – na komendę, obaj „lonżowi“ ciągną. Trzecia osoba potrzebna jest w przyczepie, żeby wciąganego konia nakierować na właściwe miejsce i, gdy już tam wejdzie, przywiązać. Jeśli jest do dyspozycji więcej „siły roboczej“, to czwarta osoba może dodatkowo poganiać konia od tyłu batem, a piąta – przestawiać mu przednie nogi. Jak mamy jeszcze więcej ludzi – dublujemy „lonżowych“.

Proszę bardzo, czegóż to ci zagranicznicy nie wymyślą! Metoda ładowania konia "na lonżach" - na schemacie.

Teoretycznie można to zrobić z jedną lonżą i w dwie osoby, jeśli choć jeden z boków trapu uda się skutecznie czymś zastawić tak, aby koń nie wpadł na pomysł, żeby tam uciekać. Nawet chyba z raz czy dwa tak właśnie udało mi się to zrobić?

Jeśli nie ma do dyspozycji lonży – można ją próbować zastąpić dwoma osiłkami, którzy biorą się za ramiona i podsadzają konia od tyłu. Taki wariant, zasadniczo, udaje się jednak tylko z bardzo spokojnymi źrebiętami lub kucami.

Wszystko to wygląda w miarę łagodnie tylko wtedy, gdy się o tym pisze – bo tak naprawdę, ze względu na bliski kontakt między (czasami – nader zdesperowanym!) koniem a ludźmi – trzeba bardzo uważać, bo o wypadek nietrudno.

Dwa razy w życiu udało mi się załadować konia na przyczepę metodą „na marchewkę“. Przyznaję jednak – że to był czysty przypadek, bo już te same konie, drugi raz się na to nabrać nie dały. Metoda „na marchewkę“ wygląda niezmiernie wręcz humanitarnie, bo polega na tym, że podtykamy koniowi pod pysk coś smacznego i przesuwamy nieznacznie tak, żeby nakłonić do wejścia do środka.

Niestety, zwykle przychodzi taki moment, gdy koń ma już w zadzie podtykany smakołyk, a w głowie – panikę. Wtedy metoda „na marchewkę“ w naturalny sposób zamienia się w metodę „na bacik“ – i kończy się to tym, że jeden człowiek (w sposób nader nieestetyczny i zresztą – nieskuteczny, bo to akurat nic nie daje…) ciągnie konia za pysk, a drugi – jeszcze mniej estetycznie, ale za to, dość często – skutecznie: wali batem po zadzie.

Generalnie, w większości przypadków, można sobie ów „marchewkowy“ wstęp podarować bo, jako się rzekło, koń raz tak załadowany, drugi raz już się nie nabierze.

Walenie konia batem po zadzie MOŻE być szybką i bezpieczną metodą załadunku. Pod warunkiem, że koń nie odda, nie skoczy w bok, nie zwali się z trapu – i nie zrobi miliona innych nieprzewidzianych rzeczy.

Dlatego, jako profesjonalista, ładując do przyczepy konie, których nie znam – preferuję jednakowoż bardziej pracochłonną metodę „na lonżach“.

Rozumiem jednak, że gdy ktoś ma do załadowania nie jednego czy dwa, a kilka dziesiątków koni – ładując je „na lonżach“, mógłby sobie stać od rana do wieczora i wcale nie jest pewne, czy by przed zmrokiem zdążył!

I dlatego ani mnie nie dziwi, ani nie szokuje – że konie w Skaryszewie, generalnie rzecz biorąc, ładuje się do przyczep i samochodów batem i krzykiem. Że czasem któryś się przy tym przewróci, albo spadnie z trapu (tu by bardzo pomogła specjalna rampa do załadunku – Redakcja „KT“ zwróciła mi uwagę, że co roku jeden z czytelników dzwoni i pyta, kiedy wreszcie gmina taką rampę wybuduje..?), względnie – nie trafi we właściwe miejsce. Tak bywa. Postoje dla przyczep po zdecydowanej większości zawodów jeździeckich w Polsce – są widownią zdarzeń nie mniej dramatycznych, a bywa też i, że krwawych. Na szczęście – nikt tego nie filmuje i filmików na YT nie wrzuca: bo by sportu jeździeckiego bardzo szybko zakazano!

Można sobie ułatwić zadanie, podając tzw. „głupiego Jasia“, czyli sedację. Tak będę prawdopodobnie musiał zrobić z Knedlikiem (przecież nie będę nie swojego konia uczył wchodzenia do przyczepy..?). Ale to kosztuje. Bodaj 50 zeta minimalnie? Nie jestem pewien – płaci przecież właściciel konia, nie przewoźnik, więc nie pamiętam.

Ale 50 złotych wydaje się, zwłaszcza przy większej ilości koni, w miarę rozsądną ceną. Może by tak fundacje, zamiast blokować Skaryszew, urządziły kwestę na „głupie Jasie“ dla ładowanych w Skaryszewie koni? Nie mówię, że na stałe – ale, może, jak się rolnicy – tj., przepraszam, teraz się mówi „gumofilce“, tak? – więc: jak się „gumofilce“ przekonają, że w ten sposób ładuje się o wiele szybciej i bezpieczniej – to następnym razem, niektórzy przynajmniej, sami wysupłają na zastrzyk? Trzeba im to jednak pokazać, samym gadaniem – nic tu się nie zdziała.

No i można też konia wchodzenia do przyczepy nauczyć. Staramy się to robić z naszymi końmi – ale, tu muszę się przyznać: wcale nam 100% sukcesu osiągnąć się nie udało.

To, że wiekowa już, gdy ją kupiłem, Dalia wlkp, nigdy nie dała się przekonać do takich brewerii, to w sumie – normalne. Swoje wiedziała, a charakter miała mocny.

Dlaczego jednak poniosłem wcale nie mniejszą porażkę z naszą (póki co) najmłodszą, czyli z Margire?

Niestety: tak to już jest. Monty Roberts się tym nie chwali, ale i jemu zdarzały się w tej materii klęski. Ładując ongiś naszego, od cycka u nas wychowanego i zazwyczaj spokojnego aż do przesady Dara wlkp – dałem sobie urwać palec (potem mi go przyszyli z powrotem…). To dopiero był horror! Cała przyczepa w jusze.

Tak to robi Mistrz. Kiedy koń ZECHCE współpracować...

Na szczęście – nikt tego nie sfilmował…

Opowiadam to wszystko, bo jesteście Państwo – no, może nie aż w tak wielkim procencie jak tzw. „ogół Polaków“, bo jednak koniarze zaglądują tu częściej – w większości laikami.

I w związku z tym – niestworzone rzeczy można Wam wmówić. Chętnych, żeby Wam takie właśnie, niestworzone rzeczy wmówić – nie brak.

Stara, goebbelsowska zasada propagandy mówi: najpierw należy zdobyć „ilościową przewagę“ w mediach. Jeśli ktoś jeden powtarza jakąś wiadomość – nigdy nie jest tak wiarygodny, jak wieść przeciwna, powtarzana przez wiele źródeł. Wiedzą o tym nawet pospolite obszczymurki – jak się tysiąc razy nabazgrze na ścianach, że „Józek jest głupi“ – to w końcu sam Józek zacznie wątpić we własny intelekt, a co dopiero – jego znajomi i rodzina..?

Jestem pewien, że w związku z tym, co tu się od wczoraj dzieje – wielu z Państwa zaczęło już wątpić w moją prawdomówność. No bo przecież, skoro tylu komentujących ma odmienne zdanie, a ja jestem tylko jeden?

Skoro, w dodatku, pokazują takie straszne filmy?

Nie jestem pewien, czy uda mi się w ogóle pojechać w tym roku do Skaryszewa. Mój sąsiad będzie niepocieszony, jeśli tak się nie stanie – ale cóż poradzić? Muszę mieć paliwo – i wolny czas. Jest za wcześnie, abym był w stanie przewidzieć, jak z jednym i z drugim będzie za dwa tygodnie. A jeszcze „po drodze“, jak raz trzeba mi będzie rozwiązać problem ubezpieczenia samochodu (na co chwilowo nie mam pieniędzy – ani pomysłu, skąd je wziąć: zbiórki „na herbatkę“, jak pewna fundacja, przecież nie zrobię…).

Tak, czy inaczej jednak – biorąc pod uwagę bezprzykładną agresję oszołomów od akcji „Stop Skaryszew“, biorąc pod uwagę ich jawną pogardę dla ludzi i zwierząt – którą także i w tych komentarzach dowodnie zaprezentowali – powtarzam hasło, które już na forum Re-Volta.pl rzuciłem: rozpoznajemy się po gumofilcach!

Tu mnie mogą wszyscy nawiedzeni "obrońcy zwierząt", całą swoją "empatią" i "wyższym stopniem rozwoju" pocałować! Przy okazji - chciałbym zwrócić Państwa uwagę na głos rozsądku w sprawie futer...

Skoro dla nich to praktyczne wiejskie obuwie jest obelgą – pokażmy im, że się ich nie boimy, że ich obelgi nie robią na nas wrażenia! Jadąc do Skaryszewa – nie zapomnij o gumofilcach..!

24 komentarze:

  1. Jeśli chcesz chronić "tradycję" czy "cywilizację" (dla mnie brzmi to idiotycznie, bo takie rzeczy powinny się bronić same), to MUSISZ się liczyć ze zdaniem innych ludzi. Pieszczoty pod postacią "całowania się gdzieś" uprawiają właśnie odmieńcy, do których sama mam nadzieję się zaliczać. Przykładowo, jestem przeciwko ubojowi rytualnemu, a wrzaski, że jakieś tam ludy praktykują go od tysiącleci, nie obchodzi mnie. Ty nawołujesz do normalności (czymkolwiek by to nie było), więc powinieneś dyskurs prowadzić inaczej. O ile zależy Ci na DZIAŁANIU. Odmieńcy działają inaczej niż normalni. ;)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. W dalszym ciągu, Bóg wie czemu zakładasz, że WIĘKSZOŚĆ ludzi cechuej "empatia", "wrażliwość" i "wyższy stopień świadomości".

      Otóż: jest to bzdura! Zdecydowana większość ludzi, to ludzie normalni - którzy lubią schabowe, w dupie mają los biednych źrebaczków i cierpienia krów, którym rzeźnik podrzyna gardło na żywca, żeby mogli ich mięso jeść Żydzi i muzułmanie.

      Dlaczego mam się "łasić" do "empatycznych" i "wrażliwych" - skoro nie tylko byłoby to sprzeczne z moimi własnymi poglądami, ale też - nic a nic mi nie daje w sensie "pijarowskim"..?

      Usuń
    2. Nie musisz się łasić do "wrażliwych", ale też nie warto robić sobie wrogów. Nie żyjemy w prawdziwej demokracji - i może nigdy takowej nie było. Żyjemy w lobbokracji. Wygrywa silniejsza grupa nacisku.

      Usuń
    3. Bzdury Waćpanna wypisujesz! Nic tak nie świadczy o człowieku jak jego wrogowie. Ten, kto ma SAMYCH przyjaciół - nie ma ŻADNYCH przyjaciół.

      Wrogów mam wyjątkowo nędznych - i uważam, że bardzo dobrze to o mnie świadczy!

      Usuń
    4. Już będąc 2 razy młodszą (czyli mając lat 16) nie lubiłam filozofii. Między innymi dlatego, że odrywa ludzi od rzeczywistości. Zastępując choćby fakty swoimi subiektywnymi ocenami. Warto wiedzieć, gdzie kończy się rzeczywistość, a zaczyna nasza owej rzeczywistości ocena.

      Usuń
    5. To widać na przykładzie Waćpanny najlepiej. Waćpanna notorycznie wypowiadasz się na tematy filozoficzne - demonstrując zerową wiedzę i tak samo żadną logikę. Byłoby to nawet zabawne, gdyby nie ten czarci upór, który zmusza Waćpannę do tego, by zawsze miała ostatnie słowo - nawet, gdy już nic nie ma do powiedzenia...

      Usuń
    6. Wypowiadam się na temat Dobra i Zła, ale zawsze podkreślam, że piszę "za siebie". Traktowanie idei jak faktów to oznaka głupoty. Podobnie jak przekonanie, że wiemy lepiej od innych, co jest w życiu ważne, o co należy walczyć, co jest słuszne, etc. Mądrzy ludzie wiedzą, że poglądy to nie wiedza. Nie należy tego mylić.

      Usuń
    7. "Za siebie", to możesz co najwyżej zdecydować, czy wolisz pomidorową, czy rosół. Twój światopogląd jest pełen logicznych sprzeczności - i tylko fakt, że Twoja niewiedza pozwla Ci tego nie dostrzegać, daje Ci jakiekolwiek podstawy do dobrego samopoczucia...

      Usuń
    8. Ciekawe, ja bym mogła napisać to samo o Tobie. Ale rozumiem, że rządzą Tobą emocje.

      Usuń
    9. PS. Bardzo proszę, nie stawiaj na równi filozofii (lub etyki) z naukami typu matematyka czy biologia. Co prawda mnóstwo ludzi jest przekonanych, że ich ideologiczne zasady to tylko i wyłącznie... zdrowy rozsądek, i że zdołają przekonać do nich innych, stosując jakieś z a ł o ż e n i e . Problem w tym, że inni mają własne założenia. :)

      Usuń
    10. Jak raz to właśnie w matematyce aksjomaty są całkowicie dowolne - a tylko metoda wnioskowania już nie...

      Usuń
    11. A czy nie wynikają stąd, że pewnych działań nie dałoby się przeprowadzić bez aksjomatów? Np. zakaz dzielenia przez zero ma sens.

      Tak samo np. w grze z go - bez nienaruszalnych zasad gra w pewnym momencie by utknęła.

      Natomiast byle chłopek roztropek może pierdzielić o tym, co dobre, a co złe, gdyż wszelkie założenia są podważalne. Oczywiście Ty możesz uznać, że zachowanie gatunku jest absolutnie konieczne - ale dla Wszechświata nasza zagłada to żadna strata.

      Usuń
    12. No i w tym momencie można by powiedzieć: "Kira idź się powieś, bo dla wszechświata to jeszcze mniejsza strata..." Ale nikt mądry tak nie mówi, jak i nikt mądry tak nonszalancko nie zgładzi w wypowiedzi całej ludzkości... Ciekawe dlaczego, Kira?

      Usuń
  2. Zaskoczyłeś mnie - nasze i znajome konie nie miewały problemu z ciasnymi przestrzeniami - swobodnie wchodziły w wąskie furtki, część z nich była wiązana w wąskich otwartych boksach... Przy wchodzeniu do przyczepy jak dla mnie problem stanowił dźwięczący głucho trap i podłoga - na ten odgłos automatycznie się cofały. Pomagało wysypanie grubo słomą, w środku żarełko - w trudniejszych przypadkach doświadczony koń już stojący w przyczepie dzielonej lub przynajmniej jego łeb widoczny w bocznych drzwiczkach i żrący marchewki :D

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Moje wlochate tez problemow zadnych nie maja, problem ma wylacznie folblutka ;) Wlochate wchodza jak po sznurku, a nigdy nie byly uczone.

      Usuń
    2. Wasze i znajome konie winny zatem co roku pielgrzymować na Jasną Górę w podzięce za takich właścicieli, którzy pozwalają im się aż tak wyluzować...

      A przez boczne drzwiczki przyczepy to jeden znajomy koń wyszedł. Zostawiając swoją skórę w środku...

      Usuń
  3. Worek to nie metoda sluzewiecka Jacku, worka uzywa sie wszedzie na swiecie. A najmniej wlasnie na Sluzewcu...

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Nie spieram się. Ale w praktyce spotkałem się z tym tylko na Służewcu.

      Zresztą - zadziałało bez pudła, sprawnie i naprawdę - bezpiecznie!

      Usuń
  4. Pakowanie do przyczepy - temat wielu mrożących krew w żyłach opowieści... ech...:)
    Wiem jak to jest wozić cudze konie i że czas to pieniądz ale czasem 10 czy 20 straconych minut może dać olbrzymie efekty w przyszłości. Oczywiście o ile właściciel sobie tego życzy (bo mnie też wszystko jedno czy koń wejdzie sam, czy z workiem na głowie - o ile wprowadzi go sobie w ten sposób sam właściciel).
    Bo nie jest sztuką zapakować konia do przyczepy. Każdy prędzej czy później wejdzie, trzeba mu tylko na to pozwolić i dać szansę. A że z reguły pakowaniu towarzyszy pośpiech, to koń najczęściej tej szansy nie dostaje. Bo konie nie tyle cierpią na klaustrofobię, co po prostu boją się czegoś co jest nowe i nieznane (jak np. przyczepa), a - jak napisałem wcześniej - nie dostają możliwości zapoznania się z nowym i nieznanym, bo przecież trzeba szybko pakować i jechać.
    Nie jest również sztuką zapakować konia wymienionymi przez Ciebie Jacku metodami. Raz, może dwa razy. Ale koń aż tak głupi nie jest i każdy kolejny raz będzie trudniejszy. Poza tym co w nagłej sytuacji (np. wyjazd do veta) kiedy nie ma marchewek, lonż, worków, mioteł, stada pomocników?
    Ale jak już wspomniałem na wstępie - sztuką nie jest sama nauka pakowania czy wprowadzania. To naprawdę jest proste (nauczenie źrebaka żeby SAM wchodził do przyczepy zajmuje kilkanaście do kilkudziesięciu minut, w przypadku dorosłego konia wiele zależy od tego z jakimi "metodami" i przeżyciami koń spotkał się wcześniej).
    Sztuką jest sama podróż, bo nawet mając monitoring w przyczepie nie ma się wpływu na to co te kilkaset kilo żywego mięsa zrobi w środku. Dlatego o ile warto poświęcić odrobinę więcej czasu na to, żeby "kofany koniś" bez problemu wchodził do przyczepy i stał w niej spokojnie, o tyle przy pierwszych podróżach warto pomóc sobie zastrzykiem czy pastą. Obojętnie czy bardziej zależy nam na "dobru konia" czy na całości naszej przyczepy:)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Polemizowałbym - o tyle, że spotkałem w praktyce takie egzemplarze, którym krzywdy nikt nie robił, a jednak - zdecydowanie miały w tej materii inne zdanie.

      Aczkolwiek, istotnie, koniec końców - 90% koni wchodzi. I 90% DA SIĘ nauczyć wchodzenia bez stresu. Tyle, że zdecydowana większość właścicieli ma to... w nosie.

      Natomiast nic z powyższego nie ma związku z umownym "Skaryszewem" - o tyle, że rzeźnych koni, raczej się wchodzenia do przyczepy nie uczy...

      Co się tyczy samej podróży - to już jest moja sprawa, żeby tak jechać, aby pasażerowi nic się nie stało. I zdecydowanie więcej mam do powiedzenia o stanie polskich dróg i kulturze polskich kierowców - niż o "głupich pomysłach" samych pasażerów. O ile jedzie się zgodnie z zasadami sztuki!

      Usuń
  5. Nic wspólnego ze Skaryszewem nie ma bo i mieć nie miało. Akurat, czytając Twój blog myślę, że w tej kwestii mamy podobne poglądy i zdanie zarówno na temat wszelkiej maści zielonych aktywistów jak i ogólnego dobrostanu koni. Dlatego polemizować nie zamierzam:)
    A wracając jeszcze króciutko do kwestii technicznych - naturalnie, że siedząc za kółkiem wszystko jest w Twoich rękach (poza stanem dróg i kulturą o której wspomniałeś). Konie to jednak niewdzięczny ładunek, bo nawet przestrzegając skrupulatnie owych "zasad sztuki" jedyną rzeczą na którą nie masz żadnego wpływu są właśnie "głupie pomysły" pasażerów...
    Ok, już nie zaśmiecam wątku swoimi bazgrołami nie na temat. Z zainteresowaniem natomiast będę śledzić wpisy Twoich adwersarzy:)

    OdpowiedzUsuń
  6. Witaj Jacku!
    Też myślę, że nawiedzeni i empatyczni należą do mniejszości. Zajrzałam na stronę Twoich "wrogów"... egzaltowane panienki, masz rację.
    I czuję się obrażona za gumofilce! Dla mnie to symbol ciężkiej, niewdzięcznej i bardzo ważnej pracy.
    Powodzenia! (ale nie zacietrzewiaj się tak strasznie ;))
    Czy Lepsza już wyzdrowiała?

    Justyna

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Lepsza Połowa już lepiej, ale wciąż kiepsko - a jutro będzie musiała sama sobie ze sprzątaniem pod wiatą poradzić...

      Usuń
  7. Moje konie już w większości nie mają problemu- jakoś je nauczyliśmy. Gumofilców - nie mam niestety, nie było mojego rozmiaru.

    OdpowiedzUsuń

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...