wtorek, 12 lutego 2013

Nie ma „postępu“!

Przynajmniej – jak chodzi o obyczaje, moralność czy też tzw. „duchowy rozwój“ człowieka. Zresztą – naprawdę jeszcze dajecie się na tę bajkę nabierać? POMIMO tego, że „duchowi“ guru zachwalają i sprzedają swój towar tak samo, jak prezenterzy sprzedaży bezpośredniej maty do masażu czy garnki? Dzieci z Was…

W toku wzrostu naszej cywilizacji, zachodzą jednocześnie dwa powiązane ze sobą zjawiska. Jako zbiorowość „mądrzejemy“ o tyle, że zwiększa się nasza homeostaza względem zakłóceń pochodzących od środowiska naturalnego (nie straszna nam już susza czy gradobicie – jak nie udadzą się plony w jednym miejscu, przywieziemy skądinąd – nie straszne nam srogie zimy… no – różnie z tym bywa, sami wiecie…).

Jako jednostki – tracimy autonomię. Paleolityczny łowca – zbieracz był uniwersalny w stopniu niemal doskonałym. Prawie wszystko, czego potrzebował – wytwarzał sobie sam. Jeśli z jakichś przyczyn nie dotarł krzemień z Krzemionek Opatowskich – mówi się trudno, używało się pośledniejszego materiału i żyło się dalej.

I na takim właśnie poziomie – górnego paleolitu/wczesnego neolitu – może sobie żyć Robinson Cruzoe wyrzucony na bezludną wyspę. To jest szczyt możliwości POJEDYCZNEGO człowieka, jak chodzi o przetrwanie.



Każdy krok dalej, wymaga już KONIECZNEGO współdziałania coraz to większej liczby innych ludzi. Jeszcze do czasów rewolucji przemysłowej wspólnotą w miarę autonomiczną mogła być wioska lub kilka wiosek (na wschód od Łaby: wioska lub kilka wiosek plus folwark). Grupa kilkudziesięciu – kilkuset ludzi jest w stanie przeżyć w dziczy na poziomie – powiedzmy – epoki wczesnonowożytnej.

Żeby jednak funkcjonować tak, jak na „człowieka cywilizowanego“ (nawet, skądinąd – na ten przykład: wojującego wegetarianina, minimalistę czy też – głosiciela Apokalipsy) przystało – potrzebna jest nam w tej chwili praktycznie cała ludzkość. No, może bez Korei Północnej i Birmy byśmy sobie poradzili, a przynajmniej – brak tych państw, które same się dobrowolnie izolują – przeszedłby dla przeciętnego Polaka niezauważenie.

Ale, jeśli dojdzie do mordobicia między Japonią a Chinami (a o te jałowe skały to jeszcze i Tajwan sobie rości…) – nie minie doba, a zobaczymy skutki tego faktu nie tylko na domowych plazmach, ale i – w sklepach. Nie będzie iPad-ów, czy jak tam się te Wasze zabawki nazywają..! A jak się mordobicie przedłuży do tygodnia – okaże się, że nie ma czego na tyłek założyć i czym przyrodzenia przykryć, więc nasze ulice zaroją się od nudystów – tylko nikt tego, z braku aparatów cyfrowych i kamer, nie uwieczni…

Owszem, owszem – to by spełniło „mokry sen“ ideologicznych przeciwników wolnego handlu i zwolenników tzw. „re-industrializacji“, bo pozbawieni dostaw z „fabryki świata“, musielibyśmy wyciągnąć z muzeum maszyny włókiennicze, a łódzkie dziwki przekwalifikować z powrotem na prządki. To by może i było zbawienne dla moralności (no proszę: sam się nie spodziewałem, że taki piękny dowód na brak „moralnego postępu“ znajdę!), ale przypominam, że wraz z maszynami włókienniczymi i prządkami – wróci też dzielenie zapałki na cztery (musieli mieć przed wojną porządne zapałki! Z tymi z „Pierdonki“ tak się na pewno nie uda…), oświetlanie chałup lampą naftową i gnieżdżenie się w trzy pokolenia w jednej izbie. O iPad-ach w każdym razie – zapomnijcie na dłużej! Być może na zawsze.

Wszystko jest powiązane ze wszystkim. Jeśli piszę o materialnej stronie życia to dlatego, że jest łatwiej uchwytna i prostsza do opisania. To samo jednak tyczy się też i strony „duchowej“, czy też „mentalnej“.

Paleolityczny łowca – zbieracz był sam (no – ze swoją, góra kilkunastoosoową hordą…) wobec świata przyrody. Od neolitu człowiek zasadniczo polega głównie na innych ludziach – i ta zależność jest coraz silniejsza. Jednocześnie, im bardziej polegamy na „innych“ – tym dalej jesteśmy od „przyrody“, rozumianej jako środowisko w małym tylko stopniu przetworzone ludzką pracą (środowiska NIE-przetworzonego ludzką pracą na tej planecie i w jej najbliższym kosmicznym otoczeniu – od dawna już nie ma…).

Ludzie mają to do siebie, że najbardziej boją się nieznanego. Wynika z tego logiczny wniosek, że ludzie coraz bardziej powinni bać się przyrody (co jest, swoją drogą, o tyle irracjonalne, że przecież – jako zbiorowość – coraz lepiej nad nią panujemy…) – a coraz lepiej czuć się w towarzystwie innych ludzi. Czyż tak właśnie nie jest? Czy te Wasze wszystkie iPad-y, fejsbuki i cała reszta technologicznych nowinek – to nie jest właśnie mnożenie narzędzi ułatwiających nieustanne pozostawanie w kontakcie z innymi ludźmi – a w oderwaniu od przyrody nawet, jeśli ma to być przyroda w postaci ciała rozmówcy (niekoniecznie pięknego i niekoniecznie pięknie pachnącego – przez net nie widać i nie czuć…)?

Czy to jest jednak jakiś „postęp“ moralny? Moim zdaniem – rośnie przede wszystkim strach przed wolnością – i w coraz to większym stopniu jesteśmy mentalnymi niewolnikami. To jest prawdziwy paradoks, ponieważ bez najmniejszych wątpliwości nasz język – kultura, którą wytwarza – jest, jako całość, coraz to bardziej „wolna“, to jest: posiada coraz to więcej stopni swobody tak względem otoczenia przyrodniczego, jak i względem własnej przeszłości.

Jednak ta rosnąca wolność agregatu, okupowana jest malejącą autonomią jego elementów. Stopień zdeterminowania jednostki – rośnie. Paleolityczny łowca – zbieracz, jak już odwalił swoją cotygodniową szychtę i upolował mamuta – miał wolne do czasu, aż mięso zostanie zjedzone lub się zepsuje. W tym czasie mógł, wedle własnego, swobodnego wyboru: malować ściany jaskiń, oddawać się skomplikowanym intrygom o władzę nad hordą, lub też – kontemplować gwiaździste niebo i wymyślać mitologię.

Macie taką wolność współcześnie? Niby propozycji „spędzenia wolnego czasu“ coraz to więcej – ale czyż w praktyce nie sprowadza się to do tego, że coraz więcej z nas zachowuje się w coraz to bardziej zuniformizowany sposób..?

Nasza cywilizacja jest już tak skomplikowana, że i najmędrszy człowiek nie jest w stanie zrozumieć jej w całości. Coraz to więcej informacji zmuszeni jesteśmy przyjmować na wiarę – bez najmniejszych szans na jakąkolwiek weryfikację! To – bezmyślne – zaufanie do informacji szerzonych dzięki nowym technologiom coraz szybciej, coraz taniej i w coraz większej ilości (a coraz gorszej – jakości!) – wchodzi w krew. Prowadząc, m.in., do takich masowych histerii, jak ta, wytwarzana – w niecnych, bez wątpienia, celach – przez organizatorów akcji „Stop Skaryszew“. Przecież 90% ludzi klikających „lubię to“ pod ich profilem – nie tylko bladego pojęcia nie ma, o co tu chodzi, ale nawet – nie wie, gdzie koń ma łeb, a gdzie zad! Wcale im to nie przeszkadza – mało tego: oni się wręcz swoją niewiedzą szczycą – co mnie zresztą, już abstrahując od tej konkretnej sytuacji – w rosnącym stopniu przeraża: jak można być dumnym z tego, że się czegoś nie wie..?

Jak, w tych okolicznościach, ktoś może bredzieć o „wchodzeniu na wyższy poziom człowieczeństwa“, o „ewolucji“, o „nowej, lepszej moralności“..?

Ten świat nigdy nie przestanie mnie zadziwiać…

Ale przynajmniej wschód słońca nad naszą farmą był dziś taki jak lubię: słitaśny – prawda..?

3 komentarze:

  1. Rzadko mi się zdarza, ale dzisiaj, ad początku do końca wpisu- zgadzam się. Nawet jeżeli chodzi o wschód słońca.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Postaram się zatem o coś bardziej kontrowersyjnego na przyszłość - ot tak, co by nie robiło się nudno...

      Usuń
    2. Zawiodę Pana ale mi również ten wpis bardzo się podoba :)

      Usuń

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...