piątek, 8 lutego 2013

O żesz..!

Lepsza Połowa próbowała uwiecznić kataklizm, który nas spotkał w ciągu ostatnich kilkunastu godzin in statu nascendi - ale był już wieczór i robiło się ciemno:



a mnie dzisiaj rano, tradycyjnie, nie udało się uchwycić w tej nagłej, niespodziewanej i nader niemiłej dla nas bieli - wystarczających kontrastów, abym mógł Państwu ładne zdjęcia zapodać. I już miałem na tym poprzestać - gdy równie nagle i równie niespodziewanie, za oknem zrobiło się słonecznie...

Więc, jeszcze raz, od początku:

jeszcze 24 godziny temu - był tu nasz plac do jazdy, a w dalszej perspektywie - sadzik i nieużytki...


Na samochodzie (choć, swoją drogą, specjalnie go ruszyłem już popołudniu, gdy - wydawało się - połowa śniegu już spadła: pojechałem do sklepu po pączki...) najlepiej widać, ile tego białego łajna spadło: jakieś 40 cm. W ciągu mniej - więcej 12 godzin...

widać też na dachach i daszkach

na naszej szklarence i płocie ogródka

i w ogóle wszędzie...

znany już widok - w innej tym razem aranżacji - bardziej zawadiackiej!
i nowy obiekt porównawczy - mój pieniek do rąbania drewna (fakt, że jest mało imponujący - ale sam go zrobiłem, a tu w okolicy po prostu nie rosną drzewa tak grube, żeby się z nich dało "normalny" pieniek zrobić...).
aktywność ruchową naszych czterokopytnych przyjaciół minionej nocy - widać w tych warunkach jak na dłoni, nieprawdaż..?

Ten niespodziewany powrót słońca, skłonił je do wyjścia spod wiaty, gdzie rankiem twardo się dekowały:





A teraz uwaga! Coś dla wielbicielek i wielbicieli telenowel. Love story prościutko spod wiaty:
daj buzi...
no daaaj...
ale dlaaaczego nie..?
leve, leve...
love, love, love...

I pomyśleć, że już za jakieś trzy miesiące - będę ich musiał rozdzielić... No cóż: miejmy nadzieję, że potomstwo skutecznie odwróci uwagę damy - a kawalera się znieczuli "Głupim Jasiem" - i jakoś to rozstanie przeżyje..?

No i znowu, drugi raz pod rząd, nie pokazuję Państwu Najmłodszej. Ale to właśnie jest prawidłowość - bo gdy inne konie wychodzą, ta się właśnie rozgaszcza pod wiatą, przy sianie - i nie mam sumienia jej wyganiać tylko dla jakiejś tam fotki.

Od rana, kiedy to zrobiłem te zdjęcia, pogoda zdążyła się popsuć i znowu poprawić. Białe łajno topi się na potęgę. Nocą, kiedyśmy słodko spali, Sołtys, nasz Dobrodziej - odśnieżył nam drogę do wsi:
Lepsza Połowa wykopała cały system transzei, umożliwiających komunikację między kluczowymi punktami gospodarstwa. A ja wywiozłem spod wiaty cztery i pół taczki guana (mniej niż zwykle - ale pewnie sporo łajna białe łajno przykryło) i, na wszelki wypadek - trzeci raz w tym roku odśnieżyłem dach wiaty dla koni. Pokonując akrobatycznym sposobem przewieszkę powstałą na skutek zbyt krótkiej drabiny...

Taka mała zemsta losu za to, że dawno na koniu nie siedziałem - i dupa coraz cięższa.

Ale potrzebne jest nam to białe łajno jak... no dobra - nie będę używał słów powszechnie uważanych za wulgarne. Zobaczymy jutro lub w niedzielę, jak trzeba będzie po belkę siana do Zaprzyjaźnionej Stodoły pojechać...


8 komentarzy:

  1. aż mi się zimo zrobiło dobrze że u mnie tak nie ma brrrrr Wybacz ale jedno zdjęcie sobie skopiowałam na pulpit bo piękne masz te konie :D

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. To niesprawiedliwe! Przecież wcale nie masz do mnie tak daleko! Ja też nie chcę tego białego łajna, aaaa...!

      Co do zdjęcia - ależ proszę bardzo. Które Ci się spodobało, jeśli wolno zapytać? Bo niektórzy twierdzą, że nie umiem fotografować koni...

      Usuń
    2. hehhehe a no widzisz mnie białe łajno ominęło :) a zdjęcie pierwsze z love story spod wiaty :) piękne :)

      Usuń
  2. Czy Knedlik będzie musiał wyjechać?

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. No będzie musiał.

      Po pierwsze - przecież nie mogę pozwolić, żeby krył własne córki (a mam nadzieję, że jakieś córki przecież mi po nim zostaną..?).

      Po drugie - wprawdzie nie spodziewam się kłopotów, ale mimo wszystko - ogier pętający się przy małych źrebiętach to nie jest tak do końca bezpieczne. Rezerwatem w Popielnie nie dysponuję, przestrzeń, choć duża, jest ograniczona - lepiej zmniejszać ryzyko, niż je zwiększać...

      Po trzecie - dwa sezony krycia jednym ogierem (w dodatku młodym i nie sprawdzonym wcześniej) - to już w zupełności wystarczy. W przyszłym roku pora na zmiany. Pewnie - przy pomocy inseminacji...

      Usuń
    2. Z tego co czytałem u Ciebie (seria koni Najczcigodniejszego), to inbreed się stosuje również u koni achałtekińskich. Dlaczego nie chcesz kryć tym ogierem jego córek? Czy po prostu by to przeszło wymagana jest lepsza znajomość genetyki, czy jak? Czy może Knedlik jest nosicielem jakichś genów, które przy kryciu wsobnym by dały niepożądane rezultaty?

      Usuń
    3. To by był incest. Kiedyś byłem niewzruszenie pewien, że tak robić nie należy, trochę mi tej pewności ubyło - ale, jako tradycjonalista, tradycji sprzeciwiać się nie zamierzam.

      Stosuje się krzyżowanie krewniacze np. pomiędzy przyrodnim rodzeństwem (po jednym ojcu) - albo, gdy konie dzieli więcej niż jedno pokolenie (dziadek z wnuczką).

      Powinno jednak być do tego jakieś uzasadnienie. Np., gdy chce się "powtórzyć" jakiegoś wybitnego osobnika, albo możliwie zbliżyć do jakiegoś ideału.

      W tym przypadku popełniając incest próbowałbym "skopiować"... samego Knedlika! Bo nie jest on z żadną z naszych kobył na tyle blisko spokrewniony, aby mogło chodzić o któregoś z odleglejszych przodków.

      A Knedlik jest bardzo fajny i szczerze go kochamy - ale niczym się przecież do tej pory nie wyróżnił...

      Rozsądniej jest, o ile uda się doprowadzić do tego, że kobyły "wejdą w rytm" - tj, oźrebią się i zaraz z powrotem zajdą w ciąże, które utrzymają - spróbować na przyszły rok zdobyć możliwie najlepsze nasienie.

      Usuń
    4. Oj jaka szkoda ( dla klaczy ), w końcu naturalnie, to jednak milej i przyjemniej niżeli szprycą.

      Usuń

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...